Strona główna KMF
        

Save as many as you can...

Tak brzmiący tagline Zjazdu sprawdził się już w piątek z samego rana, kiedy to nasz angielski korespondent Bucho zadzwonił o 7:20 rano do Deiny z zapytaniem gdzie jest Zjazd, jak tam dojechać i czy mogłaby mu kupić szczoteczkę do zębów, maszynkę do golenia i ręcznik, bo się źle spakował ;). Od tego momentu wszystko potoczyło się w ekspresowo-ekstremalnym tempie, które można by jedynie podsumować pewnym cytatem z "Dnia Świra" ("Jizes, kurwa, ja pierdolę" - dla niewtajemniczonych ;). Niesieni doświadczeniami klubowych spotkań w środku lasu (Borsuki 2005 & Grabina 2006), i tym razem wylądowaliśmy w centrum dziczy, konkretnie w Budach Grabskich koło Skierniewic, a organizatorem stał się Beowulf, który zebrał wszystko i wszystkich do przysłowiowej kupy w sposób szybki i skuteczny. Szkoda tylko, że organizacja nie przełożyła się na jakość miejsca zjazdowego, ale o tym będzie dalej ;).
Romeck i Kasia Fotograf Jimi Dobermann i ekstremalny Bucho
Piątek - this is KaaaEMmmEFfff !

Pierwsi na miejscu pojawili się... a zresztą kogo to interesuje ;). Ważne, że wszyscy dojechali szczęśliwie, choć niektórzy dość długo błądzili po skierniewickich kniejach - ostatni na miejsce dotarł Desjudi (dopiero po 23), swoim nowym, pięknym samochodem marki Citroen, kupionym okazyjnie od Francuza (przez co samochód był jeszcze na francuskich rejestracjach - światowy z Desa człowiek), choć krążyły plotki, że Desjudi po prostu ten samochód ukradł ;). ShOOmir miał przyjechać żukiem, ale w ostatniej chwili dał radę kupić coś lepszego, dzięki czemu swoją Astrą ciął ostre zakręty prowadzące do "Sosenki" niczym Marcus Grönholm, mijając po drodze ogromne, wykarczowane z drzew pole (które według Adiego posłużyło Scottowi za plenery do nakręcenia bitwy z Germanami z "Gladiatora" ;). Natomiast Bocian (debiut zjazdowy) wraz z kolegą Kaszpirem (do tej pory niektórzy nie wiedzą od czego pochodzi ta ksywa...) przyjechali... a nie, oni piechotą przyszli, ale chłopaki są z Częstochowy, więc pielgrzymki nie są im obce ;).

Warto, a nawet trzeba wspomnieć o luksusach, jakie oferował nam Ośrodek (czy raczej "ośrodek"...) Wypoczynkowy "Sosenka". Najpierw domki. Hm... standard nieco lepszy niż w Borsukach, bo dziur w dachach nie było ;). Następnie sanitariaty, które znajdowały się 200-300 metrów od domku - stosunkowo niebezpieczna odległość w tzw. nagłych przypadkach. Ich stan? Tylko w jednym (na sześć) światło (i to w damskim! I gdzie tu sprawiedliwość?), w drugim odpadają drzwi, a z pryszniców tylko zimna woda leci - oceńcie sami jakość "Sosenki" ;). W każdym razie zaplanowaliśmy, że następnym razem pójdziemy na całość i zorganizujemy total-hardcore-Zjazd za 5zł / doba, albo za pomysłem Bucho skorzystamy ze stron typu www.jebnijsienaschodachzadarmo.pl ;). Dobrze, że chociaż między domkami było zadaszenie z ławeczkami i światłem, dzięki czemu wszyscy mogli posiedzieć i porozmawiać na zewnątrz oraz zamówić sobie w miejscowym barze pizzę z lodem (Jimi i Alieen z wielkim niepokojem patrzyli na właścicielkę, która podając komuś pizzę stwierdziła, że "powinna być już gotowa" ;). Tak więc mieliśmy prawdziwie spartańskie warunki, i tylko żałować należy, że nie było nas tam trzystu ;). Tym bardziej, że komarów-Persów było chyba co najmniej milion, gdyż bombardowały nas ze wszystkich stron co sekundę, jednak niektórzy byli twardzi i skutecznie przeciwstawiali się atakom miażdżąc krwiożercze bestie osiadające na odsłoniętych przedramionach, jak np. Romeck, który po zabiciu komara wydarł się na cały głos "This is Spartaaaa!" ;). Większość wolała jednak odegrać rolę mięczaków i spryskała się OFF-em. Zostawmy już wygląd i jakość ośrodka "Sosenka", bo szkoda na ten temat więcej pisać (heh), i wróćmy do właściwych wydarzeń zjazdowych...
Romeck, Adi, ShOOmir (tyłem), Michug, 
Bucho (tyłem), Kaszpir i Phonik Romeck, Adi, ShOOmir i Michug Zdjęcie pod daszkiem
Ekipa pod wodzą ShOOmira przywiozła specjalną urnę dla Deiny, którą zamierzamy honorowo spalić już od kilku ładnych lat i nigdy nam nie wychodzi. Pomimo tak wspaniałej inicjatywy, szanowna Klubowiczka nie wyraziła zgody na uczestnictwo, a na delikatną sugestię o samospaleniu zacisnęła jedynie pięści i wołała na ubitą ziemię. No i znowu udało jej się oszukać przeznaczenie, bo w ferworze klubowej integracji (na poziomie europejskim rzecz jasna) zapomnieliśmy o naszym chwalebnym przedsięwzięciu. A to była taka fajna urna... (tylko trochę żurkiem zajeżdżała ;). Z ważniejszych zmian w Klubowiczach zauważalny stał się nowy wizerunek Karola, który według niektórych po zapuszczeniu bródki wyglądał jak Cillian Murphy, a według innych jak faun bez labiryntu ;). W każdym razie chłopak nam się rozwija i pomysł wystawienia jego wątroby na Allegro już raczej nie przejdzie. Bucho natomiast przyjechał z Anglii z całkiem nową fryzurą - wyglądał trochę jak tania podróbka Jakuzziego ;). Jimi natomiast, który z kolei przyjechał z Irlandii (wraz z małą Mauą), wyskoczył w butach na rzepy i od razu stał się przyczyną jednej wielkiej śmiechawy (Alieen stwierdził, że takie buty miał w przedszkolu i wszyscy się z niego śmiali ;). Jimi dwoił się i troił tłumacząc nam, że na Wyspach ponoć taka moda, i chyba miał rację, bo za chwilę Bucho również wyskoczył w "rzepakach", jednak wszyscy zamiast przyznać rację Jimiemu, to woleli się pośmiać też z Bucho, choć nieco mniej, bo Radosław nam jakieś prezenty poprzywoził i nie wypadało go wytykać palcami ;). Jak się później okazało, Jimi nie tylko buty miał na rzepy, ale zostawmy już tego biednego, polskiego emigranta w spokoju ;). Poza tym Dux przywiózł fajny prezent w postaci smyczy z adresem KMF, które można zobaczyć na zdjęciach (była też jedna smycz specjalna, której nikt nie chciał ze względu na adres jaki miała nadrukowany ;) - wkrótce na smyczach zawisły klucze, telefony, pen-drive'y (po co to komu w środku dziczy?), a nawet paczki papierosów (tribute to Romeck ;) czy samochody (żart żartów...). A Dziadek przyjechał w gustownym kapeluszu - pewnie chciał się upodobnić do jednego z bohaterów "Brokeback Mountain" ;). Wieczór zapadł szybko, ludzie się rozgadali i nieco rozbawili, bo dawno się w sumie nie widzieliśmy (poprzedni Zjazd był ponad 8 miesięcy temu) - i w ferworze typowo KMF-owskiej atmosfery jakoś ten czas zleciał (dla niektórych aż do rana...).


Sobota - najlepsze piwo to Lubelski Full

W sobotę niektórzy chcieli zgrywać cwaniaków i wziąć prysznic, ale zimna woda w połączeniu ze strumieniem o prędkości kilku kropel na sekundę skutecznie zniechęciła ich do tego jakże szalonego, niecodziennego pomysłu ;). W domku imprezowym (to ten w pobliżu zadaszenia) już od rana zaczęto zadawać tradycyjne pytanie "a w jakim filmie...?" i wkrótce jakieś 7-8 osób z rozkoszą oddawało się wysiłkowi umysłowemu, a zagadki były różne i wyjątkowo podchwytliwe (np. "główny bohater tego filmu świetnie zwisa z gzymsu" - to "Szklana Pułapka" rzecz jasna :). Coś koło 9:00 nieobecny na Zjeździe Tomashec uraczył kilka osób SMS-em o treści "Wstawaj pijaku :->" - postanowiliśmy natychmiast wyjaśnić sprawę i po krótkim sprawozdaniu przez komórkę, nasz szczeciński Klubowicz a.k.a. Śledziowy Sknerus rozłączył się, by zmienić pieluchę synowi :).
Jimi, Maua i Dobermann Dux i Pati Desjudi, ShOOmir i Phonik
I tak, gdy już wszyscy się pobudzili, siedzieliśmy na ławeczkach pod wspomnianym już zadaszeniem, i smutno trochę nam było jak patrzeliśmy na ten ośrodek, bo dzień wcześniej wydawało nam się, że jego warunki to jakiś zły sen... Jednak już za chwilę zrobiło się śmiesznie, bo oto Jimi wyskoczył na śniadanie w swoich "rzepakach" ;). W dodatku na okrągło odpowiadał tekstem "niewiadomoskąąąąd" (wybitnie odpowiedni akcent!), co miało przygotować wszystkich do późniejszej reklamy piwa Lubelski Full (a przynajmniej tych, którzy jeszcze tej reklamy nie widzieli). Nawiasem mówiąc chyba jeszcze nie wszyscy dostatecznie się rozbudzili, skoro zdarzały się irracjonalne sytuacje, podczas których na pytanie Very o pasztet z gęsi ktoś odpowiedział, że nie widział jeszcze "Pamiętników Gejszy" ;). Poza tym widok redaktora naczelnego KMF grzebiącego z rana w śmietniku nie napawał zbyt wielkim optymizmem... (jak się później okazało, właścicielka wyrzuciła pudełko ze smyczami - myśląc, ze jest puste... Na szczęście Dux się do tego pudełka w końcu dokopał :). Do wieczora (wtedy dopiero miały się zacząć prawdziwe atrakcje!) czas leciał wyjątkowo leniwie. Jedna grupa rozmawiała o wszystkim i o niczym w okolicach domków, druga grupa - pod wodzą faceta w czerni a.k.a. Edwarda Kelleya a.k.a. sprzedawcy pomarańczy - pojechała na miasto w celu zrobienia zakupów, a trzecia grupa słodko wylegiwała się na łonie natury (a pogoda tego dnia była wręcz bajeczna!), w sąsiedztwie rzeki (w której pływały ciekawe kaczuszki), gdzie widokiem było malownicze, zwalone na drugi brzeg drzewo, po którym brawurowo przeszli Dobermann i Bucho (pomińmy już fakt, że mieli drobne problemy z powrotem na właściwą stronę rzeki ;). Zdjęcie grupowe a.k.a. zdjęcie pamiątkowe zrobiliśmy sobie nieco później właśnie w tym plenerze za pomocą "cyfranki lustrzowej" (jak to stwierdził Dobermann ;). Natomiast warto jeszcze wspomnieć, iż grupa zakupowa przeżyła w Skierniewicach alarm bombowy, a wracając przez miasto, jeden niespełna rozumu Klubowicz włączył z komórki słynne "japcacaparipara" i zmusił resztę do wzmożonego wysiłku kończyn dolnych :).
Dux i Pati Dejna i Bocian Adi, Romeck, Vera i Kasia
Po południu, około godziny 18:00, nadszedł czas quizu muzycznego, tym razem przygotowanego przez Beowulfa. W tym celu została nam udostępniona całkiem fajna świetlica (fajna, fajna, szkoda, że nie jest... chłopcem ;), która stała się później centrum nocnej rozrywki. Beowulf przygotował 120 utworów do odgadnięcia (motywy i piosenki), rozłożonych standardowo na trzy etapy. Dux i Bucho zasponsorowali nagrody (filmy na DVD i książka), które miały trafić w ręce trzech najczęściej zgadujących osób. Szybciutko powstały trzy drużyny (składy nieważne ;) o dźwięcznie brzmiących nazwach: "Niewiadomoskąd" (kapitan: Adi), "My Nie Mamy Nazwy" (kapitan: Dux) i "Ciekawe Kaczuszki" (kapitan: Alieen). Ostatecznie wygrała drużyna Adiego (71,5 pkt), a pozostałe dwie drużyny zdobyły odpowiednio: 66 pkt (team Duxa) i 61 pkt (team Alieena). Natomiast indywidualnymi zwycięzcami quizu zostali: Adi (28,5 pkt), Alieen (26 pkt) oraz Deina (18 pkt). Nagrodą, oczywiście, podzielimy się ;). Wśród całej zabawy warto nadmienić jak zwykle wiele ciekawych wpadek tytułowych, a wśród nich m.in. "Matka Zorro", "Dżindżers" (zamiast "Dreamgirls" ;), "Charlie Łąka i Fabryka Czekolady", "Hurtownik z Wyboru" czy nowy kompozytor Mark Manson ;). Ciekawe też były niektóre podpowiedzi prowadzącego, jak np. "film o bieganiu" (interesujące, że od razu padł prawidłowy tytuł, czyli "Apocalypto" :). Igorem (czyli pomocnikiem prowadzącego) został tym razem Kaszpir (co za ksywa, co za ksywa...), który nie znał jeszcze wszystkich i np. na Karola wołał "ten w paski" ;). Dobrze, że nie mylił go z faunem, hehe.
Dux, Pati i Michug Na górze: Phonik, Mati, Dziadek i Desjudi
Na dole: Kelley, Alieen, Vera i ShOOmir Karol, Dejna i Bocian
Po quizie nadszedł kolejny wieczór pod daszkiem i przy grillu. Michug gadał jak nakręcony (pewnie dlatego, że jeszcze tego wieczora musiał wracać do domu...), a Deina i Beowulf rozpoczęli akcję "podpisz kartkę dla Very", ponieważ Vera miała po północy urodziny, ale do tego za chwilę dojdziemy. W każdym razie wszyscy zostali pojedynczo zwołani do domku imprezowego (a jakże!), by umieścić swoje mniej lub bardziej zabawne insygnia na uroczej kartce urodzinowej. Nieco później, dzięki laptopowi Pati (podziękowania!) mogliśmy obejrzeć najlepszą reklamę świata pt. Lubelski Full ("Takiego piwa nie pił nawet króóóól! Gul, gul, guuuul!" - ależ ta piosenka ma zryty tekst ;) oraz posłuchać przebojów Kukiza (najlepszy refren świata - z przyzwoitości nie będziemy przytaczać jego słów) i Nagłego Ataku Spawacza ("Uuuwe! Uuuwe! Roz...ał kolarzóweee!" - czyli najlepsza na świecie piosenka o kolarzu ;).

Nadszedł czas urodzinowej imprezy Very, na której był szampan, tort oraz ciasta kruche i niekruche... Odśpiewaliśmy mega-gromkie "Sto lat!", były życzenia i łzy... No dobra, przesadziliśmy, łez nie było. Ale chociaż fajnie sobie Verę popodrzucaliśmy ;) (fajnie, fajnie... szkoda, że Vera nie jest chłopcem ;). Była Klubowiczka (obecnie stale z KMF współpracująca) dostała od Klubowiczów prezent w postaci albumu "Najpiękniejsze miejsca świata" - szukaliśmy w nim Bud Grabskich i ośrodka "Sosenka" - bezskutecznie. Z kolei Artemis, Adi i Alieen szukali tam twarzy znanych aktorów - nie wiadomo po co i dlaczego ;). Warto nadmienić, że propozycje prezentów dla Very były różne - od książki o fizyce kwantowej zaczynając, a na wibratorze w kształcie chestburstera kończąc ;). Gdy wszyscy się najedli i napoili, zaczął się prawdziwy rollercoaster... Świetlica a.k.a. sala "kominkowa" przeżyła lekki Armageddon, gdy kilka osób zaczęło "szprycować się" napojami wysokoprocentowymi... Zresztą co będziemy owijać w bawełnę - po prostu piliśmy dużo wódki ;). Przy bardzo głośno grającej muzyce zaczęły się wyczyny ekstremalne wesołego trio Alieen-Bucho-Jimi, z pomocą innych (Beowulf) i przy akompaniamencie obserwatorów (najwierniejszym był Kelley - wytrzymał aż do końca :). I tak Jimi rozpoczął swój niesamowity taniec z krzesłem w rytm muzyki Daft Punk, z przerwami na chwilę zadumy i refleksji... Alieen i Bucho wesoło hasali po stołach, a Bucho to nawet raz zawisnął jakimś cudem pod blatem, niczym człowiek-pająk... Zaczęły latać poduszki... Zaczęły się jakieś dzikie odgłosy... Ktoś się wywrócił... Ktoś się turlał po podłodze... A Dziadek stał z boku i obserwował ten jeden wielki chaos, i - chcąc zwrócić na siebie uwagę - po prostu upuścił piwo ;). Jednak sztuczka się nie udała, strzaskana butelka szybko została sprzątnięta, i szaleństwo zaczęło się na nowo. No to Dziadek się zdenerwował, wyszedł na zewnątrz i wszedł do śmietnika ;). Ludzie-wariaci ze świetlicy podchwycili ten pomysł, dołączyli do Dziadka, a jako, że był to zadbany i wyjątkowo czysty śmietnik, to już wkrótce na sali imprezowej pojawili się ludzie-kartony, lansujący nową modę (która na pewno wkrótce dotrze do Wielkiej Brytanii i zepchnie na drugi plan "rzepaki" ;). Nawiasem mówiąc Alieen z podłużnym kartonem na głowie łudząco przypominał Obcego...
Karol, Maua, Bucho, Dziadek i Artemis Vera i Maua Jimi, Bucho, Beowulf, Maua i Alieen
Dziadek i Beowulf w śmietniku :) Sesja z odpalonymi świeczkami w ustach Ludzie-kartony: Beowulf, Bucho, Alieen i Dziadek
Chwila przerwy i chwila wytchnienia... I alarm - skończyła się zapitka do wódki! Tragedia. Panika. Kelley wprawdzie poczęstował nas dwiema butelkami pysznego piwa, jednak postanowiliśmy je przehandlować na konkurencyjnej imprezie niedaleko świetlicy - zatem udaliśmy się na krótką wycieczkę zapoznawczą i spotkaliśmy przy jakiś ognisku zupełnie nowe osoby (w otoczce melodii wygrywanych na bębenkach), które za dwie butelki Heinekenów i smycz KMF dały nam resztkę jakiegoś soku... Ale Jimi wywalczył jeszcze butelkę Coca-Coli :). Zatem impreza na świetlicy mogła się toczyć dalej - zaowocowało to takimi wydarzeniami, jak m.in. próba wejścia przez Alieena, Bucho i Beowulfa do kominka, sesja zdjęciowa z ciastem w różnych miejscach twarzy czy nazwanie przez Bucho kurtki Mauej "zajebistą jodełką" ;). Poza tym czego to niektórzy nie pozakładali na głowy... Po jakimś czasie gdzieś znikli Bucho i Beowulf, więc mała, zorganizowana grupka śledczo-rozpoznawcza poszła do domku imprezowego zobaczyć co się dzieje. W jednym z pokoi - o dziwo - spali dwaj zaginieni + ShOOmir. Bucho na pytanie, czy chciałby się jeszcze napić wódki, odpowiedział przez sen: "Nie, bo nic jeszcze nie jadłem" (co za durne wytłumaczenie :), a Beowulf po przebudzeniu zaczął się modlić do ściany ;). Skoro nic się nie działo w domku imprezowym, to Alieen i Jimi postanowili zanieść Duxowi i Pati tort urodzinowy - Jimi wpadł do domku techniką "na rympał", więc Prezes i jego Pani nieco się wystraszyli, bo spokojnie sobie coś na laptopie w łóżeczku oglądali ;). Wkrótce całe towarzystwo gdzieś poznikało, okolica ucichła, grill już całkowicie zgasł, a świetlica świeciła pustkami... To był całkiem wesoły wieczór (czy raczej wesoła noc :).
Alieen podczas pokazu kartonowej mody Beowulf a.k.a. DJ Buczek Jimi i jego niesamowity taniec z krzesłem
Niedziela - coś się nagle zachmurzyło, i coś z chmury wyskoczyło...

Rano wszyscy - o dziwo - stosunkowo wcześnie powstawali... Tylko Mauej wciąż brakowało, i gdy ktoś poszedł ją obudzić, to usłyszał w odpowiedzi "jeszcze troszeczkę, do 9:30..." - pomińmy fakt, że było już grubo po 12 :). Podczas ostatniego śniadania wszyscy napawali się ostatnimi chwilami kończącego się powoli spotkania. W pewnej chwili ktoś coś wspomniał o HD i BlueRay, i już w ułamku sekundy na miejscu rozmowy pojawił się HD-Phonik, który odpowiadał na wszystkie pytania związane z tymi formatami z prędkością karabinu maszynowego ;). Beowulf stwierdził, że już niedługo Natalie Portman przekona się, co traci nie znając jego wspaniałej osobowości i rozmarzył się wyobrażając sobie, jakby fajnie brzmiało Natalie Kuźma... Wkrótce kilka innych osób chciało się uszczęśliwić i tak powstali Adrian Alba (Adi), Jessica Fedorowicz (tribute to hOPS - nieobecny na Zjeździe) czy Philip Jamry (kompozytor Philip Glass i prawdziwe nazwisko Dziadka). Bucho natomiast długo zastanawiał się, z kim odjechać, przebierając w samochodach (choć miał wyjechać w sobotę wieczorem, z Michugiem, ale spodobało mu się i został dłużej ;). I tak na propozycję podwiezienia do Warszawy przez Romecka, Bucho nieco się skrzywił, po czym spojrzał na stojące nieopodal auto marki Renault Laguna, i dowiedziawszy się, że to samochód Prezesa, dobitnie i stanowczo stwierdził "To ja jadę z Duxem" :). Ostatecznie Bucho odjechał z Desjudim, bo zupełnie zapomniał o jego nowym, fajnym, francuskim aucie :).

Chwilę później Bocian z Kaszpirem dzielnie ruszyli z tzw. "buta" do Skierniewic, choć za niespełna godzinę nieco im współczuliśmy, bo się solidnie rozpadało, ale podobno Panowie już nie takie rzeczy widzieli i spokojnie dotarli na pociąg do domu. Wypada im wierzyć na słowo, choć ostatnia widziała ich ekipa w samochodzie Romecka - Bocian i Kaszpir ostro parli przed siebie, i zachodziły obawy, że w tej ścianie deszczu przypadkiem miną Skierniewice i dojdą od razu do Częstochowy :). Na koniec Alieen zrobił sobie pamiątkowe zdjęcie z papierem toaletowym marki "Kaczory" (100% ekologiczny) i wszyscy się rozjechali do domów, zostawiając "Sosenkę" daleko w tyle. Chciałoby się napisać, że jeszcze tam wrócimy, ale spójrzmy prawdzie w oczy - MY TAM NIE WRÓCIMY :).
Dobermann, Maua i Hunter Przy wieczornym grillu Maua, Dziadek i Vera
Skończyło się kolejne, 22. spotkanie KMF. Nie przeciągajmy zatem niniejszej relacji i nie piszmy na koniec tego, co w innych (czyli jak było wesoło i niepowtarzalnie). Po spotkaniu niektórzy na forum klubowym doszli do wniosku, że obecnie nie ma już czegoś takiego jak lepsze czy gorsze Zjazdy klubowe. Są po prostu Zjazdy klubowe i tyle w zupełności wystarczy by oddać obraz i atmosferę tego, co się dzieje, gdy kilka mniej lub bardziej zwariowanych osób z KMF zbierze się w jednym miejscu. Cytując Kelleya z listu pozjazdowego: Cały czas nie do końca potrafię dojść do tego, jak to działa. Widzimy się po raz n-ty, po raz n-ty razem pijemy, śmiejemy się z pikantnych dowcipów i cudacznych wyczynów. Kiedy już zaczyna mi się wydawać, że nic nowego nie może się wydarzyć, że wszystko już było, przychodzi kolejny Zjazd, a po nim żylaki na przeponie i jakieś takie nieprzyjemne uczucie w żołądku, kiedy się kończy... Kochani, przy was po prostu nie sposób się znudzić. Dziękuję. I tym optymistycznym akcentem zakończmy niniejszy tekst :).

P.S. Na Zjeździe miał się pojawić Gerard Butler i zrobić wykład o emisji głosu, ale niestety aktor w drodze do nas pogubił się w skierniewickich kniejach, a że pokonywał drogę techniką slow-motion i zamiast komórki wziął ze sobą tarczę i włócznię, to nie mógł się z nikim skontaktować... No nic panie Gerardzie, następnym razem się uda!

P.S. 2. Dux po Zjeździe trafił do szpitala - nie, spotkanie nie było aż tak "ostre" :). Po prostu nadszedł termin od dawna oczekiwanej przez niego, bardzo skomplikowanej operacji biodra. Panie Prezesie, życzymy udanej operacji (na chwilę obecną już wiemy, że operacja przebiegła bezproblemowo i wszystko jest OK) i jak najszybszego powrotu do zdrowia i do KMF!
Zdjęcie grupowe Od lewej, stoją: Jimi, Pati, Kelley, Michug, Karol, Romeck i Kasia, Beowulf,
ShOOmir, Adi, Desjudi, Kaszpir, Hunter, Phonik, Bucho, Artemis, Alieen i Dobermann
Kucają/siedzą: Dux, Mati, Maua, Vera, Dziadek, Dejna i Bocian




WESOŁA GALERIA
Obejrzyj najweselszych imprezowiczów,
człowieka o stu twarzach oraz, jako bonus,
kilkanaście zdjęć bez jakiegokolwiek komentarza
Zobacz wesołą galerię



e-mailAutorzy relacji: Alieen & Beowulf
Zdjęcia: Dux, Hunter, Jimi i inni


STRONA GŁÓWNA | SPOTKANIA KMF