Realizacja Spielbergowi zawdzięczamy tytuł "Back to the Future". Wymyślili go co prawda Zemeckis i Gale, lecz szef Universal Pictures Sid Sheinberg uparł się, żeby film nazwać "Spaceman from Pluto" ("Kosmita z Plutona"), jako nawiązanie do komiksu, który młody Peabody pokazuje ojcu w stodole na widok DeLoreana. Spielberg wziął Sheinberga sposobem (trafił Żyd na Żyda...), udając że decyzja szefa studia jest znakomitym żartem, z którego cała ekipa uśmiała się po pachy. Sheinberg był zbyt dumny by przyznać się do swych poważnych intencji w kwestii zmiany tytułu, więc zezwolił na "Back to the Future". "Powrót do przyszłości" rozpoczyna się znakiem firmowym Roberta Zemeckisa - długim, trzyminutowym ujęciem w mieszkaniu Doca Emmetta Browna. Rola główna Marty'ego McFlya długo była solą w oku Zemeckisa. Reżyser od początku widział w tej roli Kanadyjczyka Michaela J. Foxa, wówczas gwiazdę znakomitego sitcomu "Family Ties" Gary'ego Davida Goldberga (który notabene w 1989 roku nakręcił dla Spielberga dramat obyczajowy "Dad"). Goldberg nie zezwolił na to, by jego aktor wziął sobie na plecy równoległe granie w filmie, choć sam Fox wyraził w tym temacie żywe zainteresowanie. Zemeckis musiał znaleźć innego Marty'ego. Po przesłuchaniu dwóch młodych aktórów Erica Stoltza ("Maska", "Mucha 2", "Pulp Fiction") i C. Thomasa Howella ("E.T", "Autostopowicz") ostatecznie wybrał do tej roli Erica Stoltza, z którym spędził na planie kilka ciężkich tygodni. Stoltz kompletnie nie potrafił zgrać się z filmem, nie umiał przejąć wskazówek reżyserskich co do sposobu budowania roli Marty'ego i ostatecznie został zwolniony.
Zemeckis postawił wszystko na jednego aktora - Michaela J. Foxa. Goldberg dał się w końcu przekonać, lecz postawił warunek pierwszeństwa serialu. Przystąpiwszy do zdjęć z Foxem na początku stycznia 1985 roku, Robert Zemeckis musiał ponownie nakręcić wszystkie sceny aktorskie, w których wcześniej występował Stoltz. Michael J. Fox podczas zdjęć nie miał nawet wolnych weekendów, gdyż sobota i niedziela (podczas których nie występował w "Family Ties") były jedynymi dniami, w których można było kręcić z nim zdjęcia dzienne w plenerze. W pozostałe dni tygodnia Michael od 10.00 do 18.00 grał Alexa P. Keatona w telewizji, zaś od 19.00 do 6.00 rano walczył u Zemeckisa.
Istniały plotki, że Marty McFly zawdzięcza swe imię filmowi "Marty", zdobywcy Oscara za najlepszy film w 1955 roku, czyli czasie do którego cofa się McFly. Twórcy filmu uważają to za przypadek i nadinterpretację fanów "Back to the Future". Thomas F. Wilson (Wilson - wiele lat później Zemeckis tak nazwie piłkę, jedynego "towarzysza" Chucka Nolanda w "Cast away") dostał rolę Biffa Tannena właściwie przez przypadek. Pierwotnie miał go grać Jeffrey Jay Cohen, lecz jego - idealna wg twórców - kandydatura została odrzucona, ponieważ Eric Stoltz, pierwotnie grający Marty'ego, był na tyle wysoki, że Cohen nie miał szans wyglądać przy nim odpowiednio potężnie. Dlatego zmieniono go na ogromnego Toma Wilsona. Gdyby w filmie od początku grał Michael J. Fox, wtedy Cohen bez problemów zagrałby Biffa, a tak przypadła mu tylko mała rólka jednego z kolesi Biffa (to ten ostrzyżony na jeża). Ekranowy Biff Tannen otrzymał swe nazwisko po byłym szefie wytwórni Universal. Ned Tannen swego czasu dał się we znaki obu Robertom, kiedy z hałasem odrzucił scenariusz "Powrotu do przyszłości". Filmowcy słodko zemścili się na garniturku zza wielkiego biurka, dając jego nazwisko czarnemu charakterowi filmu.
Wśród fanów filmu wiele szumu narosło wokół niepozornego epizodu, kiedy Marty jadąc do szkoły, podczepia się do jeepa. Wszystko przez ujęcie, na którym przez chwilę widać twarz kierowcy owego pojazdu. Sieciowe plotki, rozpowszechniane na forach dyskusyjnych sugerowały, że jest nim Robert Zemeckis, Steven Spielberg, czy Bob Gale. Z całą pewnością żaden z wymienionych panów nie siedział za kółkiem jeepa. Najbardziej prawdopodobnym jest bodajże Walter Scott, szef kaskaderów na planie "Powrotu do przyszłości". Nie jestem co prawda w stanie ostatecznie i niepodważalnie zweryfikować tożsamości kierowcy jeepa, lecz przyjmując sprawę na zdrowy rozsądek, kto byłby właściwszy do kierowania samochodem do którego podczepiona jest gwiazda tego filmu, której żadna krzywda stać się nie może?
Przewodniczącego komisji oceniającej zespoły na przesłuchaniu muzycznym zagrał Huey Lewis, lider znanego w latach 80. zespołu Huey Lewis and the News. Ich autorstwa były dwie znakomite piosenki na ścieżce dźwiękowej filmu - "The Power of Love" i "Back in Time". Pierwsza z nich została napisana przez zespół po wizycie Huey Lewisa w montażowni, podczas oglądania roboczych materiałów zdjęciowych. Ponieważ tytuł "The Power of Love" nie pokrywał się z tytułem filmu (jak chciała tego wytwórnia, słusznie węsząc znakomitą okazję do radiowej promocji filmu), zespół napisał drugą piosenkę pod bardziej słusznym tytułem "Back in Time". Utwór ten słychać na napisach końcowych filmu.
Na pomysł wykorzystania piosenek tego zespołu wpadł Alan Silvestri, autor fenomenalnej, przebojowej muzyki orkiestrowej do całej trylogii "Back to the Future", jak i do wszystkich kolejnych filmów Roberta Zemeckisa. Współpraca obu panów rozpoczęła się już przy "Romancing the Stone" (1983), lecz muzyka Alana Silvestri do tego filmu nie przypadła do gustu Stevenowi Spielbergowi. Kiedy twórca "E.T." zajął się produkcją "Powrotu do przyszłości" poradził on Zemeckisowi użycie muzyki, przypominającej monumentalne ilustracje Johna Williamsa. Dokładnie taki soundtrack miał też na myśli Alan Silvestri, komponując jedną ze swych najwspanialszych partytur, zagraną przez największą wówczas 98-osobową orkiestrę, jakiej kiedykolwiek użyto do realizacji muzyki filmowej.
Choć Michael J. Fox miał jako takie pojęcie o grze na gitarze, to przed realizacją scen, w których Marty używa gitary, musiał wziąć kilka fachowych lekcji. Jego nauczycielem był Paul Hanson, ten sam który w scenie przesłuchania grał na drugiej gitarze w zespole Pinheads. Utwórem który grali (a raczej tylko zaczęli...) był oczywiście "The Power of Love".
Wybór imienia dla matki Marty'ego był licytacją na imiona żon twórców. Zemeckis w scenariuszu nazwał ją Mary Ellen (tak ówczesna jak żona Zemeckisa, aktorka Mary Ellen Trainor). Szef Universalu Sidney Sheinberg przekonał autorów do zmiany jej imienia na Lorraine. Powód? Takie samo imię nosi żona Sheinberga. Miasteczko Hill Valley, w którym rozgrywa się akcja filmu, zostało w całości (a raczej tylko w dekoracji rynku) zbudowane na parkingu przed halami zdjęciowymi Universalu. Twórcy mieli zamiar skorzystać z autentycznej scenerii kalifornijskiego miasta Petaluma, gdzie Joe Dante nakręcił film "Explorers" (1985). Lecz uzmysłowiwszy sobie koszty i kłopoty logistyczne, związane ze scenograficznym przerobieniem autentycznych budowli w ich odmłodzoną o 30 lat wersję, zdecydowano się na wariant tańszy i praktycznie niezależny od czynników pozafilmowych (oprócz rzecz jasna pogody i trzęsień ziemi).
Scenografia rynku Hill Valley, zaprojektowana przez Lawrence'a G. Paulla ("Blade Runner"), została zbudowana najpierw jako wersja z roku 1955. Dopiero po nakręceniu wszystkich scen z przeszłości ekipa dekoratorska przystąpiła do podniszczania, postarzania, patynowania i unowocześniania całej scenografii celem nakręcenia scen, dziejących się w roku 1985.
Gdy Marty podjeżdża na parking przed centrum handlowym, słusznej wielkości neon wyświetla nazwę centrum Twin Pines Mall z logo w postaci dwóch symbolicznych sosen. W analogicznej scenie pod koniec filmu, po powrocie Marty'ego do roku 1985, ten sam neon informuje: Lone Pine Mall, a sosna w logo jest już tylko jedna. Zmiana ta jest oczywiście nawiązaniem do opowieści Doca Browna o starym wariacie Peabodym, chcącym na tym miejscu sadzić sosny i przede wszystkim do epizodu z roku 1955, gdy Peabody we własnej osobie strzela do Marty'ego, tratującego jedną z jego dwóch sosen. Marty zmienił przeszłość, stąd zamiast dwóch drzewek mamy jedno.
Zemeckis chciał, by postać doktora Emmetta Browna zagrał John Lithgow. Na szczęście aktor ten był niedostępny ze względu na wcześniejsze zobowiązania zawodowe, więc współproducent Neil Canton zaproponował prawie dwumetrowego Christophera Lloyda. Lloyd ulepił postać Doca Browna wzorując się na Albercie Einsteinie i znanym z szerokich, zamaszystych gestów dyrygencie Leopoldzie Stokowskim. W pierwszych wersjach scenariusza Brown nosił tytuł profesora, lecz Sid Sheinberg orzekł, że "profesor" brzmi za mało nowocześnie, a poza tym profesor nie może być kumplem nastolatka. Twórcy zmienili Brownowi tytuł naukowy na "doktor".
Ze względu na kolosalną (ponad 30 cm) różnicę wzrostu między Foxem i Lloydem, ten ostatni musiał grać z przygarbionymi plecami, by nie demolować kadru we wspólnych scenach z Michaelem J. Foxem. Patrząc na ekspresję aktorską Christophera Lloyda trudno uwierzyć, że ten znakomity aktor pomiędzy ujęciami sprawiał wręcz odwrotne wrażenie. Był cichy, nieśmiały, powolny, prawie się nie odzywał, a podczas prób tekstowych ciągle się mylił i zapominał dialogów. Natomiast po włączeniu kamery, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, nagle stawał się żywiołowy i perfekcyjnie przygotowany, jak widać to w filmie.
Sid Sheinberg nie zgodził się na to, by pupilem Doca Browna był szympans, jak chcieli tego Zemeckis i Gale. Szef Universalu wykazał się tu iście producenckim sposobem myślenia, gdyż swoją decyzję poparł argumentem, że filmy z szympansami nie są kasowe. Scenarzyści w zamian dali Emmetowi Brownowi psa Einsteina. Pisząc scenariusz, Zemeckis i Gale chcieli oprzeć podróże w czasie na solidnych, quasi-logicznych podstawach. Przemieszczanie się w czasie musiało być uwiarygodnione jakimś efektownym urządzeniem, gdyż banalne rozwiązanie Marka Twaina z powieści "Jankes na dworze króla Artura" (bohater dostaje po głowie i budzi się w średniowieczu) trąciło myszką i łatwizną. Postanowiono więc, że siłą sprawczą temporalnych wycieczek będzie maszyna. Pierwotnie miało to być pomieszczenie w laboratorium Doca Browna, coś w rodzaju komory kojarzącej się z chłodnią. We wczesnych wersjach scenariusza takie postawienie sprawy wymagało zabrania wehikułu na poligon atomowy w stanie Nevada. Bowiem tylko tam można było zdobyć atomowego kopa, potrzebnego do zabrania Marty'ego z powrotem w rok 1985. Sekwencja ta miała być pierwotną kulminacją "Powrotu do przyszłości". Legendarna pazerność hollywoodzkich producentów, czyhających by tylko obcinać budżety naiwnym reżyserom, stała się zaczynem całkowitych zmian w scenariuszu. Universal nie zgodził się na planowaną na 2 mln dolarów sekwencję na poligonie atomowym, więc Zemeckis i Gale wymyślili tańszą końcówkę filmu, wykorzystując budynek ratusza, w który trafia piorun, przesyłając energię do wehikułu. Twórcy nie chcieli powielać częstego błędu literackich podróży w czasie, gdzie podróżnik przemieszczał się również w przestrzeni. Wzorem "Wehikułu czasu" Herberta George'a Wellsa, podróżnik miał poruszać się wyłącznie w czasie. Lecz dla dodania dynamiki i efektowności, zamieniono stojący wehikuł czasu na jeżdżący wehikuł czasu (swoją drogą, ta archaiczna nazwa, wprowadzona do języka polskiego przez Feliksa Wermińskiego, tłumacza powieści H.G. Wellsa "The Time Machine" (1895), zrobiła zawrotną karierę, gładko wchodząc do języka potocznego, niczym teksty z filmów Barei). Wybór pojazdu autorstwa Johna DeLoreana podyktowany był sceną w stodole. Zemeckis i Gale stanęli przed kwestią wyglądu samochodu, by po przeniesieniu go w lata 50. mógł on być brany za UFO. Idealnym kandydatem była futurystyczna maska DeLoreana z bajerem w postaci drzwi otwieranych pionowo. Konstruktor pojazdu był tak zachwycony, że wyraził gotowość zatrudnienia w swoim biurze projektowym ludzi, którzy w filmie odpowiadali za wygląd samochodu. Wykonany z nierdzewnej stali DeLorean ma w filmie nieco inny wygląd niż "cywilna" wersja tego samochodu. Jako, że jego konstruktorem jest szalony naukowiec, dekoratorzy nieco podrasowali jego wygląd, by przypominał chropowaty półprodukt własnej roboty, niż gładkie cacko z taśmy montażowej.
Słynne 88 mil/h (140 km/h), jako prędkość przy której wehikuł jest gotów do skoku czasowego, niczego konkretnego nie oznacza. Scenarzyści po prostu uznali że liczba "88" będzie łatwo przyswajalna dla widza. Jednocześnie DeLorean był o wiele wolniejszy niż widać to w filmie. Wyposażony w czterocylindrowy silnik Volvo, samochód ten potrzebował o wiele więcej czasu na dojście do 140 km/h. Ale od czego magia zdjęć i montażu... Sporo problemów dostarczył także główny bajer DeLoreana, czyli podnoszone drzwi. Za ich ruch odpowiadały pneumatyczne sprężarki, podnoszące i utrzymujące drzwi w górze. Podczas zdjęć było bardzo zimno, więc gaz w sprężarkach się skraplał, powodując ciągłe opadanie drzwi. Antidotum na tak niecodzienny problem okazały się... suszarki, którymi utrzymywano sprężarki w odpowiedniej temperaturze. Dźwięk zegara w 1955 roku przypomina słynny sygnał wygrywany przez londyński Big Ben. Ten sam dźwięk rozpoczynał "Wehikuł czasu" George'a Pala (1960). Rok 1955 nie został wybrany przypadkowo. Był to czas narodzin rock and rolla, a jedną z atrakcji scenariusza była prekursorska rola Marty'ego, piłującego gitarę na szkolnej zabawie. Czarnoskóry Marvin Berry w tej scenie wykonuje telefon do swego kuzyna, autentycznego muzyka Chucka Berry'ego (oryginalnego wykonawcę "Johnny B. Goode"), prezentując mu przez telefon narodziny nowego gatunku muzycznego. W "Powrocie do przyszłości" jest jeden z najszybszych wschodów słońca w historii kina (nie licząc tego z "Truman Show"). Chodzi o scenę, rozpoczynającą się opuszczeniem posiadłości Peabody'ego w 1955 roku (środek nocy), a zatrzymaniem DeLoreana na środku drogi, w pobliżu miejsca, gdzie kiedyś powstanie osiedle Lyon Estates (dzień w pełni). Między tymi wydarzenami w filmie mija ok. 30 sekund ciągłej akcji. Oto, do czego jest zdolna skrótowa narracja... :))
Film, którego reklamę ogląda Marty przed kinem w 1955 roku, to western "Królowa bydła z Montany" Allana Dwana (1955). W rolach głównych wystąpili Ronald Reagan i Barbara Stanwyck.
Ekranowe liceum w Hill Valley to w rzeczywistości szkoła w Whittier, niedaleko Los Angeles. W przeszłości uczęszczał do niej przyszły prezydent USA, Richard Nixon. Do jego postaci Zemeckis nawiązał w "Forreście Gumpie". Sporym problemem było właściwe rozwiązanie edypowej kwestii, związanej z młodą Lorraine, zakochaną w swym przyszłym synu. Zapędzeni w kozi róg Zemeckis i Gale wpadli na pomysł rozładowującego całe niezdrowe napięcie dialogu, w którym Lorraine, tuż po pocałowaniu Marty'ego w samochodzie mówi, że czuje się jakby całowała swego brata.
W sekwencji z piosenką "Johnny B. Goode" Michael J. Fox tylko udawał że gra i śpiewa do nagranej wcześniej piosenki. W rzeczywistości na gitarze grał Tim May, a całość zaśpiewał Mark Campbell.
Sporą niekonsenwencję widać przy porównaniu tej samej sceny rozstrzeliwania Doca Browna przez libijskich terrorystów na początku i na końcu filmu. W pierwszej odsłonie Doc dosłownie jest odrzucony w powietrze do tyłu (choć na stopklatce widać linkę, przytrzymującą lewą nogę Christophera Lloyda). Gdy Marty powraca z przeszłości i patrzy z daleka na strzelaninę, Doc Brown po prostu pada na ziemię.
Ostatnia scena filmu to powrót Doca Browna, który zabiera Marty'ego i Jennifer w przyszłość. Widzowie, którzy przez lata oglądali ten film na video i w telewizji, zapewne pamiętają napis "to be continued...", zapowiadający część drugą. Otóż oryginalnie tego napisu w ogóle nie było. Wg twórców, zakończenie to było tylko żartem, mrugnięciem oka do widza lubiącego intrygujące zakończenia w wielkim stylu. Napis "ciąg dalszy nastąpi..." dodano do wersji kasetowych i telewizyjnych dopiero kilka lat później, gdy olbrzymi sukces kasowy zagwarantował realizację dalszych części. W zremasterowanej wersji DVD z 2002 roku przywrócono oryginalne zakończenie, pozbawione wspomnianego napisu. I jeszcze jedno - w tablicy rejestracyjnej przez moment odbija się obudowa obiektywu kamery.
Zastanawiam się, dlaczego Doc Brown w takim pośpiechu zabrał na pokład Marty'ego i Jennifer. Przecież dysponując wehikułem czasu mógł spokojnie powrócić do sprawy choćby po roku, a i tak wylądowałby w żądanej przez siebie dacie... To rzeczywiście wygląda na niefrasobliwy dowcip scenarzystów. Robert Zemeckis powiedział, że gdyby wówczas planował kontynuację, nigdy nie pozwoliłby aby Jennifer weszła do wehikułu czasu. Wiadomo - kobiety to tylko kłopoty, co najdobitniej pokazuje część druga, w której twórcy musieli sami wypić piwo, które nieświadomie sobie nawarzyli w 1985 roku.
Zdjęcia do "Powrotu do przyszłości" zakończono 20 kwietnia 1985 roku. Szef Universalu Sid Sheinberg, ten sam, który przed realizacją miał do niego mnóstwo wątpliwości i poprawek, po pokazie przedpremierowym był gotów zapłacić każde pieniądze, byle tylko film mógł mieć premierę 3 lipca, czyli dzień przed najważniejszym świętem Ameryki. Aby zdążyć, Zemeckis zaangażował drugiego montażystę Harry'ego Keramidasa, który odciążył głównego montażystę wszystkich kolejnych filmów Zemeckisa, Arthura Schmidta. Ekipa dźwiękowców pracowała w tym czasie na trzy zmiany przez całą dobę. Industrial Light & Magic ukończyło efekty specjalne właściwie w ostatnim momencie. Jeden z przedpremierowych pokazów odbył się w okazałej sali kinowej Hitchcock Theatre w Los Angeles. Z tym miejscem wiązała się poważnie traktowana klątwa, mówiąca, że żadna komedia nie osiągnie sukcesu, jeśli jej pokaz odbędzie się w Hitchcock Theatre. Po entuzjastycznym przyjęciu "Powrotu do przyszłości" Sid Sheinberg triumfalnie oznajmił, że klątwa została zdjęta :). Robert Zemeckis, zapytany przez Laurenta Bouzereau (producenta zremasterowanej edycji DVD), gdzie chciałby się udać, mając do dyspozycji filmowy wehikuł czasu, odpowiedział, że najchętniej wybrałby przyszłość, jak czynią to Marty i Doc Brown w drugiej części. Bob Gale chciałby pójść w ślady Marty'ego z pierwszej części i podpatrzeć swoich rodziców w młodości. Michael J. Fox z kolei wolałby przeszłość i Dziki Zachód, czyli to, co było udziałem jego bohatera w trzeciej części "Back to the Future". Film zdobył Oscara za najlepsze efekty dźwiękowe (Charles L. Campbell i Robert R. Rutledge). Nominacje otrzymali Robert Zemeckis i Bob Gale (scenariusz oryginalny), Huey Lewis, Chris Hayes i Johnny Colla (piosenka "The Power of Love"), oraz Bill Varney, B. Tennyson Sebastian II, Robert Thirlwell i William B. Kaplan za dźwięk. |