Strona główna KMF


SPEED
Realizacja

Oryginalny scenariusz Grahama Yosta, rozpoczynał się w momencie wchodzenia feralnych pasażerów do windy. Prolog w szybie był pomysłem Jana de Bonta. Wysoki facet w windzie, to perkusista zespołu rockowego Dark Star, którego liderem jest Keanu Reeves.

Aby przydać wiarygodności scenom z udziałem policjantów, de Bont miał na podorędziu prawdziwych policjantów, którzy bezpośrednio na planie czuwali, by aktorzy i statyści wiarygodnie się poruszali, mówili czy trzymali broń.

Reżyserowi podczas realizacji sekwencji windowej, bardzo pomogły prywatne doświadczenia, nabyte podczas zdjęć do "Szklanej pułapki" Johna McTiernana. Wtedy de Bont, jeszcze jako operator, wraz z innymi członkami ekipy, utknął w windzie wieżowca Fox Plaza, udającego w filmie budynek Nakatomi. Uwięzieni filmowcy musieli opuścić windę przez sufit i szybem dostać się do wyjścia awaryjnego.

Większość dźwięków chrzęszczącego żelastwa w dramatycznej scenie ewakuacji ludzi z windy, to przetworzone elektronicznie dźwięki, wydawane przez dzikie zwierzęta.

Eksplozję pierwszego autobusu, który wyleciał w powietrze za plecami Keanu Reevesa, kręciło siedem kamer. W krótkich ujęciach samego wybuchu, widać samochód terenowy, który na kilkunastometrowej linie ciągnął za sobą wybuchający autobus. Sama lina również jest widoczna w ujęciu z góry.

Kiedy po eksplozji pierwszego autobusu, Jack Traven podchodzi do publicznego telefonu, w odbiciu aparatów widać płomienie trawiące autobus. Wizualnie był to pomysł bardzo efektowny, spinający dwie strony ulicy w jedną wizualną całość. Lecz prawdę mówiąc, widok ten jest absurdalny, ponieważ kamera stała mniej więcej na osi autobus-telefon i z tego miejsca po prostu nie byłoby widać odbicia płomieni. Obraz taki miałby rację bytu wyłącznie w sytuacji, gdyby autobus stał na drodze, na wysokości telefonów. Natomiast miejsce, w którym stał autobus powodowało, że odbicie płomieni byłoby widoczne wyłącznie na wcześniejszym odcinku drogi, na osi, będącej pod tym samym kątem, jak oś padania obrazu płomieni na powierzchnię telefonów. Zresztą jedno z poniższych zdjęć pokazuje, że filmowcy, by olać prawa optyki, musieli rozniecić osobny ogień, odbijający się w telefonach.

Harry Temple (Jeff Daniels) ma na biurku lampkę, z przyklejoną nalepką z napisem "go ahead, make my day". To oczywiście nieśmiertelny cytat z Clinta Eastwooda i "Brudnego Harry'ego". Jego obecność można chyba wytłumaczyć zbieżnością imion bohaterów z obu filmów. Zaś na biurku Harry'ego stoi zdjęcie jego żony. W rzeczywistości obrazek ten przedstawiał żonę Jana de Bonta.

Dlaczego Jack Traven, ścigając na piechotę autobus 2525, po prostu nie przestrzelił mu opon? Bo wtedy film skończyłby się po pół godzinie...

Jedną z tajemnic filmu jest także rozbita przez Jacka szyba w drzwiach autobusu, podczas gdy na kolejnych ujęciach szyba ta jest nienaruszona, a potem znowu się pojawia w kilku scenach filmu, m.in. zaraz po skoku Jacka do autobusu. Pozornie wyjaśnienie jest proste - Keanu Reeves najzupełniej przypadkiem, przywalił z piąchy nieco za mocno w szkło, a de Bont uznał ten wypadek za dodatkową atrakcję. Pytanie brzmi - dlaczego reżyser zapomniał o tym w dalszym ciągu akcji? Może i nie zapomniał, ale używał kolejnego z 12 autobusów 2525. Aha - w odbiciu drzwi autobusu widać steadicam i człowieka z ekipy...

Glenn Plummer, grający pechowego TuneMana z dredami, na dwa dni przed zdjęciami stracił prawo jazdy. Producent Mark Gordon dokonywał cudów z policją i władzami miejskimi, by aktorowi dokument przywrócić. Rola TuneMana była oryginale napisana dla białego aktora w typie yuppie, lecz przybyły na casting Glenn Plummer tak spodobał się twórcom, że specjalnie dla niego zmieniono charakter i kolor postaci. Aktor powtórzył tę rolę w "Speed 2", tym razem za sterem motorówki.

Keanu Reeves był tak zachwycony pracą na planie tak niezwykłego filmu, że samodzielnie chciał wykonywać wszystkie numery kaskaderskie, na co mu oczywiście nie pozwolono. Słynny skok do autobusu wykonał za aktora jego kaskader. Lecz Jan de Bont nakręcił także wersję skoku z Reevesem w roli głównej. Ujęcie to nie dostało się do filmu, ze względu na zabezpieczającą platformę, widoczną w dole kadru.

Oryginalna tematyka filmu potrzebowała równie niecodziennych obiektów zdjęciowych. Wszystkie sceny z autobusem na drogach i autostradach, zrealizowano w ciągu siedmiu tygodni, na zamkniętych odcinkach dróg w Los Angeles. Filmowcy oczywiście nie mieli jednak takiej mocy, by wypożyczać sobie regularnie używane arterie i powodować korki w wielomilionowym mieście. Drogi, po których pędził autobus 2525 (pierwotnie miał on nosić numer 2574), były wyłączone z ruchu przez władze miejskie, z powodu remontów i najróżniejszych prac przy rozbudowywaniu sieci autostrad, okalających miasto. Skrzętnie wykorzystywała to ekipa Jana de Bonta, wstrzeliwując się w terminy przed, lub po ukończeniu prac budowlanych, oraz w dni wolne od pracy.

Wymieniona w filmie jako "autostrada w budowie", czyli arteria z niedokończonym wiaduktem, była naprawdę autostradą Century I-105 w budowie. Ekipa wynajęła to miejsce na niecałe 20 dni. Przed przystąpieniem do zdjęć musiano namalować pasy na jezdni, które po zakończeniu kręcenia usunięto.

Kluczowym problemem technicznym filmu był oczywiście autobus, a ściślej wszelkie sposoby filmowania go. Pomimo oporów finansowych ze strony wytwórni, Jan de Bont otrzymał aż 12 autobusów General Motors, w tym jedenaście identycznych. Każdy z nich służył do innego typu scen, oraz odmiennego sposobu umieszczenia kamer, świateł, ekipy oraz kierowcy. Przyspieszyło to prace zdjęciowe, gdyż ekipa po prostu przesiadała się z jednego autobusu do drugiego, bez potrzeby doraźnych remontów.

Dwa autobusy posiadały dobudowane na przodzie klatki ze ścianami z pleksiglasu. Umieszczano w nich ekipę operatorską z trzema kamerami. Jeden z autobusów posiadała fałszywą szybę przednią, w drugim nic nie oddzielało ekipy od szoferki. Rozwiązanie to umożliwiło swobodne kręcenie Sandry Bullock i Keanu Reevesa od przodu.

Jeden z autobusów także służył do ujęć wyłącznie wewnątrz, lecz nie posiadał dobudowanej z przodu klatki z ekipą, która z trzema kamerami była rozlokowana na tyłach. Wszystkie wymienione pojazdy miały zamontowane na dachu rusztowanie, z zamocowanym sprzętem oświetleniowym, a za sobą ciągnęły przyczepkę z generatorem prądotwórczym.

Jeden autobus miał specjalnie podwyższone podwozie. Wykorzystano go do sceny nieudanego rozbrajania bomby przez Jacka na platformie. Dwa z nich nie miały modyfikowanego wyglądu, gdyż służyły do ujęć z zewnątrz.

Jednego użyto wyłącznie do sceny skoku. Inny miał z kolei zamontowane w podwoziu urządzenie hydrauliczne, niezbędne do nakręcenia sceny jazdy na zakręcie na dwóch kółkach.

Dwa autobusy wykorzystano tylko do kiereszowania ich masek w sekwencjach akcji. To one zderzały się z najróżniejszymi przeszkodami na drodze.

Wreszcie dwa ostatnie autobusy bardzo widowiskowo wysadzono w powietrze.

Kolejnym wyzwaniem stało się prowadzenie pojazdu, gdyż żadnemu z aktorów nie pozwolono na samodzielne kierowanie. W zależności od typu pojazdu, przygotowanego do określonych zdjęć, prawdziwi kierowcy umieszczani byli z reguły w trzech miejscach.

W scenach rozgrywających się we wnętrzu autobusu, oraz w bliskich planach z zewnątrz, kierowca wraz z odpowiednio zmodyfikowanym układem kierowniczym, znajdował się na dachu.

W szerokich planach z zewnątrz, kierowcę chowano w skrytce, pod jednym z foteli dla pasażerów. Dla orientacji umieszczono mu tam monitor, sprzężony z małą kamerą video na czole autobusu. Trzeci wariant, wykorzystany w scenie skoku autobusu, opisałem nieco dalej w tekście.

Lecz mimo tych zabiegów, w kilku ujęciach nie udało się jednak ukryć prawdziwego kierowcy autobusu...

Czasami w kadr wchodziła także specjalna kamera, umieszczona na zewnątrz autobusu, oraz kamera na kranie, filmująca autobus, przejeżdżający pod nią...

Obecna z tyłu autobusu reklama Banku Santa Monica głosiła "Money isn't everything. Yeah, right", czyli "Pieniądze to nie wszystko. Taaa... jasne".

Sandra Bullock była bardzo kreatywna na planie. Jej autorstwa była guma do żucia, którą się wykpiła od słuchania nudnego turysty, oraz pomysł na wykorzystanie pokładowego nagłośnienia ("-officer!!!"), by zwrócić uwagę Jacka na korki uliczne.

Bardzo emocjonujący (i doskonale zmontowany) moment uderzenia w dziecięcy wózek, narodził się podczas rozmów producentów z Grahamem Yostem. Utyskiwali oni na brak w scenariuszu sytuacji, w której autobus "prawie uderza w wózek". Yost odparł, że widział to już dziesiątki razy, ale by zadowolić chlebodawców, napisał scenę w której wózek dosłownie zostaje zmieciony z ulicy przez rozpędzony autobus. Różnica polegała tylko na tym, że w wózku zamiast dziecka, były puste puszki (pomysł zaczerpnięty z podpatrywania życia na ulicy).

Jedna rzecz w tej scenie jest zastanawiająca. W ujęciu kręconym z wnętrza autobusu widać wyraźnie, że kobieta, która w poprzednich ujęciach pchała wózek, została na to jedno krótkie ujęcie zastąpiona inną (młodszą i ładniejszą zresztą...). Nie jest to wpadka, ponieważ w napisach końcowych obie panie figurują, jako te "pchające wózek". Dlaczego więc de Bont użył dwóch, skoro obie brały udział w tej samej sytuacji?

Jan de Bont bardzo skutecznie oszukał oko widza, w kwestii prędkości autobusu. W dialogowych scenach aktorskich, rzadko kiedy autobus osiągał 80 km/h (czyli sławetne 50 mil/h). Aby wizualnie zrekompensować to zwolnienie, ruch kamery stawał się tym szybszy, im wolniej autobus się poruszał.

Ten trik najbardziej widać w scenie gwałtownego skrętu w prawo, kiedy to autobus przez chwilę jedzie na dwóch kołach. Jego prędkość na planie wynosiła zaledwie 11 km/h, zaś efekt pędu wywołano trzęsącym się kadrem i filmowaniem długim obiektywem, zacieśniającym pole widzenia i zwiększającym wrażenie prędkości. Sceny tej nie było w scenariuszu Grahama Yosta, a jej pomysłodawcą był Jan De Bont.

Efekt przechylenia autobusu, uzyskano dzięki rzeczywistemu przechyleniu pojazdu i oparciu go o niewidoczny w kadrze truck, jadący równolegle obok. Natomiast wyraźnie pokazany moment podnoszenia się jednej strony autobusu, wykonano przy pomocy dodatkowych kółek, zamontowanych u dołu podnośnika w podwoziu (co również bardzo dokładnie widać w filmie).

We wcześniejszych wersjach scenariusza, w ogóle nie było skoku autobusu nad niedokończonym fragmentem autostrady. Grahama Yosta do napisania tej kulminacji zmusił Jan de Bont, który nieodwołalnie zażądał, by w środku filmu miała miejsce sytuacja teoretycznie bez wyjścia. Yost wywiązał się z zadania znakomicie, choć gdyby podejść złośliwie do sprawy, dzięki tej scenie trzeba by uznać "Speed" za fantastykę bardzo-nienaukową.

1 października 1993 roku, na budowanym właśnie odcinku Century Freeway, miała miejsce realizacja tej sceny. Autobus posiadał specjalnie usztywnioną i zabezpieczoną konstrukcję. Prowadził go czarnoskóry kaskader Jophery Brown, którego nie umieszczono bezpośrednio za kółkiem, lecz 5 metrów za kierownicą, w środku autobusu, w specjalnej konstrukcji z uprzężą, utrzymującą kierowcę w powietrzu.

Dekorację stanowiła rampa, z krawędzią ucharakteryzowaną na betonowy koniec estakady. Wokół tej dekoracji Andrzej Bartkowiak ustawił 9 kamer, w tym dwie kamery VistaVision, rejestrujące materiał do późniejszej cyfrowej obróbki efektów wizualnych.

Brown na odcinku 1,6 km rozpędził autobus do prędkości 112 km/h, wjechał na rampę i wylądował 33 metry dalej. Pomimo, że konstrukcja rampy byłą przygotowana tak, by podnieść przód autobusu podczas lotu, nikt nie spodziewał się, że w najwyższym miejscu przód pojazdu wzniesie się na wysokość 6 metrów.

Oczywiście po wykonaniu skoku, autobus nie nadawał się do niczego. Jedynym uszczerbkiem, doznanym przez kierowcę, był pogryziony język, gdyż przed wejściem do autobusu zapomniał on włożyć w usta plastikowy ochraniacz.

We wczesnych wersjach scenariusza autobus, zamiast na lotnisko, miał wjechać na teren parkingu wokół stadionu Dodgersów i krążyć w kółko. Lecz ekipa nie dostała zgody na zdjęcia w tym miejscu, więc Graham Yost wymyślił lotnisko. Autobus i startujący boeing w jednym kadrze, to nie efekt wizualny. Nie mogąc oczywiście kontrolować rozkładu lotów, ekipa przez trzy tygodnie próbowała zgrać przejazd autobusu i przelot samolotu. Sukcesem zakończona została dopiero 50 próba.

Wszystkie ujęcia, na których widać twarz Jacka, rozbrajającego bombę pod pędzącym autobusem, wykonał na planie Keanu Reeves, wiszący na linkach pod specjalnie podwyższoną wersją autobusu. Linki wymazano cyfrowo w postprodukcji. W pozostałych ujęciach zagrał dubler Keanu Reevesa. Właz pośrodku autobusu, którym wciągnięto Jacka z powrotem na pokład, to fantazja scenarzysty, który musiał wymyślić, którędy uratować naszego bohatera.

Dom w którym zginął Harry, to własność prywatna, oddalona o 10 minut od lotniska, na którym nakręcono spory fragment filmu (na pierwszym ujęciu tej sceny, w dalekim planie widać właśnie lotnisko). Właściciele domu, w zamian za kilka tysięcy zielonych, zgodzili się na wjazd ekipy, pozwolili pobawić się pirotechnikom i z radością patrzyli na odjeżdżających filmowców, którzy ich posiadłość zostawili w lepszym stanie, niż zastali...

Kulminacja autobusowej epopei kończy się bliskim spotkaniem autobusu z samolotem, na lotnisku w Los Angeles. Gigantyczna eksplozja obu pojazdów została nakręcona na żywo, 22 grudnia 1993 roku, z udziałem prawdziwych maszyn, bez korzystania z miniaturowych modeli, co jak na taką skalę wybuchu, jest prawdziwą rzadkością. Scenograf Jackson de Govia przy tej okazji pozwolił sobie na mały żarcik, w postaci logo firmy kurierskiej Pacific Courier, umieszczonego na kadłubie samolotu. Ten sam numer de Govia wykonał przy okazji "Szklanej pułapki", umieszczając to logo na ciężarówce terrorystów Hansa Grubera.

Samolot był wycofany z użytku, co pozwoliło przy dość skromnym budżecie filmu, na jego zakup za jedyne 80 tys. $ i wysadzenie w powietrze. Wnętrze było wypełnione benzyną i ładunkami wybuchowymi. Eksplozję nakręcono dziewięcioma kamerami, lecz nie w Los Angeles, tylko na lotnisku Mojave w pustynnej głębi Kalifornii (co widać po górach na dalszym planie).

"Choreografia" obu pojazdów zakładała, że jadący autobus wbije się w holowany po płycie lotniska samolot. Aby synchronizacja nie zawiodła przy realizacji (dubel nie wchodził w grę), autobus był przyciągany na linie, której drugi koniec był przyczepiony do samolotu.

Odbicie wybuchu w oknach autobusu ratowniczego, na oczach pasażerów, wykonano na lotnisku w L.A., poprzez wykonanie mniejszych rozmiarów wybuchu. Kierowcą holownika, w popłochu uciekającym z miejsca eksplozji, był Ian Bryce, producent filmu.

Efektowny epilog filmu, z wagonem metra wypadającym z podziemi wprost na Bulwar Hollywood, nakręcono w tym właśnie miejscu, 12 listopada 1993 roku. Pierwsze wersje scenariusza także zakładały koniec filmu na Bulwarze Hollywood, lecz miał tu wybuchnąć autobus, który po opuszczeniu terenu przed stadionem Dodgersów i wyładowaniu pasażerów, miał wrócić na ulice L.A. Pomysł z pociągiem narodził się jeszcze podczas rozmów z szefami Paramount Pictures, którzy stwierdzili "za dużo autobusu".

Do sceny przygotowano dwa wagony. Pierwszy, z kierowcą Brianem Smarzem za kółkiem, rozpędzono za dekoracją budowy, wagon wjechał na rampę i rozwalił dekorację w drobny mak, wśród uciekających kaskaderów, udających robotników.

Drugi wagon wykorzystano w dalszym ciągu tej sceny, kiedy wagon się przewraca na bok, szoruje asfalt i w końcu zatrzymuje się na Bulwarze Hollywood. Rozpędzoy wagon wjechał na rampę, dzięki której przewrócił się na bok, zaś z boku zamontowano mu małe kółeczka, odpowiadające za jazdę na boku. Efektowne iskry były osobnym efektem fizycznym, nie mającym nic wspólnego z nieistniejącą de facto interakcją metalu i ulicy. W tym wagonie nakręcono także romantyczny finał filmu.

Wagon wylatuje obok kina El Capitan, wyświetlającego "Miasteczko Halloween", natomiast zatrzymuje się przed słynnym Graumann's Chinese Theather, gdzie "Speed" miał premierę. Natomiast w filmie, kino to wyświetla "2001 : Odyseję Kosmiczną" Stanleya Kubricka. Jan de Bont jest wielkim fanem twórczości zmarłego Mistrza od 1968 roku i "Odysei Kosmicznej" właśnie. Od "Speeda", w swoich kolejnych dwóch filmach, de Bont umieścił maleńkie nawiązanie do któregoś z filmów Kubricka. W "Twisterze" było to "Lśnienie", wyświetlane w rozrywanym tornadem kinie samochodowym, a w kuriozalnym "Speed 2. Cruise Control" przed chwilę na ekranie telewizyjnym widoczna była kubrickowska wersja "Lolity"

W romantycznym finale, na całujących się Annie i Jacka spada trochę tłuczonego szkła. Jan de Bont, pamiętając skrawki opadających papierów z finału "Szklanej pułapki", postanowił że w swym reżyserskim debiucie, na ocalałą parę również będzie coś spadać.

Duet producencko-pisarski Mark Gordon-Graham Yost, po sukcesie "Speeda" nakręcił jeszcze dwa filmy - "Tajną broń" Johna Woo oraz "Powódź" Mikaela Salomona. Niestety, każdy z tych filmów był gorszy od poprzedniego.

Po 11 września 2001, z telewizyjnych emisji "Speeda" wycięto kwestię Annie, która pyta Jacka o motywy działania terrorysty : "czy zbombardowaliśmy kraj tego człowieka?".

Na koniec mała refleksja. Amerykanie to jednak potrafią robić filmy z psycholami w rolach głównych. Potrafią sprzedać każdy nonsens. Howard Payne podkładał bomby, bo chciał forsy. Łajdak, choć fiskalnie zrozumiały. Zastanawia mnie tylko, dlaczego suma której żądał, wynosiła dokładnie 3,7 mln dolarów. Dlaczego nie chciał od razu okrągłych 4 albo 5 dużych baniek? U Machulskiego w "Pieniądze to nie wszystko", Celińska i Maciejewski się nie szczypali - stary miliard złotych, z ewentualną zamianą na milion dolarów, jako okup za biznesmena i koniec dyskusji. Zaś Howard Payne w "Speedzie" był naprawdę stuknięty, bawiąc się w przecinki...




POWRÓT DO WYBORU

STRONA GŁÓWNA KMF

Klub Miłośników Filmu, 2004.06.27