Strona główna KMF


STAR TREK. THE MOTION PICTURE
Realizacja


Pierwotnie skrypt nosił tytuł "In Thy Image" i był oparty na pomyśle pod nazwą "Robot's return", który Roddenberry miał zamiar rozwinąć na początku lat 70-tych w kolejny serial SF "Genesis II". Z nowego serialu nic nie wyszło, natomiast Alan Dean Foster na potrzeby "Star Trek. Phase II" zaproponował właśnie historię ziemskiej maszyny, która zyskała samoświadomość i powraca z kosmosu, by poznać swego stwórcę. O tym miał traktować pilotowy odcinek "Phase II". Po utrąceniu serialu, pomysł ten zaadaptowano na potrzeby filmu kinowego.

Niedoszły współproducent "Star Trek. Phase II", Harold Livingston, był odpowiedzialny za przygotowanie scenariusza. Ponieważ autor pomysłu Alan Dean Foster odmówił, zatrudniono Billa Nortona, który po dwóch tygodniach również zrezygnował. Pracę tą proponowano także Michaelowi Cimino ("Łowca jeleni"), lecz ten nie był zainteresowany. Livingston, nie mając innego wyjścia, na pięć tygodni przed upływem terminu, napisał scenariusz samodzielnie. Podczas realizacji dialogi były często zmieniane przez Williama Shatnera i Leonarda Nimoya.

Przed rozpocząciem zdjęć Gene Roddenberry zażartował, że do roli Kirka zaangażował Richarda Burtona, natomiast Spocka ma zagrać Robert Redford. Część dziennikarzy dała wiarę tym bzdurom.

Klingońskie statki bojowe pojawiły się w filmie kinowym w niemal takim kształcie, jaki zaprojektowano na potrzeby starego serialu TV. Znacznie poprawiono tylko szczegółowość detali tych prawie dwumetrowych modeli. Wnętrza statków zaprojektowano, wzorując się na łodziach podwodnych z czasów II wojny światowej. Tajemnicą natomiast pozostaje zmiana wyglądu samych Klingończyków, w stosunku do oryginalnego serialu.

Dowódcę Klingonów zagrał Mark Lenard, który w oryginalnym serialu grał zarówno dowódcę Romulanów, jak i Sareka - ojca Spocka. Natomiast język Klingończyków został wymyślony przez Jamesa Doohana, czyli Scotty'ego z załogi Enterprise. Scenografia klingońskiego mostka została przebudowana w wyrzutnię torped na Enterprise, w filmach "Star Trek II" i "Star Trek III".

Komendanta stacji kosmicznej Epsilon IX zagrał David Gautreaux, który miał grać porucznika Xona, Wulkanitę z odrzuconego projektu "Star Trek. Phase II". Jego postać w serialu miała być "rekompensatą" za odmowę udziału w nim Leonarda Nimoya, grającego pół-Wulkanitę, pół-człowieka Spocka. Kiedy Nimoy wyraził zgodę na zagranie w filmie kinowym, dla Gautreaux pozostał tylko mały epizod komandora Brancha. Model stacji Epsilon IX pojawił się ponownie, jako element suchego doku w "Star Treku III".

Leonard Nimoy bardzo długo kazał się prosić, żeby zagrać w "Star Trek. The Motion Picture". Uległ wreszcie po błaganiach producenta Jeffreya Katzenberga z Paramountu i argumentach, że nie może być "Star Treka" bez szpiczastouszego Spocka. Zapytany, dlaczego tyle czasu zajęło mu podjęcie decyzji o zagraniu Spocka, Nimoy odpowiedział, że to wina poczty, która na planetę Vulcan dociera wyjątkowo długo... :)

Tylko kilka ujęć z Leonardem Nimoyem na Vulcanie, rdzennej planecie Spocka, nakręcono w plenerach parku Yellowstone. Większość ujęć powstała w dekoracji zbudowanej na parkingu przed halą zdjęciową Paramountu, dokładnie w tym samym miejscu, w którym 33 lata wcześniej Cecil B. De Mille kręcił rozstąpienie się Morza Czerwonego w "Dziesięciorgu przykazaniach".

Na Vulcanie, w scenie niedoszłego zawieszenia na szyi Spocka Kolinahru, aktorzy mówili po angielsku, dopiero w postprodukcji zdubbingowano ich fikcyjnym językiem Wulkanitów, dodając angielskie napisy.

W przeciwieństwie do ogranych na tysiące sposobów Los Angeles i Nowego Jorku, San Francisco zawsze leżało stosunkowo na uboczu zainteresowań filmowców. Jednym z nielicznych wyjątków była seria Star Trek, gdzie właśnie to miasto służyło za wizytówkę Ziemi.

Elementów modelu stacji orbitalnej, z której Kirk i Scotty udają się na Enterprise, używano wielokrotnie m.in. w "Star Treku II" oraz serialach "Star Trek. The Next Generation" oraz "Deep Space Nine".

Jednym z ulubionych momentów Gene'a Roddenberry'ego, była pierwsza prezentacja na ekranie statku Enterprise. Ponieważ za czasów serialu nie dysponował on ani poważnym budżetem, ani poważną technologią efektów specjalnych, tutaj wreszcie mógł sobie pozwolić na długą, kilkuminutową sekwencję, celebrującą sam statek.

Kompozytor Jerry Goldsmith, po napisaniu muzyki pod tą sekwencję, musiał ponownie usiąść za fortepianem i od nowa napisać temat, który nie kojarzyłby się twórcom filmu z... filmem korsarskim.


Fragment odrzuconej muzyki Jerry'ego Goldsmitha do tej sekwencji (0'24", mp3)

Scenariuszowy pomysł, by Enterprise ruszył w drogę nawet z nieukończonym wnętrzem, miał swoją genezę w rzeczywistych przygotowaniach do filmu. Decyzja o kręceniu filmu kinowego była tak nagła a pion produkcyjny miał tak napięty grafik, że nawet rozważano rozpoczęcie zdjęć w nieukończonych dekoracjach.

Mostek Enterprise był zmodyfikowaną przez Harolda Michelsona wersją tej samej scenografii, zaprojektowanej przez Joe Jenningsa na potrzeby nigdy nie zrealizowanego "Star Trek. Phase II". Dekoracja ta we wszystkich filmach i serialach z cyklu, była uznana za wzorową w swojej klasie, przez speców z amerykańskiej marynarki wojennej, sił powietrznych a nawet NASA. Doszło nawet do tego, że w 1994 roku specjalna komórka Departamentu Obrony zwróciła się do Hermanna Zimmermanna, scenografa "Star Trek. The Next Generation" o pomoc, w zaprojektowaniu wnętrza do tajnego projektu rządowego Warbreaker. Pomieszczenie dowodzenia miało wyglądać jak mostek Enterprise za czasów kpt Picarda...

Słynny patent teleportacji został wymyślony przez Roddenberry'ego w trakcie pracy nad oryginalnym serialem. Nie mając wystarczającego budżetu na efekty wizualne, pozwalające na pokazywanie Enterprise, lądującego w każdym odcinku na innej planecie, twórca serialu wpadł na pomysł, jak zrobić to taniej...

Ponieważ w oryginalnym serialu nie było możliwości pokazania, że na Enterprise służy ok. 430 osób, postanowiono naprawić ten błąd w wersji kinowej. Okazją do tego stała się sekwencja odprawy, podczas której Kirk wyjawia załodze prawdziwy cel misji - lot ku energetycznej chmurze, niszczącej wszystko na swej drodze. Około 150 osób w tej scenie to fani "Star Treka", którym w ten sposób podziękowano za podtrzymywanie legendy serialu, co doporowadziło do realizacji filmu kinowego.

Wprowadzenie nowej postaci - kpt Willa Deckera, którego wymyślono już na potrzeby "Star Trek. Phase II", podyktowane była bardzo przyziemnymi powodami. Otóż pazerni bossowie z Paramountu, z obawy że William Shatner może mieć wygórowane żądania finansowe (w przypadku sukcesu i kontynuowania produkcji niedoszłego serialu), asekuracyjnie wymyślili sobie, że podziękują Shatnerowi i zastąpią go właśnie Deckerem.

W scenariuszu było to jasne, natomiast w filmie w żaden sposób nie zasugerowano, że Decker to syn komandora Matthew Deckera z "The Doomsday Machine", jednego z odcinków oryginalnego serialu. Jednym z kandydatów, rozważanych do objęcia roli Deckera był Lance Henriksen.

Ozdobą filmu była porucznik Ilia, grana przez byłą Miss Indii, Persis Khambattę. Jej udział w produkcji był planowany już od "Star Trek. Phase II". Szczęśliwie jej postać przeniesiono do filmu kinowego. Rola wymagała, by Ilia była łysa jak Kojak, więc nieszczęśliwa Persis musiała rozstać się ze swymi pięknymi czarnymi włosami, by uwiarygodnić deltańskie pochodzenie swej bohaterki. Aktorka trzymała swe ścięte włosy w pudełku i chciała nawet wykupić ubezpieczenie na wypadek, gdyby fryzura jej nie odrosła...

W filmie poznajemy Ilię i kpt Deckera już po wydarzeniach z ich przeszłości, kiedy stanowili oni kochającą się parę. Ta historia miała być przybliżona w "Star Trek. Phase II" i jednocześnie stała się podstawą dla niemal identycznych wzajemnych relacji Willa Rikera i Deanny Troi w "Star Trek. The Next Generation".

Autor zdjęć Richard H. Kline (który pracował już z Wise'm przy "The Andromeda Strain"), nad wyraz często stosował w filmie ujęcia z tzw efektem podwójnej ogniskowej. Używał do tego specjalnych, rozszczepiających obraz obiektywów, działających na zasadzie dwuogniskowych okularów. Kiedy np w jednym ujęciu widać dwie postaci, z czego jedna jest blisko kamery a druga w dalszym planie, obie sylwetki są ostre, natomiast między nimi wyraźnie widoczna jest różnica w ostrości tła. Ten operatorski trik jest jednym ze "znaków firmowych" Briana De Palmy.

Obraz Jowisza, mijanego przez Enterprise, był namalowany wg najnowszych zdjęć, dostarczonych przez sondę Voyager. Ciekawostką jest, że sam Voyager pojawił się w końcówce filmu.

Zabezpieczenia, swoiste klamry bezpieczeństwa w fotelach na mostku, wstawiono na wniosek... trekkies, którzy zarzucali Roddenberry'emu brak tego ważnego szczegółu już przy oryginalnym serialu. Swoją drogą wynalazek pasów bezpieczeństwa był obcy dla startrekowego świata, aż do "Star Trek. Nemesis", ostatniego filmu kinowego, gdzie Picard otrzymuje wreszcie fotel z pasami. Scena ta zresztą i tak została wycięta i można ją obejrzeć wyłącznie w dodatkach na płycie DVD...

Dekoracja kwatery Kirka była (po przeróbkach) wykorzystana również jako kwatera Spocka w "Star Trek II", oraz jako pomieszczenia Daty, Geordi'ego i Worfa na Enterprise D, w serialu "Star Trek. The Next Generation". Wreszcie po latach dekoracja ta ponownie stanowiła pomieszczenia kpt Kirka w "Star Trek VI".

Roddenberry i Wise chcieli bardzo "filmowego" wejścia Spocka na Enterprise. Dlatego, zamiast teleportem, Wulkanita dostaje się na pokład przy pomocy zacumowanej kapsuły.

Trochę statrekowej fizyki : gdy Enterprise wchodzi w prędkość nadświetlną, określa się ją w jednostkach warp. Warp 1 to prędkość światła, czyli 300 000 km/sek., warp 2 to 8-krotna jego prędkość, warp 3 - 27 razy szybciej od światła, warp 4 - 64 razy szybciej od światła, warp 5 - 125 razy, warp 6 - 216, warp 7 - 343 razy szybciej od prędkości światła. Nieźle. Przy prędkości warp 7, dotarcie do Alfy Centauri, gwiazdy najbliższej Słońcu, oddalonej o 4 lata świetlne, zajęłoby załodze kpt Kirka tylko cztery dni.

Imię Uhura, bohaterki granej przez Nichelle Nichols, w języku suahili oznacza "wolność". Nichelle Nichols pracowała również w NASA przy rekrutacji kandydatów na astronautów. Jej klipsy na uszach były oryginalnymi rekwizytami ze starego serialu, ponieważ pion artystyczny zapomniał zrobić nowe...

Majel Barrett, żona Gene'a Roddenberry'ego, zagrała pokładowego lekarza dr Christine Chapel. Barrett była także ekscentryczną matką Deanny Troi w "Star Trek. The Next Generation" oraz udzieliła swego głosu komputerom pokładowym we wszystkich serialach, z wyjątkiem najnowszego "Star Trek. Enterprise".

Charakterystyczne dla dawnych produkcji SF abstrakcyjne obrazy, pojawiające się na ekranach komputerów na mostku, pochodziły z wielu różnych źródeł. Dla przykładu kilka ekranów przy pulpicie Spocka i Uhury, ukazuje obrazy z zepsutego (!) oscyloskopu. "Podawano" je na na plan przy pomocy tylnej projekcji. Z uwagi, że obraz z projektorów nie był zbyt jasny i kontrastowy, oświetlenie na planie musiało być odpowiednio stonowane, aby nie prześwietlić obrazów na ekranach "komputerów". W późniejszych filmach i serialach zastąpiono je monitorami telewizyjnymi, przystosowanymi do częstotliwości 24 klatek na sekundę.

Pierwotnie Chekov miał zostać zabity przez pocisk V'gera. W trakcie zdjęć dopisano scenę, w której zostaje on uratowany przez empatyczne zdolności Ilii.

Epizodyczną rolę oficera DiFalco, zastępującą uprowadzoną Ilię, zagrała Marcy Lafferty, ówczesna żona Williama Shatnera.

Dekoracja pomieszczenia, w którym Kirk, Spock i Decker rozmawiają o sondzie V'gera pod postacią Ilii, została po przeróbkach ponownie wykorzystana, jako gabinet dr Crusher i kwatera Geordi LaForge'a w serialu "Star Trek. The Next Generation", oraz jako pomieszczenie do teleportacji w "Star Trek II" i serialu "Star Trek. Voyager".

W jednym z pomieszczeń, wizytowanych przez sondę Ilia, widzimy zdjęcie prototypu promu kosmicznego Enterprise, zbudowanego przez NASA w 1976 roku. świecąca piguła na szyi Ilii była zasilana z bateryjki na plecach aktorki, której przewody były poprowadzone wokół szyi i zamaskowane charakteryzacją. Wtedy nie było małych, zegarkowych baterii... Persis Khambatta grając sztuczną Ilię w drugiej połowie filmu, w ogóle nie mruga oczami.

Podczas przygotowań do filmu, idea "żywej maszyny", jaką stała się Ilia, była ością w gardle szefów Paramountu, którzy zarzucili Roddenberry'emu absolutny brak nawet umownej wiarygodności, względem tego pomysłu. Przekonała ich dopiero interwencja wybitnego pisarza SF, twórcy słynnych "trzech praw robotyki" Isaaca Asimova, który był konsultantem naukowym filmu.

Na jednym z ujęć pulpitu Uhury, widzimy schemat lotu V'gera w kierunku Ziemi. Tak naprawdę był to pożyczony od NASA, schemat lotu sond Voyager.

Lot Spocka nie był jedyną tego typu sekwencją, nakręconą dla filmu "Star Trek". Pierwotnie planowano zupełnie inną sekwencję, ze Spockiem i Kirkiem, badającymi cześć V'gera, nazwaną "ścianą pamięci". Podczas badań, Kirk miał zostać wchłonięty przez "kryształy pamięci", jednak w ostatniej chwili został uratowany przez Spocka, który telepatycznie połączył się z kryształami. Do planowanej realizacji, oprócz zbudowania dekoracji ściany pamięci, zaangażowano nawet astronautę misji Apollo Rusty Schweikarta, który miał konsultować aktorów w kwestii zachowania się przy zerowym ciążeniu. Ale już podczas realizacji zdjęć próbnych Douglas Trumbull stwierdził, że będzie to najnudniejsza część filmu i zaproponował w zamian o wiele dynamiczniejszy lot Spocka ku V'gerowi.

W momencie odrzucenia Spocka przez V'gera, na pojedyńczych klatkach widać m.in. twarze Ilii oraz słynny obraz kobiety i mężczyzny z podniesioną w geście pozdrowienia ręką, umieszczony w sondzie Voyager.

Pomieszczenie szpitalne było zbudowane już na potrzeby "Star Trek. Phase II". Dekorację tą wykorzystano ponownie w "Star Trek II" a po przeróbkach również w serialach "The Next Generation" i "Voyager". W formie z "Voyagera" wykorzystano ją również w filmach "Star Trek. Pierwszy kontakt" i "Star Trek. Rebelia".

W trakcie kręcenia przelotu Enterprise przez planetę V'gera, aktorzy grali do pustego, niebieskiego ekranu, na który dopiero kilka miesięcy później nałożono właściwy obraz. Aby wymusić na aktorach właściwe reakcje, Robert Wise stał przed nimi z kartką papieru z namalowanym znakiem X, każąc im patrzeć na ten znak i jednocześnie na żywo podczas ujęcia mówił im, co w danej chwili mają widzieć, a czego na planie po prostu nie było.

Centralnym punktem planety V'gera był sam V'ger, czyli ziemska sonda Voyager, która po prawie 300 latach podróży zyskała świadomość i "obudowała się" innymi maszynami z kosmosu, tworząc olbrzymi sztuczny obiekt kosmiczny, zdążający w kierunku Ziemi, by poznać swojego stwórcę. Dekoracja ta była tak olbrzymia, a plan zdjęć tak napięty, że gdy po jednej stronie kręcono pierwsze ujęcia, jej odwrotna część jeszcze była budowana. Ponadto podłoże posiadało elementy świetlne, więc całą dekorację wzniesiono na rusztowaniu kilkadziesiąt centymetrów nad powierzchnią studia, by mieć możliwość poprowadzenia skomplikowanej instalacji elektrycznej, zasilającej światła w podłożu dekoracji. Model Voyagera z filmu był w skali 3/4 w stosunku do oryginału. Dokumenty konstrukcyjne zostały udostępnione przez NASA. Ale w przeciwieństwie do filmowego Voyagera 6, Amerykańska Agencja Aeronautyki wystrzeliła tylko dwie sondy w 1977 r.

Na prawdziwych Voyagerach zostały umieszczone płyty z nagraniami audio, obrazami Ziemi i pozdrowieniami z wielu językach. Jedno z pozdrowień nagrał Nick Sagan, syn astronoma Carla Sagana ("Kontakt"). Wiele lat później, Nick został scenarzystą serialu "Star Trek. Voyager".

Do realizacji efektu rozjarzenia postaci Deckera i Ilii, użyto żarówki z projektora używanego w kinach samochodowych. Jej światło było tak silne, że Persis Khambatta, nie zważając na ostrzeżenia, naświetliła sobie oczy a Stephen Collins był o krok od efektów poparzenia słonecznego.

W ostatnim ujęciu filmu, rozgrywającym się na mostku, stojący obok siebie Spock i McCoy zamienili się uniformami. Kilka ujęć wcześniej Leonard Nimoy miał kostium z pomarańczową przepaską na lewym ramieniu, DeForesta Kelley natomiast ubrano w ten sam kostium, ale z przepaską w kolorze zielonym. Aktorzy do ostatniego ujęcia po prostu zamienili się ubraniami... :)

Jak wspomina reżyser Robert Wise, "Star Trek. The Motion Picture" był jedynym z 40 reżyserowanych przez niego filmów, który nie miał jakichkolwiek próbnych pokazów. Ze względu na szaleńcze tempo pracy, podporządkowane dacie premiery, nie wysuszone kopie filmu, prosto z laboratorium, ładowano do samolotów, które rozwoziły je do wszystkich premierowych kin w USA.

Zwiastuny do filmu były czytane przez samego Orsona Wellesa.




POWRÓT DO WYBORU

STRONA GŁÓWNA KMF

Klub Miłośników Filmu, 2003.11.22