Realizacja "Armageddon" to kolejny szczebel i zarazem swoista kulminacja wizualnego stylu Michaela Baya. Odziedziczona po Jamesie Cameronie wiecznie ruchliwa kamera, rekordowa ilość cięć w sekwencjach akcji, teledyskowe cięcie szybkich ujęć w trakcie ruchu kamery, nasycone barwy, wyrafinowana głębia ostrości, mistrzowskie oświetlenie - strona wizualna "Armageddonu" z takim zestawem sztuczek realizatorskich przypomina telewizyjną reklamę, gdzie nie ma mowy o dochowaniu wierności realizmowi. Tutaj cały warsztat operatora jest podporządkowany osiągnięciu dopieszczonego aż do granic absurdu perfekcyjnego obrazka. Przy tym filmie Michael Bay powrócił do anamorficznej rejestracji na taśmie 35mm, niezadowolony z techniki Super 35, którą zastosował przy "Twierdzy". Wielowątkowy wstęp filmu, obejmujący wizualizację hekatomby sprzed 65 mln lat, zniszczenie wahadłowca, przygotowania amerykańskich wojsk, epizod z prywatnym astronomem, scenkę rodzajową z Murzynem i Japończykiem, spektakularne bombardowanie meteorytowe Nowego Jorku i wreszcie gorączkowe narady w NASA, było niezbędne do szybkiego i skutecznego nakreślenia widzowi tematyki filmu i uzmysłowienie z czym będą sobie radzić główni bohaterowie. Dopiero po tym wszystkim widzowi zaprezentowano Bruce'a Willisa w roli Harry'ego Stampera.
W trakcie realizacji sekwencji nowojorskiej, Michaela Baya w ogóle nie było na planie. Wszystkie szerokie plany, na których trzeba było sprzedać elementy charakterystyczne dla Miasta Które Nigdy Nie Zasypia, były autorstwa pięcioosobowej ekipy operatora Johna Schwartzmana, która uwinęła się z robotą w dwa dni. Natomiast pozostałe sceny dialogowe (rozmowa z Chińczykiem sprzedajacym Godzille, skośnoocy turyści w taksówce) oraz bombardowanie meteorytowe Michael Bay nakręcił osobiście w Los Angeles w ciągu dwóch tygodni na ulicach imitujących Nowy Jork. Przeprowadzka była konieczna z uwagi na lepsze kontakty filmowców z władzami L.A., dla których wynajęcie kilku przecznic nie stanowiło logistycznego problemu.
Epizod z pieskiem rozszarpującym plastikowe Godzille był czytelną aluzją do "Godzilli" Rolanda Emmericha, filmu który w tym samym 1998 roku wszedł na ekrany kin i z którym to filmem "Armageddon" miał toczyć kasowy wyścig (którego zresztą nie było, ponieważ film Emmericha poniósł fiasko). Piesek był specjalnie szkolony do tego zadania, zaś jego wypożyczenie kosztowało 20 tys. dolarów. Dlaczego po pierwszym ataku meteorytowym wielki Japończyk zginął, a piesek uszedł z życiem? Politycznie poprawny Michael Bay wie, że w kasowych przebojach nie można wysłać na tamten świat ani dzieci, ani piesków...
Wyróżniający się z linii nowojorskich wysokościowców słynny budynek Chryslera jest bardzo wdzięcznym obiektem dla filmowców, chętnie umieszczających go w swoich wizjach zagłady. Oprócz "Armageddonu" budynek ten został także zniszczony w "Godzilli" Emmericha, zaś u Spielberga w "A.I." wieżowiec ten się ostał, lecz pod pokrywą lodową.
Wśród naukowców NASA na dwóch krótkich ujęciach widać również Michaela Baya. Reżyser filmu, poddający swoich aktórów ciężkim próbom na planach swoich apokaliptycznych widowisk, był bardzo zdenerwowany w trakcie realizacji swego aktorskiego epizodu. Naukowcy generalnie zostali przedstawieni w tym filmie jako heroiczni i pomysłowi fachowcy, może za wyjątkiem niekumatych pierwotnych kandydatów na wysadzaczy asteroidy oraz speców od łapania wiatru słonecznego w folię aluminiową.
W okresie przygotowawczym do ról konsultantów naukowych zatrudniono astronautę Joe Allena (20 lat lotów kosmicznych od misji Apollo do startów wahadłowców) oraz doświadczonego fachowca ds. asteroid Ivana Beckeya. Patrząc jednak na szeroki strumień absurdów, wylewający się z "Armageddonu" z radosnym chlupotem można dojść do wniosku, że specjaliści potrzebni byli Bayowi tylko po to, by zacieśnić współpracę z NASA, niezbędną przy produkcji filmu. Reżyser z pełną świadomością szczelnie wypełnił film stekiem naukowych nonsensów w imię stworzenia obrazu jak najbardziej efektownego i dramatycznego. Kilka przykładów artystycznej dowolności przy interpretacji naukowych faktów w "Armageddonie":
Sekwencja na platformie wiertniczej, w trakcie której poznajemy malowniczą ekipę Harry'ego Stampera, nie była w całości nakręcona na prawdziwej, morskiej platformie wiertniczej. Na takowej, oddalonej 200 km od brzegu, zrealizowano wyłącznie te ujęcia, na których widać było perspektywę oceanu. Wszystkie pozostałe plany nakręcono na terenie rafinerii naftowej na przedmieściach Los Angeles. Ujęcia te można łatwo zidentyfikować po charakterystycznym, niskim ustawieniu kamery. Żabia perepektywa pomogła ukryć widok stałego lądu, rozciągający się wokół rafinerii.
Michael Bay miał z początku wątpliwości co do wieku Harry'ego Stampera. Sądził, że człowiek z reputacją najlepszego fachmana w branży będzie kimś, kto z wyglądu przypomina raczej Seana Connery. Dopiero spotkanie z prawdziwymi szefami platform wiertniczych przekonało go, że wiek Bruce'a Willisa jest jak najbardziej adekwatny do granej przez niego postaci. Liv Tyler podobno dwukrotnie odrzuciła propozycję zagrania Grace Stamper. Nie miała siły odmówić dopiero za trzecim razem.
Przygotowania ekipy wiertniczej do lotu w w kosmos kręcono m.in. w olbrzymim hangarze bazy lotniczej Amerykańskich Sił Powietrznych w Edwards. Stało tam kilka efektownych bombowców B2. Generalicja zezwoliła na ich pokazanie w filmie, lecz pod jednym surowym warunkiem - operatorowi nie wolno było zarejestrować tylnej części samolotu, której szczegóły konstrukcyjne objęte są tajemnicą wojskową...
Siedzibę NASA z zewnątrz zagrała fasada fabryki w L.A. Wnętrza zbudowano w studio Culver City. Zbudowany w latach 50. prawdziwy budynek NASA nie prezentował się wystarczająco efektownie dla Michaela Baya, który chciał za pomocą scenografii jasno przekazać, że za frontem siedziby Agencji znajduje się równie efektowne wnętrze. Na użytek tak rozbuchanego technologicznie widowiska rzeczywisty świat naukowców prezentował się nad wyraz ubogo i nieadekwatnie. Zabawna scena żądań ekipy wiertniczej wobec Ameryki, także była nakręcona we wnętrzu fabryki w L.A. Scena ta zawiera w sobie sporą dawkę improwizacji. Michael Bay poprosił aktorów o uruchomienie własnej inicjatywy i spisanie swoich żądań na papierze. Z tych samych kartek Bruce Willis odczytywał je później przed kamerą, uzupełniając swoją przygotowaną kwestię o nieplanowane wcześniej teksty, napisane przez aktorów. Rygorystyczne żądanie niepłacenia podatków było autorstwa Michaela Baya.
W sekwencji ściągania rozpierzchniętych po kraju wiertaczy jest scenka z Oscarem (Owen Wilson) na koniu, którego gonią dwa śmigłowce. Jeden z nich ma przyczepiony do boku wielki, owalny kształt. To specjalna komora z urządzeniem żyroskopowym, zawierająca... kamerę do zdjęć lotniczych Wescam. Helikopter był używany przez ekipę operatorską, a w ten scenie załapał się do ujęcia.
Dzięki proamerykańskiej tematyce przed ekipą otwierały się drzwi czynników oficjalnych - z NASA, Departamentem Obrony i Siłami Powietrznymi USA na czele. Agencja Aeronautyki, wyjątkowo szczodrze udostępniajaca swe włości, początkowo nie chciała nawet słyszeć o wspuszczeniu filmowców na teren największego na świecie basenu (12 metrów głębokości, 65 mln galonów pojemości), gdzie w warunkach symulowanej nieważkości ćwiczono astronautów. Michael Bay i Jerry Bruckheimer nie dali za wygraną i w miarę postępu prac produkcyjnych, pozytywnie aprobowanych przez agencje rządowe, szefostwo NASA zgodziło się w końcu na pierwsze w historii Agencji cywilne wykorzystanie basenu.
Lecz zgoda NASA okupiona została ściśle egzekwowanymi restrykcjami. W sekwencji podwodnego treningu tylko Ben Affleck i Bruce Willis dostąpili zaszczytu założenia oryginalnego kosmicznego skafandra za 2 mln dolarów sztuka. Reszta nafciarzy to prawdziwi astronauci. Bliskie plany ukazujące twarze pozostałych aktorów nakręcono na sucho w studio, z akwarium umieszczonym przed aktorami, którzy mieli na sobie atrapy skafandrów. NASA wypożyczyła oryginalne stroje tylko na 20 minut do sekwencji podwodnej i kilku ujęć na zewnątrz basenu.
Michael Bay umieścił w filmie kilka ujęć bohaterskiej ekipy, idącej ławą w zwolnionym tempie. To nawiązanie do filmu "The Right Stuff" Philipa Kaufmana (1983), opowiadajacego o pierwszych latach amerykańskiego programu kosmicznego. Parodia tego ujęcia znalazła się w "Potworach i spółce".
Zdjęcia z treningu samolotowego nie zawierały w sobie efektów specjalnych. Do tej sceny zaangażowano prawdziwych pilotów w odrzutowcach treningowych NASA T-39. Wszystkie szalone powietrzne ewolucje to prawdziwy materiał, nakręcony w powietrzu. W studio nakręcono wyłącznie przebitki twarzy przerażonych nafciarzy.
Scenę wewnątrz komory próżniowej nakręcono w autentycznym wnętrzu największego tego typu obiektu na świecie. Po zamknięciu włazu (ważącego zaledwie 40 ton) w ciągu minuty możliwe jest odessanie całego powietrza ze środka i symulacja próżni kosmicznej (oczywiście bez efektu nieważkości). Ustrojstwo to wykorzystywane jest do badania szczelności skafandrów i pojazdów kosmicznych.
Długa rynna z oświetleniem, umieszczona nad stołem konferencyjnym w jednym z pomieszczeń NASA, była wykorzystana już w "Twierdzy".
Krótka scenka z Oscarem, wczuwającym się w rolę kontrolera lotów, została nakręcona w autentycznym pomieszczeniu w Houston, skąd kierowano m.in. wszystkimi misjami Apollo i wahadłowców. Z kolei romantyczna chwila z A.J.-em, oświadczającym się Grace, została uwieczniona we wnętrzach Kennedy Space Center. Jako turystyczna atrakcja, znajduje się tam jeden z członów rakiety nośnej z serii Saturn 5, wykorzystywanych m.in. w serii załogowych lotów księżycowych. Michael Bay pomysłowo nakręcił ten muzealny eksponat w sposób, jak gdyby naprawdę była to sprawna jednostka na terenie NASA. Zastanawiam się tylko, dlaczego zakochanym chciało się wspiąć tak wysoko? No, ale sceny miłosne rządzą się swoimi, niekoniecznie racjonalnymi prawami...
Kolejna scena, w której Harry Stamper dowiaduje się od kumpli, że jego mała córeczka jest już dorosła, została nakręcona w hali montażowej wahadłowców. Tony wypolerowanego żelastwa nad głowami aktorów to podwozie prawdziwego promu kosmicznego.
Pancernik Armadillo, niezwykle efektowny pojazd wielokołowy, został stworzony przez ekipę Johna Fraziera specjalnie do "Armageddonu". Pojazd o wymiarach 5 x 6,5 metra, zbudowany został na podwoziu samochodu wojskowego Hummer (pieszczotliwie Humvee - tym samym wozem rozbijał się Sean Connery w "Twierdzy"), posiadał niezależne układy kierownicze na przednie i tylne osie i rozwijał maksymalną prędkość 56 km/h. Koszt - milion dolarów. Sekwencję tę nakręcono na terenie bazy wojskowej Edwards.
Machanie amerykańską flagą, dzięki filmom Spielberga, Emmericha i Baya, stało się już właściwie autoparodią. W hurrapatriotycznym "Armageddonie" również nie brakuje ujęć z paskami i gwiazdkami w tle. Na jednym z nich Harry Stamper rozkazuje Trumanowi z NASA puszczenie chłopaków samopas na dzień przed odlotem. Flaga za plecami Willisa znalazła się ze względów oszczędnościowych. Ujecie twarzy aktora nakręcono kiedy indziej i w zupełnie innym miejscu, niż całą tę scenę. Ponieważ scenograf nie miał na podorędziu żadnej zastawki do ustawienia na szybko, postanowiono puste miejsce zakryć amerykańską flagą...
Romantyczną scenę przy zachodzie słońca z Benem Affleckiem i Liv Tyler, nakręcili asystenci autora zdjęć Johna Schwartzmana. Była to jedna z ostatnich scen w planie produkcyjnym, a Schwartzman w tym czasie już wybierał obiekty zdjęciowe do "Ed TV" Rona Howarda.
Spotkanie Chicka Chapela (Will Patton) z byłą żoną i synkiem, nakręcono w ciagu dwóch dni zdjęciowych. Mały szczegół tej realizacji polega na tym że oboje aktorów nakręcono oddzielnie, w zupełnie innych miejscach i w odstępie trzech miesięcy.
Autorem zdjęć do krótkiej, gwałtownej sceny meteorytowego bombardowania Szanghaju był Janusz Kamiński. Scena ta powstała kilka miesięcy po zakończeniu właściwych zdjęć do filmu. John Schwartzman pracował już wtedy na planie "Ed TV", więc poprosił swego przyjaciela (który akurat miał przerwę między filmami) o spędzenie jednego dnia zdjęciowego na terenie Culver City Studios.
Scenę pojednania Harry'ego i Grace nakręcono w bardzo ważnym dla NASA miejscu. To pozostawione ku pamięci resztki wyrzutni, gdzie zginęli trzej astronauci podczas naziemnej próby Apollo 1 (paradokumentalne odtworzenie tych chwil było obecne w prologu "Apollo 13" Rona Howarda). Fabularnie i wizualnie jest to powtórka analogicznej sceny z "Twierdzy", kiedy John Mason (Sean Connery) rozmawia ze swą córką.
To co wyróżnia Michaela Baya od innych dostawców kina popcornowego, to umiejętność pokazania kiczowatych obrazków w absolutnie porywający sposób. Pompatyczna sekwencja przemowy amerykańskiego prezydenta na tle przejętych mieszkańców Ziemi i monumentalnych ujęć ekipy ratunkowej w drodze do wahadłowców, to w swojej kategorii mistrzostwo świata, wzbogacone doskonałą muzyką Trevora Rabina. Wypucowane ujęcia jak z reklamy telewizyjnej (szkoła warsztatu Michaela Baya), zdjęcia w zwolnionym tempie (nakręcone z prędkością 120 kl/s), setki statystów, lśniący sprzęt, bohaterskie twarze nafciarzy - to również trzeba umieć pokazać, a Michael Bay w "Armageddonie" dokonał tego perfekcyjnie. Za to w "Pearl Harbor" już przesadził z tą celebracją.
Wszystkie ujęcia, ukazujące drogę astronautów do wahadłowców, nakręcono w prawdziwej lokalizacji, kilkadziesiąt godzin przed autentycznym startem wahadłowca z przylądka Kennedy'ego. NASA wstrzymała własną pracę i zezwoliła ekipie filmowej na kilkunastominutowe okupowanie najważniejszego miejsca kosmodromu. Na planie była tylko niezbędna ekipa operatorsko-dźwiękowa, aktorzy i reżyser. W dwóch ujęciach widać Bruce'a Willisa i Bena Afflecka, siadających na skraju włazu do prawdziwego wahadłowca. Dalej ekipa nie miała już wjazdu, choć Ben Affleck wśliznął się na krótką chwilę do środka, zanim technik NASA nie rozkazał mu opuścić wnętrza wahadłowca.
Pierwsze prace przygotowawcze do realizacji "Armageddonu" rozpoczęto jeszcze w 1996 roku. Wtedy to postanowiono na potrzeby filmu nakręcić autentyczny start wahadłowca. Ponieważ zdjęcia mogły rozpocząć się nie wcześniej jak w sierpniu 1997 roku, ekipa operatorska Johna Schwartzmana została postawiona na nogi już w marcu, by po negocjacjach z NASA, 7 kwietnia zarejestrować start z przylądka Kennedy'ego. Nie było to jednak tak proste. Przepisy NASA zabraniają przebywania ludziom w pobliżu wyrzutni na 48 godzin przed startem, za wyjątkiem oczywiście ekipy eskortującej astronautów do wahadłowców. Filmowcy musieli więc pozostawić zdalnie sterowane kamery w zaplanowanych miejscach, zaopatrzyć w zapas prądu i taśmy, włączyć je i uciekać. Aby zabezpieczyć się przed tak niecodziennymi warunkami pracy, najpierw dokonano szeregu prób wytrzymałościowych na sprzęcie operatorskim, włączając w to pracę kamer z przyspieszonym klatkażem 120 i 150 kl/s. Kolejnym problemem były nieprzewidziane warunki pogodowe. Zostawiając kamery samopas, ekipa musiała się zabezpieczyć na wypadek mgły, deszczu czy pary powstałej przy starcie wahadłowca, tak by nic nie osiadło na obiektywach w trakcie rejestracji. Rozwiązaniem okazały się małe grzałki, które rozmieszczono wokół obiektywów.
Start obu filmowych wahadłowców Freedom i Independence złożono ze zdjęć dwóch autentycznych startów, zarejestrowanych szesnastoma kamerami na raz. Za pierwszym razem Michael Bay nie był jednak do końca zadowolony z materiału, gdyż start miał miejsce w dzień. Na szczęście dwa miesiące później NASA wysłała w kosmos kolejny wahadłowiec, lecz tym razem w rzadko spotykanych warunkach nocnych. Większość ujęć ze startu pochodziło właśnie z nocnego odpalenia, co - oprócz oczywistej większej widowiskowości - miało swój dodatkowy walor w postaci zgodności ze scenariuszem. Przy nocnym starcie NASA dodatkowo zezwoliła na umieszczenie dwóch kamer bezpośrednio na wieży wyrzutni. Kiedy po starcie wyjęto te kamery z zabezpieczających skrzyni, okazało się że ich optyka, wskutek wibracji, rozsypała się w strzępy. Na szczęście taśmy pozostały nienaruszone.
"Armageddon" to drugi film w historii kina, na którego potrzeby nakręcono autentyczny start wahadłowca. Pierwszym był "Space Camp" (1986) z Leą Thompson i Kate Capshaw. Pomysł na równoczesny start dwóch wahadłowców nie jest kolejną bzdurą scenarzystów, którzy nadziali nimi film, jak dobrą kaszę skwarkami. NASA, mimo że jeszcze nie zastosowała w praktyce tego rozwiązania, jest w stanie wysłać dwa promy kosmiczne podczas jednego startu. Kosmiczne skafandry (oprócz dwóch do sceny w basenie) były specjalnie skonstruowane do filmu. Posiadały odpowiednio zmodyfikowane hełmy, odsłaniające jak najwięcej twarzy aktorów oraz własne układy komunikacyjne, oddechowe i elektryczne. Same hełmy przyprawiły Johna Schwartzmana o kilka siwych włosów. Problem polegał oczywiście na odbijaniu przez nie źródeł światła na planie. Rozwiązanie okazało się nad wyraz proste - aby uprawomocnić każdą odbitą w szkle hełmów lampę, należało ją... pokazać w filmie. Tak więc każde silne źródło światła było po prostu częścią dekoracji.
Stan nieważkości w wahadłowcach symulowano poprzez zawieszanie aktorów na linkach i odpowiednie kąty ustawienia kamery. Tak samo rzecz wyglądała w ujęciu rosyjskiego astronauty Andropowa, kiedy na stacji MIR zostaje przywrócone ciążenie. Peter Stormare wisiał na linkach, a operator David Emmerichs wykonał niemal 180' obrót Steadicamem.
Steadicamowe ujęcie ewakuacji z zagrożonej stacji MIR to nawiązanie do identycznej pracy kamery w słynnym dramacie wojennym "Das Boot" Wolfganga Petersena (1979). Scena ze zniszczonym wahadłowcem Independence na powierzchni asteroidy była zarejestrowana w pierwszy dzień zdjęciowy na planie "Armageddonu" w plenerach Południowej Dakoty, zwanych Badlands (skojarzenia z filmem Terrence'a Malicka jak najbardziej na miejscu). Tam też nakręcono większość ujęć z ocalałą garstką załogi Independence, podróżującą w pancerniku po powierzchni asteroidy.
Wszystkie sekwencje z załogą Freedom, próbującą dokopać się do wnętrza asteroidy, kręcono od stycznia 1998 roku w największej hali zdjęciowej Disney Studios. Lecz nawet ona była za mała dla gigantomanii Michaela Baya. Reżyser polecił powiększyć kubaturę hali poprzez... jej pogłębienie o 6 metrów. 20 metrów od podłogi do stropu oraz dekoracja asteroidy wypełniająca praktycznie całą halę zadowoliły reżysera i uszczupliły budżet o 2 miliony dolarów. Budowa tej scenografii zajęła 150 ludziom aż trzy miesiące.
Wszystkie sceny, w których akcję na asteroidzie widać także na monitorach w siedzibie NASA, były kręcone tą samą kamerą filmową, podłączoną równolegle do zapisu video. Lotnicze ujęcie Białego Domu pochodzi z "Twierdzy", poprzedniego filmu Michaela Baya. Kwestia Bruce'a Willisa "Houston, you have a problem" to oczywiście nawiązanie do jednego z najsłynniejszych zdań w historii astronautyki "Houston, we have a problem", wypowiedzianego przez Jima Lovella na pokładzie Apollo 13.
Wariackie zachowanie Rockhounda (Steve Buscemi), dosiadającego okrakiem bombę atomową, stanowi aluzję do niezapomnianego filmu Stanleya Kubricka "Dr Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę" (1963). W finale tamtego filmu major Kong (Slim Pickens) siedzi na bombie jak kowboj na koniu i razem z nią spada w dół na sowiecki cel strategiczny.
Absurdalna sekwencja lotu pancernikiem nad powierzchnią asteroidy została celowo zrealizowana właśnie w takim, urągającym zdrowemu rozsądkowi kształcie. Michael Bay doskonale zdawał sobie sprawę na co się porywa, ale chciał także umieścić w tej części filmu jakąś dynamiczną sekwencję akcji, by rozruszać nieco monotonne próby wykonania odwiertu. Niepoważna gra Bena Afflecka, Petera Stormare'a i Michaela Clarke'a Duncana w tej sekwencji była podyktowana także troską o zapewnienie rozrywki nastoletniej publiczności, dla której przecież był robiony ten film. To nie sarkazm - producentem "Armageddonu" jest przecież Walt Disney Pictures (poprzez swą wytwórnię Touchstone) i dla Michaela Baya jasnym był taki a nie inny charakter filmu. "Armageddon" to tylko zabawa, w której nie ma bryzgającej krwi ani przekleństw (słowo "fucking" słychać w filmie bodajże raz, w scenie pyskówki Trumana z generalicjš). Gdzież te bluzgi Willisa z "Czterch pokoi"... :).
W filmie trzy razy pojawiają się znakomite montażowe sekwencje, ukazujące ludność całego świata w momencie startu, chowania się w schronach i triumfu po udanej misji. Ujęcia na amerykańskiej ziemi zrealizowano w maju 1997 roku, czyli trzy miesiące przez rozpoczęciem właściwych zdjęć do filmu. Z kolei plenery z całego świata zostały włożone w "Armageddon" zaledwie na trzy tygodnie przed premierą. Magia montażu...
W scenie ostatniej rozmowy między Harrym i Grace jest wpadka oświetleniowa. W "czystych" ujęciach, twarz Bruce'a Willisa jest oświetlona z prawej strony, podczas gdy w niektórych ujęciach, widocznych na monitorach telewizyjnych, światło zmieniło miejsce na stronę lewą.
Na kilku ostatnich ujęciach filmu widać sześć samolotów Thunderbird, wykonujących ewolucję "missing man", polegającą na odłączeniu się jednego samolotu od całego klucza, co fabularnie upamiętniło bohaterską śmierć Harry'ego Stampera. Scenka ta znalazła się w filmie przez przypadek. Podczas realizacji sekwencji powrotu astronautów, jeden z kierowników NASA, współpracujących z ekipą, podszedł do Michaela Baya i powiedział że niedaleko stąd odbywa się pokaz lotniczy i że możliwe jest załatwienie przelotu maszyn nad planem zdjęciowym. Reżyser błyskawicznie zmienił plan zdjęć, ustawił aktorów i trzy kamery, poprosił pilotów o wykonanie ewolucji "missing man" i godzinę później miał na taśmie materiał, za jaki dałby się pokroić każdy twórca kina akcji.
Realizacja zdjęć zajęła głównej ekipie zdjęciowej 110 dni. W jej trakcie wykorzystano ok. 300 km taśmy filmowej. Obejrzenie wszystkiego zajęłoby 7 dni i nocy. Materiał zdjęciowy był na bieżąco wywoływany. 4,5 km negatywu dziennie zamieniało się w kopie pozytywowe i było na bieżąco oglądane przez montażystów. Zmontowany film miał długość ok. 4 km i składał się z ok. 3400 ujęć. Podzieliwszy ilość ujęć przez dni zdjęciowe, daje to ponad 30 ustawień kamery dziennie, co czyni Michaela Baya jednym z najszybciej pracujących reżyserów Hollywood. Na koniec ciekawostka towarzyska. Michael Bay i autor zdjęć John Schwartzman znają się nie tylko z czasów filmowych. Pierwsze wspomnienie Schwartzmana o swoim przyszłym reżyserze sięga czasów, kiedy John miał 15 lat. Wtedy to młodszy o 4 lata Michael Bay... rzygał z okna jego domu, gdy wraz z kumplami i młodszą siostrą Schwartzmana postanowili spróbować, jak smakuje gorzała... |