Strona główna KMF
        
Piątek

Zdjęcie z Hunterem i Mauą
Czyli dzień, od którego wszystko się zaczęło - tym bardziej dla mnie, jako nowej osoby (i pewnie dla Michuga ;). Najpierw miałem okazję zapoznać się z samym Prezesem i jego Panią oraz z innymi klubowymi legendami w osobach Alieena, Huntera (przy okazji poznając też hunterowski żart) i Adiego. Następnie po tym, jak z 15 razy zgubiliśmy drogę i 3 godziny jechaliśmy przez sam Płock (miasto-koszmar według Shandora ;), miałem okazję zapoznać się z (całą) resztą ekipy KMF (Kobiety Muzyka Film ;). Na całe szczęście ludzie ci okazali się na tyle sympatyczni i tak samo (a pewnie nawet bardziej) walnięci jak ja, toteż szybko udało mi się wkręcić, a przynajmniej tak mi się wydaje po dziś dzień ;). Pewnie dlatego przez resztę nocy nie dawałem spać Jakuzziemu, hOPSowi i Bucho, którzy i tak ponoć nie spali ;). W każdym razie pierwszy dzień był na pewno tym niezwykłym, bo przecież niecodziennie widuje się KMF od kuchni - cokolwiek to znaczy :). Konkurs wiedzy klubowej pominę ze swojej strony, bo choć dowiedziałem się paru ciekawostek, to jednak nie brałem udziału z przyczyn jasnych - jedynie te 1000 punktów dla zwycięskiej drużyny "z Alieenem" było moją sprawką ;). W nocy po raz pierwszy pojawił się królikot, czyli kot wyglądający i zapieprzający jak królik, który potem jeszcze wiele razy nawiedzał niektórych z nas - wobec czego "follow the white rabbit" nabrało nowego znaczenia...

Bucho zaczął kasłać...


Sobota

Zdjęcie z Siddą
Sobota zaczęła się najpierw od przyjazdu spóźnialskich, a potem było wiele sportów wyczynowych, takich jak ping-pong na stole pełnym żarcia, talerzy (które zostały użyte w grze) i butelek czy badminton w wykonaniu Bucho :). To wszystko przyćmił oczywiście konkurs muzyczny Alieena, na którym pomyliłem się tylko 2 razy, dzięki czemu moja drużyna wygrała :). I chociaż to Karol zgarnął główną nagrodę, to i tak było fajnie :P. Poza tym jest to dzień, na którym narodziło się hasło "Palimsest!" zawdzięczane głównie Karolowi, który jako jedyny (poza Chuckiem Norrisem) obejrzał ten film w całości. Hasło to, wespół z "Nimfoidzkimi dziwkami", weszło potem w poczet kalamburów (podczas których m.in. Deina uprawiała seks w szafie i nikt tego nie zgadł, a Jimi stwierdził, że wyglądamy jak banda debili i nie pomylił się zbytnio ;) i całego Zjazdu w ogóle. Poza tym sobota upłynęła równie wariacko, jak dzień poprzedni, tyle że tym razem bezustannie towarzyszyła nam muzyka, a to dzięki głośnikom Dobermanna, mp3 playerom Alieena i hOPSA i laptopowi Michuga, który przywiózł ze sobą chyba pół domu :). Także w sobotę narodziły się tłumne wypady na uderzanie bil, inaczej znane jako bilard, który im dłużej był ćwiczony, tym taniej wychodził.

Bucho zaczął być chory...


Niedziela

Na bilardzie z Beowulfem i Siddą
Niedziela jak to niedziela - leniwie, choć nie bez ambicji, odpoczywaliśmy po ciężkich dniach poprzednich. Nie odbyło się jednak bez atrakcji - poza powielaniem kultury fizycznej z dni poprzednich, mieliśmy ubaw w kalambury (Palimpsest!), które przedłużyły się aż do...właściwie do końca Zjazdu, choć 2/3 osób pewnikiem o tym nie wiedziało... Tu należy też powiedzieć o tym, że przez cały weekend padło chyba najwięcej tekstów, które aspirują do miana kultu. Niestety spamiętać wszystkie jest trudno. Na pewno jednak na przyszłość warto znać takie slogany, jak: Masełko tudzież Wkładka, Człowiek-Otwieracz, Człowiek-Latarka (a.k.a. Latarka Man) czy Człowiek Ze Stoickim Spokojem :). Również hat-trick hOPSa będzie pamiętany ("Jestem takim ch****" - "Wybacz ale czasem wychodzi ze mnie szarmancki debil" - "Wiem, że jestem niedojrzały", co towarzyszyło jego wyjściu, wejściu i przeprosinom Siddy, która nie wie za co dokładnie hOPS przepraszał ;), nie mówiąc już o czymś takim, jak "hej, hOPS!", o czym sam zainteresowany wolałby zapomnieć :). No i byłbym zapomniał o karcianej Marioszce i Dupie Biskupa, które od tego dnia dzielnie nam towarzyszyły do późnych godzin nocnych, swoje apogeum zaliczając w poniedziałek i wtorek. I jeśli dobrze pamiętam, to właśnie w niedzielę miało miejsce pamiątkowe zdjęcie wspólne, które Hunter zrobił od zawietrznej ;). A co do zdjęć, to mniej więcej w dobę po tym, jak Adi został po raz pierwszy w życiu przyłapany z opuszczonymi portkami, został ogłoszony konkurs na najlepsze zdjęcie Adiego właśnie :), Niestety wyniki konkursu pozostają tajne, a zapieczętowane fotki spoczywają w sejfie A.D.I. (Agencja Działalności Integracyjnej)... Niestety także w niedzielę zaczęli nas opuszczać pierwsi Klubowicze. Z tego grona najbardziej rozbolał nas wyjazd Michuga, który nie dość, że zabrał ze sobą laptopa, to jeszcze narobił smaku na więcej i nie miał okazji pożegnać się ze wszystkimi. Pojawiło się za to parę innych kotów, wcześniej niewidzianych ;). Pojawił się też niewiadomego pochodzenia Wielki Czarny Pion, którego każdy zaczął używać wedle swoich potrzeb - jak np. Bucho do zbierania cudzych myśli i oszołomienia Alieena - a niektórzy czuli do piona wyraźny pociąg seksualny (np. Romeck ;).

Natomiast Bucho zaczął zarażać potajemnie innych...
Mimo tego był to kolejny upojny dzień spędzony na tyle beztrosko i wariacko, że...


Poniedziałek

Szalejąc z Beowulfem
...następnego dnia, po zobaczeniu ogromnego "burdelu" na dworze, właściciel zagonił bezbronnych, niewinnych i pozostawionych bez opieki (oraz niepoinformowanych, że rano nie należy wstawać zbyt wcześnie) hOPSa i Beowulfa do sprzątania. Reszta z nas wstała znacznie później, ale i tak nie udało się zataić bałaganu, jaki wokół panował. Ale ponieważ jeszcze nie wyjeżdżaliśmy, toteż mało kto przejął się na poważnie. Choć to od tego momentu sąsiedzi przestali się nam kłaniać i modlili sie o nasz rychły wyjazd. Poniekąd im się to udało, gdyż nazajutrz - po kolejnym, tym razem znacznie większym basenowym skoku w bok - opuścił nas głównodowodzący Dux... Był to niewątpliwie cios w plecy, aczkolwiek wieczorny grill i partyjka Mafii (podczas której Jakuzzi aż trzy razy próbował wszystkich przechytrzyć i udało mu się to za trzecim razem właśnie ;) oraz inne gry, niekoniecznie logiczne, pozwoliły nam o tym zapomnieć. Tejże nocy miało miejsce wielokrotne zgorszenie Karola (m.in. moją obecnością w jego domku, kiedy się jej nie spodziewał - tej obecności znaczy ;), które zostało skwitowane krótko, acz zwięźle słowami: "Och, Karol!". Poza tym ostatni raz zrobiony został grill - pewnie dlatego, że poprzedniej nocy zamókł pozostawiony na dworze węgiel :). Pod wieczór (a właściwie to rano, bo na godzinę przed końcem ciszy nocnej) nawiedził nas Człowiek w Piżamie (a.k.a. Pidżamowiec lub też, co stwierdził Alieen, człowiek z wąsami do dołu ;). Jegomość ten wyskoczył jak spod ziemi i kazał nam ściszyć muzykę, bo jak nie, to wezwie policję - i to rzekłszy znikł tak samo, jak się pojawił, czyli nagle i niespodziewanie. Twardy był, to trzeba mu przyznać - każdy inny przyszedłby z pretensjami dajmy na to w sobotę o północy, a on wytrzymał nas do rana dnia przedostatniego ;). Ale był skuteczny, bo w pół godziny potem wszyscy poszli spać (chyba ;).

Bucho czuł się już lepiej, ale kasłał...


Wtorek

Szaleństwa ciąg dalszy :)
Z wtorku mówiąc szczerze niewiele pamiętam. Nie nazwałbym jednak tego najgorszym dniem Zjazdu, ale poza wznowieniem gier karcianych (rządziła Dupa Biskupa), bilarda, piłkarzyków, ping-ponga, badmintona, kosza i ogólnych wygłupów uzupełnionych pierwszymi oznakami pakowania się i zmęczenia (lub pakowania się ze zmęczenia) u niektórych, to nie wydarzyło się zbyt wiele. Niewątpliwie padły jeszcze teksty teges (jak i nie teges), ale obyło się bez grilla i bez nowości - ot, nienormalny dzień na farmie KMF ;).

Bucho był prawie zdrowy, a parę innych osób zaczęło kasłać...


Środa

Jedyny dzień, którego właściwie nie warto opisywać, gdyż zaraz po przebudzeniu wszyscy zaczęli się pakować i wyjeżdżać. Tym bardziej, że trzeba się było liczyć z przejazdem przez Płock... Na szczęście tym razem poszło całkiem gładko i spędziliśmy tam tylko 2 godziny ;). Także po szybkich pożegnaniach i shandorowskiej wojaży byłem na powrót w domu, gdzie niemalże od razu doskoczyłem do zdjęć i zacząłem wspominać ledwo co skończony Zjazd. A wieczorem zacząłem kasłać - Bucho był już w tym czasie ponoć zdrowy ;). Wieści krążą, iż był to jeden z lepszych Zjazdów ever. Mam nadzieję, że miałem z tym coś wspólnego ;). Ja bawiłem się naprawdę dobrze i poznałem świetną grupę "nowych" osób, z którymi mam zamiar zobaczyć się ponownie. Za te 5 dni dziękuję więc i do następnego! Palimsest!

P.S. Pozdro dla Bucho od wirusa ;).


e-mailAutor relacji gościnnej: Jacek Lubiński - MEFISTO


POWRÓT DO RELACJI OGÓLNEJ