Prawda i fikcja Pomimo swego paradokumentalnego charakteru, należy pamiętać, że "Apollo 13" to przede wszytkim film fabularny (i do tego hollywoodzki przebój), który rządzi się swoimi prawami. Natura filmowego medium sprawia, że adaptacje literatury nigdy nie będą stuprocentowo zgodne z pierwowzorem i nie ma w tym nic złego. Ta zasada również dotyczy fabularnych rekonstrukcji prawdziwych wydarzeń. Pomimo, że dramat Apollo 13 miał miejsce tylko 15 lat przed premierą filmu, jego twórcy wiele wydarzeń nagięli bądź z pełną premedytacją przekłamali lub przemilczeli, jednocześnie dopisując epizody, które w rzeczywistości nie miały miejsca. Wszystko po to, by uczynić film bardziej syntetycznym, klarownym i wreszcie nieco dramatyczniejszym od rzeczywistego pierwowzoru. Mówi się, ze najlepsze scenariusze pisze samo życie. Lecz czasami owo "życie", przepuszczone przez sprawdzone metody sztuki scenopisarstwa, osiąga żądany przez reżysera filmowy wymiar. Scenarzyści William Broyles Jr i Al Reinert (plus kilku anonimowych "poprawiaczy" po drodze), oraz reżyser Ron Howard, dysponując jedynym w swoim rodzaju materiałem dokumentalnym, dokonali serii poprawek, uproszczeń i manipulacji, dla potrzeb filmowego "Apollo 13". Zrobili to jednak na tyle przytomnie i finezyjnie, że w umyśle nieświadomego widza, tak na dobrą sprawę nie ma prawa zapalić się czerwona lampka, alarmująca o odstępstwach wobec rzeczywistości. Oto (z całą pewnością niepełny) zapis, jak to rzeczywistość może służyć jedynie za kanwę filmu, reklamowanego jako paradokumentalna opowieść. Po lekturze, zamiast gromów rzucanych na kłamliwych twórców filmu, zastanówmy się nad sensem tych wszystkich przekłamań. Moim zdaniem doskonale przysłużyły sie one filmowi, jako autonomicznemu dziełu, nie ujmując jednocześnie niczego szczególnego faktom. Oczywiście zwolennicy weryzmu a'la Wołoszański będą psioczyć, ale film, jak powiedział sir Hitchcock "it's a piece of cake".
Prolog to quasi-dokumentalna sekwencja, ukazująca pierwszą naziemną próbę Apollo 1, w której w wyniku pożaru zginęła cała załoga. Astronauci w filmie używali czarnej klawiatury do obsługi komputera, podczas gdy na prawdziwym miejscu tragedii klawiatura była biała. Na początku filmu widzimy Toma Hanksa, jadącego czerwoną Corvettą. Jim Lovell, owszem, miał taki samochód, lecz w kolorze niebieskim.
Przyjęcie w domu Lovellów podczas lądowania Apollo 11, tak naprawdę nigdy nie miało miejsca. Sam gospodarz oglądał pierwsze lądowanie na Księżycu w Centrum Kontroli Lotów w Houston. Lot na Księżyc uniemożliwił rodzinie Lovellów wyjazd do Acapulco. W rzeczywistości plany te pokrzyżowała misja Apollo 8, którą również dowodził Jim Lovell. Załoga po wyjściu z symulatora, miała być zmieniana przez ekipę rezerwową. Tak naprawdę Lovell, Haise i Mattingly okupowali symulator bez przerwy.
Reakcja Kena Mattingly na wieść, że nie poleci on na Księżyc, została wymyślona przez Toma Hanksa. Prawdziwy przebieg tego wydarzenia, jak i jego scenariuszowa wersja, różniły się nieco od tego, co w końcu zagrał przed kamerą Gary Sinise. W czasach misji Apollo, ze względów bezpieczeństwa medycznego, nie było mowy by rodziny odwiedzały załogę w noc, poprzedzającą start. Scena takowa obecna w filmie, to raczej zapożyczenie z czasów obecnych, kiedy ten zwyczaj zaczęli praktykować uczestnicy misji promów kosmicznych. Dziewczynkę w żółtej sukience zagrała córka Rona Howarda. Prawdziwa Marilyn Lovell w dzień startu zatrzymała się w prywatnym domku, a nie w motelu, jak widać na filmie. Za to zgubienie ślubnej obrączki pod prysznicem, dokładnie pokrywało się z prawdą.
Podczas wkładania skafandrów, Fred Haise przed założeniem hełmu musiał wypluć gumę do żucia. Prawdziwy Fred Haise twierdzi, że nie miał w zwyczaju w ogóle żuć gumy, tak samo jak i zaprzecza, jakoby puścił nieważkiego pawia podczas lotu. Innego zdania byli lekarze i pozostali członkowie załogi.
Ken Mattingly obserwował start rakiety z dość bliskiej odległości. W rzeczywistości teren kosmodromu był o wiele rozleglejszy i nikt nie miał wstępu na taką odległość od wyrzutni, jak widać to w filmie. Dodatkowo Ken widzi wieżę startową po lewej stronie rakiety, podczas gdy z miejsca, w którym stał, powinien widzieć ją po prawej stronie.
W genialnym, efektowym ujęciu startu, kamera schodzi coraz niżej, nad ramionami paliwowymi, oddzielającymi się jeden po drugim od członów rakiety nośnej. Tak naprawdę wszystkie ramiona zostały odłączone jednocześnie. Jim Lovell wspomina, że zegar pokładowy ruszył wraz z oderwaniem się rakiety od Ziemi. W filmie zegar startuje kilka sekund wcześniej, w momencie odpalenia pełnej mocy z silników.
W rzeczywistości w Houston było aż czterech naziemnych szefów kontroli lotu. W filmie zredukowano ich do dwóch, z czego zdecydowanie na pierwszy plan wysunął się Gene Kranz, grany przez jak zwykle doskonałego, nominowanego do Oscara za tą rolę Eda Harrisa. Pocieszając Freda Haise'a, Jim Lovell w filmie powiedział, że astronauta Frank Borman podczas misji Apollo 8, rzygał całą drogę aż do osiągnięcia orbity okołoksiężycowej. Mijało się to nieco z prawdą, ponieważ Frank Borman owszem, czuł się źle, ale nie aż do takiego stopinia.
Prawdziwa starsza córka Lovellów nie miała aż takiej zakrętki na punkcie Beatlesów, jak jej filmowy odpowiednik. Ron Howard pokłamał także w kwestii albumu "Let it be", który trzymała w rękach córka Lovellów. Płyta ukazała się w 15 maja 1970 roku, a akcja filmu rozgrywa się przecież miesiąc wcześniej. Wybuch zbiornika tlenu miał miejsce w 55 godzinie, 54 minucie i 53 sekundzie lotu. W filmie eksplozja ma miejsce godzinę później. W scenach wymagających pisania, Tom Hanks używał prawej ręki. Jim Lovell tak naprawdę jest leworęczny.
Z filmu wynika, że ciężar uratowania załogi Apollo 13, spoczywał na barkach kilkudziesięciu fachowców, zgromadzonych w Centrum Kontroli Lotów w Houston. W rzeczywistości nad procedurami akcji ratunkowej główkowało ok. 5000 ludzi, pracujących równolegle w wielu fabrykach, laboratoriach i ośrodkach naukowych, partycypujących w projekcie Apollo.
Podobnie sprawy miały się z Kenem Mattingly. W filmie on jedyny wchodzi do symulatora, by wymyślić procedury zasilania dla Apollo 13. W 1969 roku w symulatorach pracowało na raz kilku fachowców, zaś sam Mattingly udzielał się we wszystkich możliwych miejscach, związanych z akcją ratunkową. Zresztą podczas wybuchu, był on obecny w Centrum Kontroli Lotów, a nie w domu, jak wynika z filmu. I to nie on wpadł na pomysł, jak optymalnie wykorzystać prąd w akumulatorach, co umożliwiło powrót załogi na Ziemię. Przed wejściem w strefę cienia po drugiej stronie Księżyca, astronauci cieszą oczy widokiem Mare Tranquilitatis (Morze Spokoju - miejsce lądowania Apollo 11). W rzeczywistości wcale tego nie widzieli, ponieważ już lecieli w strefie cienia, zanim zniknęli za Księżycem. Potwierdza to późniejszy dialog o widzianym z pokładu statku kraterze Ciołkowskiego, który znajduje się na niewidocznej z Ziemi stronie Księżyca. Więc, aby krater ten mógł być oświetlony światłem słonecznym, część widocznej z Ziemi strony Księżyca musiała być przykryta cieniem. W filmie mamy zarówno pełne nasłonecznienie widocznej strony, jak i części strony niewidocznej. Ot, filmowe cuda...
Gdy załoga Apollo 13 okrążała Księżyc, dokonała dwóch korekt kursu, by wyjść z orbity wokółksiężycowej i skierować się na trajektorię lotu ku Ziemi. W filmie oba te manewry nie zostały pokazane. Na dodatek Houston informuje załogę, o jej prędkości. Paradoks polega na tym, że ta prędkość jest niższa (!) od prędkości ucieczki z pola grawitacyjnego Księżyca. Pokazano z kolei bardzo nerwową walkę z silnikami modułu księżycowego, który miał skierować załogę na trajektorię wejścia w atmosferę ziemską. Z filmu dowiadujemy się, że manewr ten trwał 39 sekund. W rzeczywistości załoga miała na to tylko 14 sekund.
Cześć ujęć w stanie nieważkości nakręcono w studio. Niektóre z nich są dziecinnie łatwe do identyfikacji, ponieważ w scenach, wymagających wyłaczenia wszystkich urządzeń pokładowych, aktorzy grali w oziębionym powietrzu. W ujęciach studyjnych widoczny oddech aktorów... unosi się do góry. W stanie zerowej grawitacji takie zjawisko nie miałoby miejsca. Aby zapobiec wyziębieniu organizmu, astronauci zakładali skafandry kosmiczne. W filmie pewnie byłoby to zbyt krępujące i mało fotogeniczne dla aktorów...
Jim Lovell wspomina napiętą, lecz mimo całego dramatyzmu, stabilną sytuację w relacjach pomiędzy członkami załogi. Howardowi natomiast potrzebny był choć jeden, niewielki konflikt, który dodatkowo podkręciłby temperaturę filmu. Po to właśnie dopisano do prawdziwych wydarzeń, ostrą wymianę zdań pomiędzy Haise'em i Swigertem.
|