Strona główna KMF


MISJA NA MARSA
Realizacja


"Misję na Marsa" zrealizowano w szerokim formacie obrazu 2,40:1. Autor zdjęć, wybitny operator Stephen H. Burum motywuje tę decyzję wizualnym stylem Briana de Palmy. Podobnie jak Robert Zemeckis, De Palma uwielbia długie ujęcia dialogowe, gdzie wszyscy aktorzy są widoczni w jednym kadrze. Tak szeroki ekran ułatwia realizację tej idei, a sama widowiskowość filmu jest, wg Buruma, sprawą drugorzędną.

Film rozpoczyna się sekwencją pikniku astronautów. Brian De Palma wykonał tu swój sztandarowy numer, realizując całą sekwencję w dwóch, bardzo długich ujęciach (2'12"' i 3'00") nakręconych ze Steadicamu (ręcznej kamery, przymocowanej do uprzęży, eliminującej drgania). W dwóch momentach operator musiał wskakiwać ze sprzętem na platformę kranu kamerowego, która podnosiła go wyżej. Kran był ukryty w rozsuwanych krzakach, szczelnie otaczających plan. Reżyser chciał, aby oświetlenie wskazywało godziny wieczorne (odpowiednie na takie imprezy), lecz całość nakręcono w południe. Szczęśliwie skąpe nasłonecznienie doskonale zasymulowało godziny późniejsze.

Samochód, którym przyjeżdża na piknik bohater, grany przez Gary'ego Sinise, to prototyp Isuzu na rok 2000. Aktor po raz drugi grał postać astronauty, który początkowo odsunięty od misji kosmicznej, w rezultacie staje się członkiem ekipy ratunkowej. Tak było w filmie "Apollo 13" Rona Howarda (1995).

Kilka ujęć z małym próbnikiem marsjańskim nakręcono w ruinach miasta Petra w Jordanii. To miejsce jest doskonale znane miłośnikom kina. To Kanion Półksiężyca z filmu "Indiana Jones i ostatnia krucjata" Stevena Spielberga (1989).

Najważniejszym i największym elementem scenografii filmu, była powierzchnia Marsa. Początkowo Brian de Palma chciał wybudować całą dekorację w studio. Nie znalazł jednak tak ogromnej, zamkniętej przestrzeni. Pozostawał plener, który znaleziono w okolicah Vancouver w Kanadzie. Po nawiezieniu na plan ton piachu i kamieni, tak wymodelowano powierzchnię, aby utworzyła dolinę, otoczoną dookoła przez wzniesienia terenu. Miało to swój bardzo praktyczny cel - zakrycie reszty "niefilmowego" krajobrazu. Następnie spryskiwaczami pomalowano całość na czerwono.

Przezroczysty ekran komputerowy, na który patrzy załoga pierwszej misji na Marsa, nie był efektem specjalnym, lecz urządzeniem działającym na zasadzie telepromptera (wykorzystywanego do czytania informacji przez prezenterów programów informacyjnych).

Na planie wnętrz World Space Station, monitory naprawde wyświetlały obrazy, widoczne w filmie. Zwolniło to ekipę od efektów od mozolnego, cyfrowego wkopiowywania tam obrazu, jak miało to miejsce podczas realizacji "Kontaktu" Roberta Zemeckisa (1997). Lecz nic w przyrodzie nie ginie - te efekty musieli wykonać przy ekranach na statku, lecącym na Marsa.

Wśród aktorskiej załogi World Space Station znalazł się Story Musgrave, autentyczny astronauta i konsultant techniczny filmu. Brał on udział w kilkunastu misjach wahadłowców, także usuwał awarię na kosmicznym teleskopie Hubble'a. To ten łysy jegomość siedzący obok Gary'ego Sinise.

W "Misji na Marsa" znalazło się także miejsce dla innego znaku firmowego Briana De Palmy. Sa nimi ujęcia z podwójną ogniskową. Jest to trik operatorski, pozwalający na utrzymanie w jednym kadrze tej samej ostrości, dla obiektów znajdujących się w różnych odległościach od kamery.

Autor zdjęć Stephen H. Burum, tak ustawiał ujęcia ze statkiem "Mars Recovery", żeby nie pokazywać wchodzenia statku w kadr, dwa razy w ten sam sposób. W ujęciu statku zbliżającego się do Marsa, twórcy efektów zażartowali sobie, rozmieszczając okrągłe kształty anteny, statku i planety w takim ustawieniu, by tworzyły obraz... Myszki Miki :) Zresztą wytwórnia Disneya (w łonie której działa Touchstone Pictures, producent filmu) wykorzystała "Misję na Marsa" do stworzenia tematycznego symulatora w Disneylandzie.

Burum twierdzi, że musiał nauczyć aktorstwa nawet swego operatora kamery. Chodziło o to, by ujęcia, z prywatnego archiwum Jimmy'ego (Gary Sinise), sprawiały wrażenie nakręconych przez kompletnego amatora. W odróżnieniu od całego filmu, nakręcono je telewizyjną kamerą Betacam.

Wszystkie elementy kosmicznego wyposażenia załogi, były "przyszłościową" wersją urządzeń i osprzętu, używanego w NASA. Aby nadać skafandrom, plecakom i całemu kosmicznemu entourage'owi wygląd uwiarygadniający rok 2015, zaprojektowano je mniejszymi, lżejszymi (przewidywana miniaturyzacja) i ładniej wyglądającymi, niż ich współczesne pierwowzory.

Aby uwiarygodnić niekontrolowany obrót statku po eksplozji, kamera rejestrując aktorów, po prostu kręciła się w kółko.

Ubieranie się w skafander próżniowy zajmowało 45 minut. Aby zmniejszyć ten czas do minimum, każdy aktor miał własną ekipę "ubieraczy", którzy musieli zaczynać i kończyć w tym samym czasie. Skafandry miały własną klimatyzację, obieg powietrza i dwustronny system komunikacyjny.

Animację wyświetlaczy, umieszczonych na przedramieniach skafandrów dodano w postprodukcji.

Wielkim problemem było oświetlenie twarzy aktorów w kosmicznych hełmach. Częściowo rozwiązano ten problem, poprzez umieszczenie źródła światła bezpośrednio wewnątrz hełmu.

Moment, kiedy kamera z punktu widzenia Woody'ego pokazuje jego ręce, bezradnie próbujące złapać się statku transportowego, zrealizowano przy pomocy dwóch dublerów. Każdy z nich grał inną rękę Woody'ego.

W ujęciu przycumowania trzech astronautów do statku, aktorów zastąpili kaskaderzy.

Po wylądowaniu ekipy ratunkowej, odwrotnie niż podczas pierwszych ujęć Marsa z początku filmu, widać mnóstwo chmur na obcym niebie. Tutaj De Palma zdrowo przesadził, ponieważ atmosfera czerwonej planety jest za rzadka, by miały w niej miejsce tak silne zjawiska atmosferyczne.

Aby lepiej wczuć się w rolę osamotnionego astronauty, Don Cheadle noc przed kręceniem sceny spotkania z ekipą ratunkową, spędził w dekoracji cieplarni.

Podczas zdjęć plenerowych, rozgrywających się na czerwonej powierzchni Marsa, kłopot sprawiał błękit nieba, odbijający się w zacienionych partiach terenu. Rozwiązano ten problem, poprzez skierowanie w te miejsca silnego oświetlenia, odbitego od wielkich miedzianych luster.

Pierwotnie w miejscu Marsjańskiej Twarzy miała stać wielka kopuła. W trakcie prac przygotowawczych, Brian De Palma natknął się na zdjęcia marsjańskiej sondy Viking, pokazujące grupę skalną, przypominającą zarys twarzy. Ku rozczarowaniu entuzjastów życia pozaziemskiego, częściowo było to tylko złudzenie optyczne, wywołane gra światłocienia. Kilka miesięcy po premierze "Misji na Marsa", NASA otrzymała najnowsze zdjęcia Marsjańskiej Twarzy, z analizy geologicznej których jasno wynikało, że struktura wnętrza góry mniej więcej odpowiada jej widokowi z zewnątrz. To ostatecznie wyjaśniło najzupełniej naturalne pochodzenie niezwykłego kształu tej formacji geologicznej. Lecz dla reżysera wizerunek rzekomej twarzy, stał się punktem wyjścia do zmian w scenariuszu i zaprojektowania oblicza, nazwanego przez scenografa twarzą śpiącej bogini.

Jaskrawo białe wnętrze Marsjańskiej Twarzy wykonano z ogromnych połaci białej tkaniny, którą dodatkowo silnie oświetlono od tyłu.

Obraz zielonego Marsa został wykonany na podstawie domniemanego położenia lądów i mórz, wg rzeczywistego stanu powierzchni planety.

W końcówce filmu widzimy montaż najważniejszych chwil w życiu Jima. Przez krótką chwilę na ekranie obecny jest Jim jako dziecko, którego zagrał syn Gary'ego Sinise - McCanna Anthony Sinise. Ciekawostką jest, że syn aktora przez kilka lat był szkolnym kolegą syna Eda Verraux, scenografa "Misji na Marsa". "Bo wszyscy filmowcy to jedna rodzina...".




POWRÓT DO WYBORU

STRONA GŁÓWNA KMF

Klub Miłośników Filmu, 2003.10.23