Recenzja Yanka Drzazgi Znakomita czołówka filmu, zawiera pieczołowicie animowaną (choć brakuje w niej litery "ą") recenzję Yanka Drzazgi o właśnie obejrzanym gniocie "Świństwo" Bartka Wypychowskiego. Yanek w iście morderczy sposób rozprawia się ze zblazowanym partaczem sztuki filmowej, wytyka budżet, którego na ekranie nie widać, bezlitośnie piętnuje absurdy scenariusza, nie zostawia suchej nitki na Pawle Dziobaku i stanowczo odradza czytelnikom obejrzenie filmu. Szkoda tylko, że sam tekst tego paszkwila jest na ekranie właściwie nie do odczytania przy normalnym odtwarzaniu. Ja przepisałem go z ekranu, stosując przesuw poklatkowy. Szkoda dlatego, że jest to praktycznie jedyna okazja do zapoznania się z ciętym stylem Yanka Drzazgi. Tekst ten rzuca szersze światło na postać recenzenta, wyjaśniając jednocześnie dlaczego jest on takim postrachem "hollyłódź". Recenzja ujawnia także, dlaczego Wypychowski w końcówce filmu zbiera pieniądze na projekt "Torsje 2". No, ale film to nie czytelnia...
Film "ŚWIŃSTWO" z cyklu : ŻYWOTY POLSKIE
"Intelektualna Nekrofilia" Rzadko zdarza się, żeby tytuł brzmiał trafniej. To, co w trzeciej już racie swoich "dzieł zebranych" serwuje nam reżyser Wypychowski, to rzeczywiście świństwo. Olbrzymia produkcja, kosztująca kilkanaście milionów dolarów, z czego na ekranie widać co najwyżej 280 tysięcy. Pretensjonalne dialogi, brak elementarnej psychologii, niechlujstwo w obrazowaniu, błędy montażowe i anachronizmy scenograficzne. Wszystko to, co od dawna było znakiem firmowym tego reżysera, tutaj atakuje nas z ekranu z dumą i bezczelnością, zza której słychać szelest branych pod stołem pieniędzy. "Ponieważ jestem artystą" - mówi w którymś momencie SS sturmscharfuehrer Miller grany przez Pawła Dziobaka - "w związku z tym, wszystko czego się dotknę jest sztuką". Wydaje się, że jest to "porte-parole" autora, z którym Widzowi trudno się nie zgodzić, gdyż esesman Dziobak najczęściej dotyka w filmie - różnymi rzeczami, począwszy od własnego języka, kończąc na szpicrucie - rzeczywiście pięknej twarzy aktorki Kożuchowskiej. Już w filmie "Dziadostwo" stało się jasne, że silną stroną Wypychowskiego jest słabość do scen brutalnych. Reżyser uwielbia pławić się w płynach : krwi, pocie, łzach, biegunce, wymiocinach i wodach płodowych. Oglądając te sceny ma się wrażenie, że autor serwuje nam przewodnik po prosektorium. Poza tym żywiołem Wypychowskiego jest bezruch, poza miejscami w których wreszcie udaje mu się poruszyć kamerę i aktorów po to tylko, żeby wystrzelać kilkaset sztuk amunicji smugowej. Już w swoim poprzednim "arcydziele" pt "Kurestwo" reżyser Bartosz, zawadiacko przedstawiający się jako Bartek, pokazał nam co potrafi. Ale ten kto narzekał na to, że "Kurestwo" za wolno się rozkręca, po obejrzeniu "Świństwa" za "Kurestwem" zatęskni. Ciągnąca się nieporadnie ponad trzydziestominutowa ekspozycja (scena w burdelu) w "Kurestwie", przy scenie przesłuchania na Gestapo w "Świństwie", jawi się nam jako zakręcona, fantasmagoryczna "jazda" rodem z MTV. Wypychowski uwielba zdjęcia ze steadicama, urządzenia wymyślonego by kamera stabilnie "wchodziła" na schody, gładko podążała za bohaterami w krętych korytarzach, itp. Bartosz pard !... Bartek Wypychowski jest zbyt wielkim wizjonerem i odkrywcą, by używać rzeczy do spraw, do których zostały przeznaczone. Bartek używa precyzyjnego (i drogiego - 1200 zł za dzień zdjęciowy) sprzętu do... ujęć statycznych. Ma się rozumieć, że gdzieś trzeba utopić budżetowe wydatki. Karel Capek napisał kiedyś "Inwazję jaszczurów", rzecz o zagrożeniu Ziemi przez Głupotę. Skąd Wielki Pisarz wiedział, że za 70 lat urodzi się scenarzysta i reżyser filmu "Świństwo" ? Osobny akapit należy się gwieździe tego filmu - Pawłowi Dziobakowi - starzejącemu się Amantowi Polskiego Kina, który z właściwą sobie brawurą wczuł się w rolę psychopatycznego SS-mana. Wydaje się że z Boskim Gwiazdorem od jakiegoś czasu dzieją się dziwne rzeczy. Każdy rozumie, że od tak wielkiego uwielbienia nieletnich panienek, Dziobakowi mózg zlasował się tak, że wydaje mu się, że sam jest nastolatkiem. Lubieżne uśmieszki, kokieteryjne odrzucanie włosów, to wszystko już znamy choćby z "Dziadostwa" - filmu kalekiego, ale płonącego wewnętrznym ogniem. W przepięknej scenie zamachu, nasz Adonis uwodzicielsko ślini się na widok rozerwanych na strzępy i zakrwawionych zwłok aryjskich dziewczynek z Hitlerjugend - ofiar "bestialskiego" AK. No, chyba że to miał być płacz. Poczciwy Reżyser, razem ze swoim ulubionym Sympatycznym Aktorem, musieli setnie bawić się w czasie kręcenia scen łapanek, których jest w filmie aż trzy. Co zabawniejsze łapanki mają za zadanie ujęcie Nieuchwytnej Łączniczki (w tej roli Małgorzata Kożuchowska, która gra za dobrze jak na potrzeby tego filmu). Tymczasem Łączniczka wpada przez własną nieostrożność, bo wraca do mieszkania w którym jest "kocioł", bo... zapomniała wyłączyć (sic!) żelazka. Niebywały błąd dramaturgiczny scenarzysty Wypychowskiego. Jednak jego osiągnięcia reżysersko-scenariuszowe wydają się warte Oscara, w porównaniu z dokonaniem Wypychowskiego jako aktora! Tak!!! Bo oto nasz Człowiek Renesansu, nasz Leonardo Da Vinci kina polskiego, ośmielił się wreszcie i ZAGRAŁ! Jakże my widzowie jesteśmy mu za to wdzięczni! Jest to wprawdzie rólka niewielka, prawdziwa Kamea w tym skrzącym się od różnych metod i szkół aktorskich filmie. Wypychowski... uwaga!... gra Reinhardta Heydricha, Reichprotektora Czech i Moraw. Pomijając mniej znaczący fakt, że Wypychowski jest podobny do Heydricha jak Al Pacino do Maxa von Sydowa, to w czasie kiedy toczy się akcja filmu (lipiec 1944), "Kat" Heydrich od dwóch lat już nie żył, zastrzelony 27 maja 1942 roku w Pradze, przez czeskich "cichociemnych". Bartek Wypychowski jest ambitny, nie korzysta z postsynchronów i sam wali monolog po niemiecku! Howg! Od razu przypomina mi się Winnetou przemawiający po NRD-owsku. Germanistów uprasza się, by nie robili chryi z tego powodu, bo to jedyny rozgłos, jaki ten film mógłby otrzymać. Wypychowski "z satysfakcją ekshibicjonisty" jak sam mówi, demonstruje nam demona, który zagnieździł się w jego głowie. Trawestując starego dobrego Bola Prusa : "tyle w Wypychowskim z demona, ile trucizny w zapałce". Haniebna próba podpierania się wielkim nieżyjącym, ma stanowić zasłonę dymną dla intelektualnego nekrofila, jakim jawi nam się reżyser, od niedawna pieszczoch i szaławiła salonów "warszawki". Z powodów ontologicznych film nie mógł okazać się niczym innym jak huczną klęską. Na uwagę zasługują : ciekawie pogłębiona rola volksdeutscha w wykonaniu Marka Kondrata, twarz Małgorzaty Kożuchowskiej i zdjęcia Sławka Paskudy. A przecież gdy się pomyśli o starym, pięknym filmie Wypychowskiego "Torsje", to czegoś żal... Zdecydowanie nie idźcie i odradzajcie znajomym. Wasz YANEK. Terminator Marnego Kina. |