Efekty specjalne Jednym z niewielu ludzi, pracujących na planie pierwszego "Obcego" i zaangażowanych ponownie do filmu Jamesa Camerona, był szef sekcji postprodukcyjnych efektów specjalnych Brian Johnson. Nowymi ludźmi "Obcego" byli autorzy efektów wizualnych, bracia Dennis i Robert Skotak, weteran Bondów John Richardson, odpowiadający za fizyczne efekty specjalne, oraz geniusz efektów animatronicznych Stan Winston. Wsławiony efektami robotycznymi oraz charakteryzacją specjalną w "Terminatorze", Winston ponownie połączył swe siły z Jamesem Cameronem, by zadziwić świat najsprawniejszą z największych marionetek w historii kina. Prom ratunkowy Narcissus, którym Ripley uciekła z Nostromo, był pierwszym obiektem, planem zdjęciowym i sceną z efektami wizualnymi, jaka pojawiła się w filmie. Choć od arcydzieła Ridleya Scotta minęło zaledwie sześć lat (produkcja "Aliens" ruszyła w 1985), niemożliwym okazało się użycie modelu a nawet zbudowanie go na podstawie planów Martina Bowera z pierwszego filmu. W magazynach Bray Studios nie ostało się nic. Autorzy modeli do "Aliens", Jay Roth i Pat McClung, odtworzyli Narcissussa na podstawie powiększonych klatek z filmu Ridleya Scotta.
Także wnętrza statku ratunkowego, jakkkolwiek sprawiające wrażenie planu, żywcem wziętego z filmu Scotta, zostały zrekonstruowane wyłącznie na podstawie filmu. Obraz Ziemi z kosmosu, użyty w słynnym przejściu montażowym, wykonano dokładnie na podstawie zdjęcia twarzy aktorki. Pierwsze ujęcie stacji Gateway składało się z namalowanego, 2-metrowego obrazu Ziemi i gwiazd, oraz miniaturowego modelu samej stacji. Statki kosmiczne, przelatujące wśród konstrukcji stacji, miały po kilkanaście centymetrów długości.
Wiele efektów w filmie wykonano bez optycznych ingerencji w obraz, wykorzystując efekt pozornej perspektywy. Tak było w scenie z wersji reżyserskiej, gdzie łazik wjeżdża na teren kolonii Hadley's Hope i na jednym z ujęć jest widoczny w tym samym kadrze z ludźmi. Pojazd był miniaturowym modelem w skali 1:6, poruszającym się na pierwszym planie, natomiast ludzie grali w naturalnej wielkości dekoracjach, oddalonych znacznie od kamery.
Na kolejnym ujęciu w jednym kadrze widać model i ludzi w wieży. Obraz ludzi był wyświetlany wewnątrz modelu, w dodatku ze zdwojoną szybkością, ponieważ kamera pracowała z prędkością 48 klatek na sekundę, ze względu na użycie modelu.
Ten sam łazik zagrał pojazd Jordenów, w którym podjeżdżają oni pod wrak obcego statku. Model miał możliwość obniżania części załogowej, czego w filmie nie pokazano. Wybudowano także pełnowymiarowy, nieruchomy model łazika, już z obniżoną częścią załogową.
Wszystkie ujęcia z miniaturami (oprócz mniejszego modelu Królowej Obcych, o czym później), wykonano w przyspieszonym tempie, odwrotnie niż w filmie Scotta, gdzie w montażu przyspieszano gotowe ujęcia efektowe ze statkiem Nostromo. Normalne wyświetlanie filmu, nakręconego z prędkością 48 klatek na sekundę powodowało, że miniaturowe obiekty traciły swój wizualny, zabawkowy charakter, a ich ruch nabierał wiarygodności pełnowymiarowego pojazdu. Statek obcych był tym samym modelem, którego użył Ridley Scott w pierwszym filmie. Na czas zdjęć, model został wypożyczony od Boba Burnsa, największego na świecie kolekcjonera gadżetów z filmów o Obcym. Burns, pomimo że nigdy nie należał do ekipy realizatorów filmu, był tak zaangażowany w promocję filmu Scotta, że 20-th Century Fox nagrodziła jego zapał, oddając mu za darmo każdy przedmiot z planu zdjęciowego, lecz bez prawa do dalszej odsprzedaży. Tym samym wytwórnia ochoczo pozbywała się niepotrzebnej zawartości magazynów. Obecnie Burns prowadzi we własnej posiadłości jedyne w swoim rodzaju muzeum Obcego, które udostępnia fanom Aliena z całego świata. Po zdjęciach do "Aliens" do kolekcji Burnsa trafiły m.in. oba modele Królowej Obcych, które z kolei musiały zostać wypożyczone na czas zdjęć do czwartej części cyklu.
Statek bojowy Sulaco, był modelem długości niecałych 2 metrów, wykonanym z włókna szklanego. Jego wygląd, przypominający raczej futurystyczną broń, zaprojektował Syd Mead, również autor projektów scenograficznych do "Łowcy androidów". Pierwszy projekt Meada znacznie odbiegał od wyglądu finalnego. Cameron go odrzucił, ponieważ nie chciał niepotrzebnych zmian ostrości, niezbędnych przy kręceniu tak nietypowego kształtu. W pełni wykończona była tylko jedna strona modelu, ponieważ widok drugiej nigdy nie pojawiał się w filmie. Ujęcia z Sulaco na tle przestrzeni kosmicznej, powstały dzięki optycznemu połączeniu grafiki z modelem, nakręconym na niebieskim tle, dzięki technologii motion control.
Długi ciąg hibernatorów na Sulaco, w rzeczywistości składał się tylko z sześciu (lub trzech podwójnych zestawów) zmechanizowanych urządzeń. Resztę zwielokrotniono optycznie, poprzez umieszczenie luster na obu końcach szeregu. Lustro, za którym znajdowała się kamera, było tzw lustrem weneckim, używanym m.in. w policyjnych pokojach przesłuchań. Odpowiednie kadrowanie i głębia ostrości, zatarły granicę pomiędzy dekoracją a jej odbiciem. Powodem zastosowania tej sztuczki były ograniczenia budżetowe - każdy z hibernatorów kosztował 4300 dolarów.
Natomiast za każdą parą hibernatorów, widać kawałek owalnego żelastwa. Scenograf Peter Lamont potrzebował czegoś, co tanim kosztem dopełniłoby dekorację pomieszczenia hibernacyjnego. Problem rozwiązano, kupując za bezcen zezłomowane silniki śmigłowcowe.
Aby mieć pełną swobodę w prędkości rejestracji, ekipa operatorska używała austriackich kamer Moviecam, pozwalających na płynną zmianę szybkości przesuwu taśmy podczas ujęcia. Ten szczegół techniczny pozwolił na wiarygodniejsze nakręcenie słynnej sceny z Bishopem i jego nożem między palcami Hudsona. Scena odprawy marines rozpoczyna się panoramą ładowni Sulaco. Dalekie wnętrza z początku tego ujęcia były zbudowane w miniaturze, podobnie jak metalowy regał, widoczny pod koniec ujęcia po lewej stronie kadru. Niewidoczne połączenie obu planów ze sobą, to kolejne zastosowanie operatorskiego triku z pozorną perspektywą.
Słynne ładowarki, jeden z najefektowniejszych gadżetów filmu, wykonano z włókna szklanego, wg projektów Jamesa Camerona. Pierwszy projekt ładowarki, autorstwa Syda Meada, został odrzucony przez Camerona, który potrzebował czegoś skromniejszego i wiarygodniejszego.
Kiedy Sigourney Weaver rusza ładowarką, tak naprawdę za jej plecami, w środku urządzenia stał brytyjski, potężnie zbudowany dubler John Lees. I to on w rzeczywistości odpowiadał za każdy ruch, ważącej ponad 200 kg ładowarki. Weaver tylko i wyłącznie podążała za jego ruchami. Cameron przyrównał tę technikę do chodzenia małego dziecka na stopach tatusia.
Dodatkowo całość była zabezpieczona linami, przymocowanymi od góry do specjalnego dźwigu. Podczas pierwszego pojawienia się tego urządzenia na ekranie, wyraźnie widać owe linki, wystające z górnej części modelu.
Mechaniczne sterowanie odbywało się poprzez kable, ukryte w konstrukcji modelu. Ładowarkę wybudowano w dwóch wersjach, jako niemal 3-metrowy obiekt w pełnej skali, oraz półmetrowej wielkości model, użyty w miniaturowych ujęciach efektowych w finale filmu.
Do filmu zbudowano tylko jeden pełnowymiarowy model ładowarki. W ujęciu, na którym Ripley zabiera ładunek, za jej plecami widać drugą ładowarkę. Był to tylko miniaturowy model, wprawiony w ruch za pomocą animacji poklatkowej. W jego środku widać... także Ripley, lecz tylko pod postacią 50-cm marionetki, przygotowanej do sekwencji finałowej, a tutaj przebranej dla niepoznaki w czapke i doczepiony zarost. To ujęcie było także jedynym w filmie wykorzystaniem technologii blue-screen z aktorem na pierwszym planie.
Ładownia, największe pomieszczenie na Sulaco, została zbudowana w miniaturze jako jedna całość, co pozwoliło uniknąć budowania dodatkowych pomniejszonych dekoracji do sceny zrzutu na powierzchnię LV-426.
Wszystkie ujęcia z wysokim pułapem białych chmur, powstały na planie, wykonanym z pianki, nakręconym kamerą motion control.
Technika tylnej projekcji, wykorzystywana szeroko w latach 40-tych i 50-tych, a zapomniana od czasów wynalezienia motion control i udoskonalenia technologii kluczowania zdjęć blue-screenowych, nieoczekiwanie znalazła swoje miejsce w nasyconych wyrafinowanymi efektami wizualnymi filmach Jamesa Camerona. Reżyser z powodzeniem i inwencją, wykorzystywał ją we wszystkich swoich filmach. Zasadę działania tej techniki najlepiej widać w scenie z wersji reżyserskiej, kiedy Ripley patrzy na fałszywy obraz ogrodu.
W "Aliens" tylna projekcja połączyła się także z pomysłem Ridleya Scotta z pierwszego "Obcego". Chodzi o ujęcia miniatur, nakręcone trzęsącą się, dającą paskudny obraz kamerą video. Cameron zacytował Scotta tuż przed lądowaniem marines w kolonii Hadley's Hope. Obraz video był z kolei wyświetlany na ekranie przed dekoracją kokpitu statku desantowego.
Elementy składowe kolonii na LV-426, zostały zbudowane w trzech wersjach. Pełnowymiarowe dekoracje zagrały oczywiście w scenach aktorskich, natomiast do ujęć miniaturowych wykonano dwie wersje, w skali 1/6 oraz 1/50. Dalekie krajobrazy planety do scen aktorskich po prostu namalowano na płótnie, okalającym aktorów i dekoracje "plenerowe".
Część mieszkalną miniaturowych plenerów w skali 1/6, zwieńczał widok olbrzymiego procesora atmosferycznego, namalowanego na płótnie. Oprócz tego wykonano model procesora w skali 1/50, wykorzystany w ujęciu pierwszego przelotu nad kolonią, oraz model 2-metrowy, który zagrał w scenie wlotu weń statku desantowego.
Pierwsze projekty wyglądu statku desantowego autorstwa Syda Meada i Rona Cobba, nie znalazły uznania w oczach Camerona, który w końcu samodzielnie wykonał projekt statku, wzorując się na kształcie wojskowego helikoptera Apache AH-64. Model wykonano w dziesięciu 2-metrowych egzemplarzach, jednocześnie modyfikując detale tak, by były zgodne z budowaną równolegle pełnowymiarową makietą statku. Każda z miniatur wykorzystywana była do innego typu ujęć.
Aby pokazać latającą miniaturę statku, zawieszono ją na linkach, podczepionych do 3,5-metrowego ramienia dźwigu. Główny 2-metrowy model miał na jednym boku cyfry 01, zaś na drugim 02. Rygorystycznie przestrzegając filmowania każdego boku statku, jeden model z powodzeniem udawał dwa statki.
Główne korytarze na każdym piętrze wnętrza kolonii, były w rzeczywistości jedną i tą samą, wielokrotnie przearanżowywaną dekoracją.
Kiedy Hudson nachyla się nad jedną z dziur, przeżartych w podłożu przez kwas obcych, pluje w dół. Ujęcie spadającej śliny nakręcono w miniaturowej dekoracji, zaś sama kropla, wypuszczona z kroplomierza, była mieszaniną wody i mleka.
W ujęciach pokazujących jeżdżący transporter APC (Armored Personnel Carrier), wykorzystywano miniaturowy model, wielkości niecałych dwóch metrów. Do ujęć z aktorami w kadrze grał już oryginalny pojazd.
Pierwszy szeroki plan, ukazujący podziemia procesora atmosferycznego, zamienione w wylęgarnię obcych, zawierał w sobie bardzo pomysłowy efekt optyczny z wymuszoną prespektywą. Robiacy wrażenie ogromu sufit, pod którym widać aktorów, był w rzeczywistości miniaturą (3x6 metrów), podwieszoną na linkach tuż przed kamerą. Aktorzy patrząc w górę, tak naprawdę patrzyli na prawdziwy sufit studia. Rzeczywistych rozmiarów i położenia była tylko scenografia przed nimi.
Jedyną w filmie scenę z chestbursterem, wychodzącym z uwięzionej w kokonie kobiety, tylko w pierwszej części nakręcono z aktorką, której ciało od ramion w dół było sztucznym dodatkiem z włókna szklanego. Ujęcia przebijającego się przez lateksową skórę oraz ubranie chestburstera, wykonano z uproszczonym modelem.
Wściekle poruszającego się malucha w pełnej krasie zagrał drugi model, wyposażony w dużo bardziej złożone mechanizmy ruchowe, niż poprzednik z filmu Scotta. Także doprawienie mu dwóch małych łapek, było rozwinięciem idei z pierwszego filmu, gdzie model chestburstera posiadał tylko miejsca, sugerujące umiejscowienie niedoszłych kończyn górnych. Do ujęć spalenia kobiety i obcego, wykonano model całej aktorki w pełnej skali.
James Cameron nie zaangażował H.R. Gigera, twórcy oryginalnego projektu Obcego, do pracy przy "Aliens". Powodem tej decyzji była postać Królowej Obcych, którą Cameron osobiście zaprojektował już podczas pisania scenariusza, a także to, że oprócz niej, nie było już właściwie nic do wymyślenia w kwestii każdej z form obcego. Reżyser przyznaje, że było to nieco samolubna decyzja z jego strony, lecz nie potrafił oprzeć się wyzwaniu, jakie stwarzała praca przy kontynuacji arcydzieła Ridleya Scotta. Cameron zaprojektował także krajobrazy LV-426, oraz wygląd wielu detali kostiumowo-rekwizytorsko-efektowych.
Modyfikacji doczekał się projekt głowy (zwielokrotnionego) obcego. Cameron usunął z pierwotnego modelu Gigera gładką, półprzezroczystą skorupę, odsłaniając samą czaszkę. Jej chropowata powierzchnia wydała się reżyserowi znacznie bardziej interesująca. W niewielkim stopniu przedłużono także łapy obcych oraz zmodyfikowano ilość i wygląd palców z sześciu cienkich do trzech grubych.
Szefowie Foxa, mając w pamięci ilość pieniędzy, wydanych na kreację tylko jednego Obcego do filmu Ridleya Scotta, bardzo obawiali się o sfinansowanie gigantycznej wizji Camerona. Pomysłowy reżyser rozwiał ich obawy, angażując do każdego ujęcia tych samych sześciu ludzi, przebranych za obcych. W największych scenach masowych z udziałem ksenomorficznych bestii, także widać tylko sześciu alienów na raz w jednym kadrze. Wrażenie setek bestii atakujących żołnierzy, powstało tylko dzięki doskonałej inscenizacji, precyzyjnemu kadrowaniu i przede wszystkim absolutnie genialnemu montażowi Raya Lovejoya ("2001 : Odyseja Kosmiczna").
Ta oszczędzająca pieniądze metoda pracy (choć Cameron kręci przecież same najdroższe filmy w dziejach kina), to pokłosie pracy w boku Rogera Cormana, który stwierdził kiedyś, że nakręcił film o upadku rzymskiego imperium, wyłącznie z krzaczkiem i pięcioma statystami :)). James Cameron poszedł nieco dalej niż swoi poprzednicy, w kwestii dynamiki poruszania się obcych. Zamiast pantomimicznych ruchów Bojali Badejo z pierwszego filmu, reżyser zastosował do pokazania obcych cały wachlarz optycznych trików, oszukujących oko widza. Gimnastycy i akrobaci grający obcych, byli zawieszani na linkach, poruszali się w ruchomych dekoracjach, kręcono ich do góry nogami, z najdziwniejszych kątów i różnymi prędkościami przesuwu taśmy w kamerze. Wszystkie te zabiegi, w połączeniu z choreograficzną, baletową sprawnością, nadały filmowi nową, niespotykaną jakość. Cameron nie zabiegał przy tym o precyzję wykończenia każdego szczegółu na kostiumach obcych. Zakładając, że będą oni pokazywani w bardzo krótkich ujęciach, reżyser doszedł do wniosku, że widzowi wystarczy uproszczona informacja wizualna, zaś cała widowiskowość poszła w kierunku czysto fizyczego zachowywania się obcych.
Oprócz ludzi w przebraniach, ekipa Stana Winstona wykonała dziesięć bardzo dokładnych, animatronicznych kopii dorosłych obcych. Miały one ponad 2 metry wysokości i zagrały w bliskich planach. Animowano je poprzez kable i pręty. Mechanizmy poruszające szczękami, były sterowane radiowo. Na szeroką skalę wykorzystano je także w ujęciach, ukazujących rozstrzeliwanych, palonych i rozjeżdżanych obcych.
Oprócz towarzyszącej wybuchającym obcym pirotechnice, John Richardson zatroszczył się także o odpowiednie efekty cieczo-dymne. Wykorzystał w tym celu żółtą farbę, imitującą kwas w żyłach obcych, oraz kompozycję kwasu octowego z kilkoma innymi chemikaliami, które wchodząc ze sobą w reakcję podczas eksplozji, dawały wiarygodny efekt wybuchających i dymiących wnętrzności obcych.
Prowadzony przez Ripley transportowiec APC, szarżujący korytarze procesora atmosfery, był w większości ujęć sterowanym zdalnie modelem. Także zbliżenia startujących z piskiem opon kół, nakręcono z udziałem miniatur, ponieważ oryginalny pojazd nie mógł być tak dynamiczny. Dym ze spalonych gum podawano rurkami, ukrytymi w modelu.
Rozbicie statku transportowego, to jedna z najwspanialszych scen filmu. Jej niezwykły realizm zawdzięczamy połączeniu ujęć miniaturowych modeli, rzutowanych na ekran metodą tylnej projekcji, z aktorami grającymi na pierwszym planie, wśród naturalnej wielkości dekoracji.
Sekwencję z dwoma w pełni ruchomymi twarzołapami, atakującymi Ripley i Newt, nakręcono z sześcioma modelami. Każdy z nich posiadał inne sterowanie i był wykorzystywany w innych ujęciach. Realizacja biegającego twarzołapa nastręczała wiele kłopotów. Najpierw Cameron chciał umieścić we wnętrzu modelu mały silniczek elektryczny bądź benzynowy, co oczywiście spaliło na panewce, ze względu na małe rozmiary twarzołapa. Wreszcie Cameron wykorzystał technikę, z którą zapoznał się przy produkcji efektów specjalnych do swego pierwszego filmu "Piranie 2. Latający mordercy" (1981). Centralnym mechanizmem twarzołapa był mały silniczek sprężynowy, naciągany za pomocą linki. Ruch zębatek przenoszony był na plastikowe kółeczka, do których z kolei przyczepiano druty, odpowiadające za ruch odnóży twarzołapa. Aby model mógł się gładko i szybko poruszać po podłodze, zawieszono go na niewidocznej lince, utrzymującej go minimalnie nad podłożem.
Główny facehugger, bezpośrednio atakujący twarz Ripley, był sterowany kablami przez aż sześciu lalkarzy. Ujęcia składające się na widok biegnącego ku Ripley twarzołapa, nakręcono trzyetapowo. Do kilku pierwszych ujęć wykorzystano opisany wyżej model. Następnie zamieniono go na swoistego dublera, do króciutkiego ujęcia wskakiwania aliena na rurkowatą stopę przewróconego krzesła. Wykonano to, odciągając facehuggera z rurki do tyłu, a przy montażu odwrócono ruch taśmy. Dalsza cześć tego ujęcia, to ten sam model, przyciągnięty niewidoczną linką w stronę kamery. Całość sprawia wrażenie jednego, ciągłego ujęcia ze wskakiwaniem na mebel, a następniem skokiem obcego na Ripley, podczas gdy w rzeczywistości ujęcie to składało się z dwóch ujęć. Różnicę między nimi można zaobserwować w odmiennym sposobie ułożenia modelu obcego na rurce, oraz w skąpaniu drugiego ujęcia w czerwonym świetle.
Krótkie ujęcie owinięcia się ogona twarzołapa wokół szyi Ripley, zrealizowano odwracając ruch taśmy w montażu. Inny model posiadał namagnetyzowane odnóża, co pozwalało utrzymywać się na pionowej, metalowej ścianie. Jeszcze inny miał wbudowany mechanizm, umożliwiający swobodny, niekontrolowany ruch odnóży. Wykorzystano go w ujęciach rzucania twarzołapem do ściany, tuż przez rozstrzelaniem.
Ekipa obawiała się, że na ujęciach z odwróconym ruchem będzie widoczna kapiąca do góry woda. Cameron jednak sprzedał ten efekt bez jakiejkolwiek wpadki, ponieważ strumień wody, emitowany przez zraszacze, był na tyle gęsty i szybki, że zidentyfikowanie kierunku ruchu wody było niemożliwe. Winda, którą Ripley zjeżdża na najniższy poziom procesora atmosferycznego, w rzeczywistości w ogóle nie ruszyła się z miejsca. Iluzję ruchu stworzyły ujęcia miniatur, wyświetlone za dekoracją windy, metodą tylnej projekcji.
Zastygły śluz (?), w którym była uwięziona Newt, czekając na swojego twarzołapa, był wykonany z włókna szklanego. Sigourney Weaver w scenie uwalniania dziewczynki z pułapki, kilka razy rozcięła sobie skórę dłoni o to tworzywo.
W scenach pokazujących Ripley z Newt na rękach, Carrie Henn grała tylko w bliskich planach, ukazujących twarz. W każdym szerszym ujęciu, ciężką dziewczynkę zastępował lekki manekin ze styropianu, stworzony w studio Stana Winstona.
Ridley Scott, usuwając z wersji kinowej scenę z kpt Dallasem i Brettem, zamienianych w jaja Obcego, wyświadczył Cameronowi olbrzymią, nieświadomą przysługę. Główny koncept drugiego filmu, opierał się na zagadce "jeśli istnieją jaja, to kto je znosi ?". Tak narodziła się Królowa Obcych. Gdyby Scott pozostawił tę scenę, to być może postać Królowej stałaby się zbędna, ponieważ sam Obcy potrafił zatroszczyć się o nowe jaja. Miniaturowy model Królowej Obcych miał metr wysokości i był w pełni animowany za pomocą skomplikowanego systemu linek. Ekipa Stana Winstona, która wykonała oba modele, została podzielona na dwa zespoły. Amerykańska cześć ekipy wykonała miniaturowy model, zaś angielski zespół przygotował ostatecznie model do zdjęć. Na jego podstawie, angielska ekipa Stana Winstona rozpoczęła budowę modelu w skali 1:1.
Pełnowymiarowy model Królowej Obcych miał 4 metry wysokości. W jego środku umieszczono dwóch ludzi, z których każdy animował po jednej małej i jednej dużej łapie Królowej. Ponieważ duże łapy były wyjątkowo długie, każdy z animatorów miał przedłużoną rękę o drążek, sięgający końca łapy. Nogi Królowej były animowane prętami przez zewnętrznych operatorów. Ruchy głowy i obu szczęk, były kontrolowane hydraulicznie. Ogon animował jeden z operatorów wewnątrz modelu, naciskając stopą metalowy pedał, sterujący szkieletem ogona. Całość była podwieszona na linach, przymocowanych do ramienia dźwigu.
Model ten wybudowano w aż trzech egzemplarzach. Pierwszy posiadał wejście do środka dla animatorów po lewej stronie, a drugi po prawej. Dzieki temu możliwe stało sie pokazanie Królowej z obu stron, montując naprzemiennie zdjęcia obu modeli. Trzeci z nich był wykonany z miękkiego, lekkiego materiału. Wykorzystano go do ujęć przewracania lub rzucania Królową Obcych. Oczywiście trzeci model nie był sterowany od środka przez ludzi.
Pierwsze pojawienie sie Królowej Obcych, podczas składania jaj w gnieździe, nakręcono przy pomocy 1-metrowego modelu w pomniejszonej dekoracji.
W kilku ujęciach Ripley i Newt w wybuchającm gnieździe Królowej Obcych, oraz na trzęsącej się platformie procesora atmosfery, obie aktorki grały na tle ekranu z przednią projekcją (obraz wyświetlany od przodu, jak w kinie). Z kolei ujęcia Królowej Obcych, opuszczającej swe gniazdo, swą wybuchową intensywność zawdzięczają w dużej mierze dwóm lustrom, które ustawione obok i za 1-metrową miniaturą Królowej, odbijały obrazy pełnowymiarowych eksplozji, inicjowanych poza planem.
Do ujęć, jak chociażby to, w którym Królowa wyłania się zza ściany ku przerażeniu Ripley i Newt, uciekających z najniższego poziomu procesora atmosferycznego, model Królowej pozbawiano nóg, utrzymując całość za pomocą ramienia dźwigu, połączonego z "plecami" modelu.
Wyładowania elektryczne w procesorze atmosferycznym, stworzyła firma Fantasy II, bawiąc się obwodem tesli. Ta sama ekipa wykonała ten sam rodzaj efektów także do obu cameronowych "Terminatorów".
Atomową eksplozję nakręcono w głównej mierze na planie, wykorzystując do tego celu piankę, imitującą skłębione obłoki. Samo epicentrum wybuchu to wycięty w kształcie grzyba fragment miniaturowej dekoracji chmur, który w odpowiednim momencie, silnie oświetlony od spodu, podnosił się do góry.
Rewelacyjny, w pełni wiarygodny efekt przebicia Bishopa przez ogon królowej Obcych, rozpoczęto od wykonania sztucznej klatki piersiowej androida, którą nałożono na tułów Lance'a Henriksena. Następnie z pomocą linki, pomiędzy ciałem aktora a atrapą wyciągnięto giętki ogon, co dało efekt przebicia ciała na wylot. Biały płyn, wypluwany przez Henriksena, to mieszanina mleka i jogurtu.
Kolejnym zadaniem było pokazanie, jak nadziany na ogon Bishop, zostaje podniesiony do góry, wprost w łapska Królowej. Aktor miał pod kostiumem uprząż, do której przyczepiono obie części ogona, wystającego z tułowia. Drogę w górę załatwiono podnośnikiem, na którym stał Henriksen.
Do sceny rozerwania androida, ekipa Stana Winstona wybudowała naturalnej wielkości manekin, dzięki któremu aktor nie musiał samodzielnie grać tej sceny... :)
Sam moment rozerwania zainscenizowano poprzez linki, przyczepione do łap Królowej. Każda z łap była z kolei związana z jedną połówką manekinu Bishopa. Na życzenie Camerona, manekin został tak wybudowany, by obie rozrywane części ciała Bishopa odłączyły się od siebie współokrężnym ruchem.
Górna połowa ciała Bishopa, lądująca na podłodze ładowni, była manekinem, który przez każdym z kilkudziesięciu dubli tego ujęcia, był polewany mlekiem z kartonika.
Resztki Bishopa znowu zagrał Lance Henriksen, umieszczony do połowy w dziurze w podłodze, z doczepioną atrapą biomechanicznych podrobów z ciała androida.
W końcowej sekwencji tytanicznej walki Ripley z Królową Obcych na pokładzie Sulaco, pełnowymiarowy 4-metrowy model Królowej, był sterowany na wszystkie możliwe sposoby na raz, choć piewotnie rozważano zastosowanie animacji poklatkowej. Oprócz dwóch lalkarzy w środku, model był sterowany sztywnymi prętami, linkami oraz za pomocą mechanizmów hydraulicznych i elektrycznych.
Ponieważ w tej sekwencji użyto także mniejszego, 1-metrowego modelu Królowej, niezbędnym okazało się zbudowanie miniatury ładowarki, z półmetrową marionetką Ripley w środku. Miniatura Ripley miała możliwość ruchów głową i rękami. Aby zminimalizować wrażenie zastąpienia aktorki jej podróbą, marionetka wykonywała ruchy wyłącznie w trakcie poruszania się ładowarki. Wszystkie ujęcia z wykorzystaniem miniatur, zarejestrowano w pomniejszonej dekoracji ładowni na Sulaco, którą wzniesiono już na potrzeby realizacji sceny odlotu.
Moment wpadnięcia Ripley, ładowarki i Królowej do studni śluzy powietrznej, także w całości nakręcono przy użyciu miniatur; śluzę w pełnej skali wybudowano poziomo, a nie pionowo, jak sugeruje to film.
Gdy Ripley otwiera zewnętrzny właz śluzy, jako pierwsza wylatuje w przestrzeń ładowarka. Ujęcie to wykonano przy użyciu miniatur. Kilka metrów pod dekoracją śluzy, rozpięto na stelażu czarne płótno, przyozdobione małymi lampkami choinkowymi, imitującymi gwiazdy. Gdy właz się otworzył, model ładowarki po prostu spadł na rozpięte płótno.
Wyssana w przestrzeń Królowa, była metrowym modelem, animowanym na drutach, na tle niebieskiego ekranu. Było to jedno z niewielu zastosowań optycznych efektów wizualnych w "Aliens".
Olbrzymim, również oscarowym sukcesem tego filmu było to, że przygniatająca większość efektów powstała bezpośrednio w kamerze, wykorzystując optyczne sztuczki z wymuszoną perspektywą, czy miniaturowymi dekoracjami, niejednokrotnie płynnie połączonymi w jednym kadrze z żywą akcją. Także animatroniczne efekty specjalne, to po dziś dzień wzór absolutnego arcymistrzostwa w tej, jakże trudnej dziedzinie, zaś sama ekranowa kreacja Królowej Obcych, na zawsze zostanie poglądową lekcją, jak perfidnie oszukać oko widza, bez użycia jakichkolwiek cyfrowych sztuczek. Film powstawał w latach 1985-1986, w czasach, gdy użycie chociażby techniki cyfrowego usuwania niepożądanych elementów obrazu, gdy wymazanie z kadru efektowej kuchni, było równie nierealne jak zbudowanie komputera HAL-9000. Efekty specjalne w "Obcy - decydujące starcie", to podręcznikowy przykład inżynierskiej fantazji, przekraczającej pozornie niemożliwą do osiągnięcia granicę możliwości, oferowanych przez tradycyjną technologię optyczną i mechaniczną, sprzed epoki cyfrowych cudów. Zresztą, gdyby za kilka lat jakiś hollywoodzki kretyn porwałby się na remake, tudzież fantastyczno-naukową wariację na temat obcych i mielibyśmy zobaczyć cyfrową replikę postaci Królowej Obcych, to może poruszałaby się ona płynniej i wyglądała lepiej niż "analogowy" oryginał. Ale z pewnością zabrakłoby w niej tej charaktrystycznej i raczej niemożliwej do skopiowania "duszy", dzięki której martwe modele animatroniczne, nabierały ekranowego życia i wiarygodności. Tego w komputerze zrobić się nie da. |