Efekty specjalne Trzon ekipy od efektów specjalnych stanowili czterej specjaliści z różnych dziedzin. Stan Winston zajmował się pełnowymiarowymi, animatronicznymi kukłami, Dennis Muren z Industrial Light & Magic kierował sekcją cyfrowej animacji, Michael Lantieri koordynował współdziałanie wykonanych różnymi technikami zwierząt z grą aktorów na planie, zaś dziełem Phila Tippetta były poglądowe ujęcia nakręcone przy użyciu techniki go-motion.
Spielberg przyznał, że najchętniej widziałby wszystkie dinozaury wykonane jako pełnowymiarowe modele, lecz było to marzenie niemożliwe do spełnienia. Pierwszym krokiem na drodze do wykreowania prehistorycznych gadów było określenie ich wyglądu, czyli zrobienie szkiców koncepcyjnych, a następnie wyrzeźbienie na ich podstawie miniatur.
Zdecydowano, że do ujęć pokazujących dinozaury z bliska zostaną użyte modele Stana Winstona. Budując je, najpierw konstruowano ruchomy szkielet, który następnie pokrywany był "skórą", odlaną z formy zdjętej z wyrzeźbionego wcześniej gada.
W ustaleniu, jak zwierzęta mają się poruszać, pomógł Phil Tippett, wykonując "trójwymiarową wersję storyboardów". To szumne określenie oznacza ni mniej, ni więcej, tylko nakręcenie poglądowych wersji scen z dinozaurami przy użyciu miniatur i lalek. Technikę prewizualizacji ujęć z marionetkami w roli głównej nazwano "animatics".
Zanim zdecydowano, że dinozaury swobodnie biegające w kadrze zostaną stworzone za pomocą komputera, tego rodzaju efektami miał zająć się Tippett ze swoją techniką go-motion. Polega ona na fotografowaniu każdej fazy ruchu, a następnie odtwarzaniu kolejnych zdjęć z prędkością, którą ludzkie oko rejestruje jako ruch (24 klatki na sekundę). Krótko mówiąc - to przyspieszony pokaz slajdów, czyli metoda wielce niedoskonała (choć go-motion i tak było ulepszoną wersją starej jak kino techniki stop-motion). Dostrzegał to Spielberg, poszukując lepszego rozwiązania, kiedy nie przekonały go próbne animacje Tippetta.
Wtedy na scenę wkroczył Dennis Muren, oferując wykonanie dinozaurów w CGI (Computer Generated Images), czyli wygenerowanie ich w komputerze. Nieufny Spielberg, myśląc że "cyfrowa jakość" oznacza kreskówkowe efekty rodem z ówczesnych gier wideo, zażądał dowodu na funkcjonalność animacji cyfrowej - i Muren dowód przedstawił. Próbne zdjęcia, pokazujące gallimimusy uciekające przed tyranozaurem, zachwyciły reżysera płynnością animacji - nawet przed ukończeniem sekwencji, kiedy po ekranie biegały tylko szkielety.
Finalny efekt, mimo że wciąż daleki od widzianej w filmie perfekcji, o lata świetlne prześcigał szczytowe dokonania go-motion. Nie chcąc jednak marnować ogromu pracy wykonanej przez Tippetta, Spielberg mianował go "treserem dinozaurów". Jako osoba najlepiej znająca tajniki animacji, Tippett dostał zadanie opracowania choreografii "grających" na ekranie gadów. Wyniki pracy połączonych ekip Tippetta i Murena "wklejano" do filmu już po jego zmontowaniu z użyciem ujęć roboczych, na których nie było jeszcze dinozaurów. Nad generowaniem każdej klatki całymi dniami pracowało kilkanaście sprzeżonych ze sobą komputerów.
Według Michaela Lantieri najtrudniejszym wizualnym trikiem było spowodowanie, by drżąca woda w stojącej wewnątrz wozu szklance tworzyła idealne kręgi na powierzchni. Na pomysł tego ujęcia, a także widoku drżącego lusterka wstecznego, Spielberg wpadł słuchając w samochodzie głośnej muzyki - potężne basy wprawiały wóz w drgania. Po wielu nieudanych próbach Lantieri odkrył, że stawiając szklankę na gitarze i szarpiąc strunę, osiąga się zamierzony efekt. Pod tapicerką przeciągnięto więc strunę, którą członek ekipy trącał w odpowiednich momentach.
Scenę ataku tyranozaura realizowano dwoma metodami - przy użyciu pełnowymiarowej kukły oraz w CGI. Żeby zachować zgodność wyglądu animatronicznych oraz komputerowych dinozaurów, skanowano modele Winstona i na ich podstawie tworzono wirtualne bestie. W celu precyzyjnego zanimowania cyfrowego t-rexa zbudowano lalkę, której każde poruszenie było rejestrowane przez komputer, a następnie aplikowane gadowi na ekranie monitora. Technika ta jest poniekąd rozwinięciem wspomnianego go-motion - opiera się na ręcznym manipulowaniu kończynami modelu.
Mechaniczny t-rex ważył ponad 4 tony. Nie przewidziano, że wystawienie go na rzęsisty deszcz spowoduje nasiąknięcie skóry wodą, a więc dodatkowo obciąży kukłę. Zbyt duży ciężar z kolei wprawiał maszynę w niekontrolowane drgawki. Oczywiście usterka nie jest widoczna na zdjęciach, ale mina Stana Winstona mówi o niej wszystko. W takich chwilach pozostawało tylko zakręcić kurek, chwycić szmatę i osuszyć mechaniczne cielsko.
Ujęcie, w którym tyranozaur niszczy samochód, to już efekt pracy grafików komputerowych. Prawdziwe tutaj jest jedynie tło oraz czołgający się Lex i Tim, których cyfrowo wstawiono do wnętrza pojazdu.
Ryk tyranozaura to odgłos wzięty z symulatora lotów z NASA Langley Research Center. Pożerany prawnik w pierwszych klatkach ujęcia jest żywym aktorem, którego w momencie ugryzienia podmieniono na cyfrowego dublera.
Dużym wyzwaniem dla ludzi z ILM była scena biegu stada gallimimusów. Aby uzyskać wrażenie naturalności ruchów wszystkich dinozaurów w filmie, obserwowano zachowania przypominających je zwierząt. W tym przypadku jednak posunięto się dalej. Autorzy efektów zapisali się na lekcje pantomimy, a kiedy nauczyli się biegać jak przerośnięte kurczaki, wyszli na podwórko i nagrali kilka ujęć, które miały im pomóc w dalszej pracy.
Do jednego z ujęć w tej scenie Spielberg potrzebował obrazu nagranego ze swobodnej kamery, pozbawionej zaplecza motion-control. Wkomponowanie w roztrzęsiony obraz gallimimusów byłoby niemożliwe, gdyby na trasie biegu nie ustawiono punktów odniesienia - głównie różnego rodzaju piłeczek - na które patrzyli aktorzy podczas biegu. Następnie na podstawie ruchu głów ustalono miejsca, w których cyfrowe zwierzęta miały mijać aktorów. Dzięki temu uzyskano doskonałą interakcję elementów rzeczywistych i animowanych.
W tej samej scenie niespodziewanie pojawia się tyranozaur. Odgłosy, które wydaje zabijając pechowego gallimimusa, to warknięcia psa rozszarpującego pluszową zabawkę. Raptory miały początkowo na podobieństwo węży wysuwać język i badać nim otoczenie. Pomysł zarzucono po tym, jak paleontolog Jack Horner po obejrzeniu próbnego ujęcia zbeształ jego autora za zbyt wybujałą wyobraźnię (zresztą usankcjonową dawną filmową klasyką z dinozaurami).
W scenie, w której Lex wisi nad przewróconym raptorem, kaskaderka na krótką chwilę spojrzała w kierunku kamery. W miejsce jej twarzy cyfrowo wklejono wizerunek Ariany Richards.
Realizując finałową walkę t-rexa i raptorów, wpierw sfotografowano człowieka z tekturową głową drapieżcy na patyku. Pomogło to wyznaczyć punkty referencyjne - dzięki nim określono wysokość tyranozaura oraz ustalono zakres jego ruchów. Następnie wykonano puste ujęcia, w które ekipa Denisa Murena miała wstawić gotowe dinozaury. Obawiano się, że efekt nie będzie wyglądał realistycznie ze względu na niewielką odległość dinozaurów od kamery, mogącą zdradzić niedoskonałości CGI. Powstało jednak ujęcie, które zapisało się w historii kina.
Sensacyjne efekty cyfrowe z "Parku Jurajskiego" są do dziś uważane za jedne z kamieni milowych w historii f/x. Wyczyn ILM w branżowych rankingach stawia się na równi z podróżą w inny wymiar z "2001: Odysei Kosmicznej", bitwami z "Nowej nadziei", czy płynnym T-1000 z "Terminatora 2". Szefowie efektów do "Parku Jurajskiego", Dennis Muren, Stan Winston, Phil Tippett i Michael Lantieri, 21 marca 1994 roku otrzymali w pełni zasłużone Oscary. Dodatkowo za dźwięk uhonorowano Gary'ego Rydstroma, Gary'ego Summersa, Shawna Murphy'ego i Rona Judkinsa, a za montaż efektów dźwiękowych Richarda Hymnsa i ponownie Gary'ego Rydstroma. Ten wieczór należał także do Stevena Spielberga, który otrzymał dwa najcenniejsze Oscary (film i reżyseria) za "Listę Schindlera", uhonorowaną w sumie siedmioma Nagrodami Akademii. |