Szukając człowieka gotowego zająć się efektami wizualnymi do "Ucieczki z Nowego Jorku", producentka Debra Hill zwróciła się najpierw do Johna Dysktry, laureata Oscara za efekty do "Gwiezdnych wojen". Dykstra zaśpiewał sobie honorarium w wysokości 1 mln $, a tymczasem budżet efektów wynosił zaledwie 360 tys. dolarów. Twórcy musieli poszukać tańszego producenta i trafili do firmy New World Effects, której właścicielem był Roger Corman. Trzon jego ekipy stanowili ludzie, którzy po latach wykreowali wizualną potęgę "Aliens" - James Cameron oraz bracia Dennis i Robert Skotakowie, wówczas adepci poznający smak pracy z domalówkami, miniaturami i motion control.
Twórcy efektów musieli pracować na takich samych zasadach, co John Carpenter, czyli "jak za kilka dolców zrobić coś, co wygląda jak zrobione za milion". Szeroko wykorzystywano miniatury, matte painting i animację rysunkową. Tą ostatnią metodą wykonano animowany prolog filmu.
Opisywany wcześniej manewr przejścia z jednej lokacji w drugą za pomocą czerni, wykorzystano już w pierwszym ujęciu filmu. Ujęcie muru wykonano w plenerze tamy Sepulveda, a po wyjściu kamery z czerni widzimy już studyjną dekorację, za którą umieszczono ogromny ekran. Metodą przedniej projekcji wyświetlono na nim namalowany obraz Nowego Jorku.
Kolejne ujęcia efektowe zawierają obraz zbiornika wodnego, na który nałożono domalówkę miasta z mostem, nakręconą na niebieskim tle miniaturę helikoptera oraz animowane rysunkowo odbicie reflektora w wodzie.
Air Force One to miniatura nakręcona na niebieskim tle i połączona z oddzielnie nakręconym widokiem chmur. Widok Air Force One z punktu widzenia strażnika na murze wymagał pracy dwuetapowej. Najpierw nakręcono miniaturę statku na tle namalowanej panoramy Manhattanu, a potem gotowy obraz wyświetlono przed dekoracją barierki na murze.
Zbliżające się wieżowce Manhattanu to oczywiście miniaturowy plan zdjęciowy. Rysunkowa animacja rozbicia samolotu wyręczyła twórców od żmudnej realizacji tej sceny w sposób konwencjonalny.
"Komputerowe" ujęcia Nowego Jorku z lotu ptaka, obserwowane na monitorach przez Plisskena, tylko symulowały użycie innowacyjnej wówczas techniki cyfrowej. Siatkowe animacje stosowano wcześniej m.in. w "Gwiezdnych wojnach" (1977), pierwszym "Obcym" (1979) i "Odległym lądzie" (1981). Carpenter nie miał pieniędzy na takie fanaberie, więc musiał skorzystać z pomysłowości swoich efekciarzy. Wieżowce Manhattanu to po prostu nieoświetlone miniatury pociągnięte na krawędziach zieloną taśmą odblaskową. Potem wystarczyło je sfilmować ruchomą kamerą, a gotowe ujęcie wrzucić na monitor dekoracji kokpitu szybowca, by uzyskać prawdziwy hi-tech. Carpenter dobrze wiedział, że trzy monitory z "cyfrowym" widokiem Manhattanu to bezsensowny zbytek luksusu wobec prawdziwego widoku tuż za szybą, ale uznał, że za niewielką kasę można film wzbogacić takim niemal bondowskim gadżetem. To zresztą wpisywało się w artystyczne credo wiecznie niedoinwestowanego Carpentera - za psi grosz nakręcić film, który wygląda jak wysoce dotowana superprodukcja. Temu celowi służyło także wierne trzymanie się kamer Panavision i formatu obrazu 2,35:1, w którym nawet 10 centów wygląda jak stówa.
Ale lot Plisskena nad Manhattanem to także zadziwiająco klimatyczne ujęcia, zrealizowane za pomocą miniatur budynków, modelu szybowca i malowanego tła. Czegoby nie mówić o rozwoju techniki trikowej, to te urokliwe obrazki bronią się do dziś.
W jednej z nielicznych scen dziennych, tłum więźniów przywołuje śmigłowiec nad Central Parkiem. W tle widać zniszczone budynki Manhattanu. Tak naprawdę plener nakręcono w San Fernando, zaś nowojorskie budynki namalował i połączył z ujęciem aktorskim nasz dobry znajomy James Cameron, który przed "Terminatorem" terminował jako twórca efektów wizualnych dla hollywoodzkich twórców kina klasy B.
|