Strona główna KMF
        

CZASEM SŁOŃCE, CZASEM DESZCZ...
...czyli KMF na planie serialu "M jak Miłość" ;)


Wakacyjny Zjazd KMF tym razem postanowiliśmy zorganizować nad jeziorem. Dla przypomnienia, KMF był już na przykład nad morzem, w górach i jakieś 30 razy w Rogoźniku (tam też jest jezioro, ale dla niepoznaki pomińmy ten fakt ;). Nasz wybór padł na ośrodek wypoczynkowy Kormoran w Grabinie (tak, to ta Grabina :), 10 km od Płocka. Na Zjeździe zjawiło się aż 28 osób. Całość spotkania klubowego trwała od piątku 25 do środy 30 sierpnia. Część osób była obecna tylko przez weekend, a część (większa) została do końca. Był to wyjątkowo aktywnie spędzony czas, albowiem uprawialiśmy wiele sportów: koszykówka, badminton, ping-pong (pomiędzy butelkami i pieczywem), bilard, piłkarzyki, kajakarstwo oraz pływanie na basenie (+ siatkówka), a nawet curling na stole do ping-ponga przy wykorzystaniu dwóch czerwonych czajników i zmiotki. Była też gra w karty, kalambury i Mafia. W zasadzie ze sportów ekstremalnych to nie graliśmy tylko w szachy korespondencyjne (chociaż mieliśmy wielkiego, czarnego pionka, który później okazał się kawałkiem łóżka Alieena ;). Pogodę mieliśmy ładną mimo końcówki sierpnia - przez zaledwie 2 dni z 6 nieco pokropiło i stąd się wziął - ku uciesze Kahy, miłośniczki kina Bollywood - tytuł niniejszej relacji. Z nowych Klubowiczów na Zjazd przybył jedynie Michug (miło było poznać!), a KMF rozesłał również zaproszenia do wszystkich osób stale z Klubem współpracujących - jednak tylko Mefisto (a.k.a. człowiek demoniczne spojrzenie) odważył się przyjechać i nas poznać ;). I chyba polubił nas na tyle, iż napisał własną, krótką relację gościnną - odnośnik do niej na samym dole strony.
Grabina - jezioro przy ośrodku Kormoran Grabina - jezioro przy ośrodku Kormoran
Piątek

Klubowicze zjeżdżali się przez cały dzień, a powodem tego była m.in. nieciekawa pogoda (oj pokropiło troszkę...) oraz miasto-korek lub miasto-porażka-komunikacyjna (mowa o Płocku rzecz jasna) - generalnie to wszyscy jadący przez centrum albo się pogubili, albo stali w kilometrowych korkach. Oczywiście nie będziemy tutaj wymieniać, jak kto dojeżdzał, z kim, i kiedy się dla tych osób podróż zaczęła, bo z relacji na relację może to się trochę nudne robić ;). Jednak z ciekawszych wydarzeń tego typu należy wymienić wzorcowy wręcz transfer informacji między samochodami Jakuzziego i Romecka, kiedy to Beowulf przez komórkę zapytał o kolor drugiego samochodu - w odpowiedzi usłyszał "burgund", po czym wszyscy zaczęli się zastanawiać, jaki dokładnie jest to kolor... I wtedy hOPS przypomniał sobie, że pokoje w domu ma w kolorach khaki i indygo ;). Po przyjeździe na miejsce Beowulf z hOPSem zaczęli uporczywie szukać tego nieznanego burgunda. Gdy w końcu znaleźli samochód Romecka, w odpowiedzi na pytanie "Czy to burgund?" usłyszeli "Nie, Nubira" ;). Późnym wieczorem, gdy zjechali się już wszyscy, którzy mieli się tego dnia zjechać, Deina - jak co roku - zorganizowała quiz wiedzy klubowej. Klubowicze zostali podzieleni na dwie drużyny (kapitanowie: hOPS i Shandor) - "bez Alieena" i "z Alieenem", o przynależności którego do jednej z dwóch drużyn zadecydował staroświecki rzut monetą. Quiz tym razem okazał się nieco trudniejszy niż poprzednie, pytania Deiny bardziej wymyślne, zaskakujące i podchwytliwe, a ostateczne zwycięstwo przypadło drużynie "z Alieenem" (znowu), on sam zaś otrzymał nagrodę (znowu ;) za największą ilość zdobytych punktów - butelka rumu Bacardi wylądowała w jego rękach (Alieen - nagrodą, oczywiście, podzielimy się ;), i ku uciesze niektórych została opróżniona jeszcze tej nocy (i jednocześnie ku niezadowoleniu tych, którzy nie mieli okazji spróbować tego trunku dnia następnego ;). Wśród ciekawszych wydarzeń tego quizu należy wymienić szalony okrzyk Shandora (JEEEEAAAAA! ;) za każdym razem, gdy jego drużyna zdobyła punkt. I trzeba przyznać, że piątkowy wieczór i noc były jedną z najbardziej intensywnych imprez całego Zjazdu. Choć wszyscy byli zmęczeni podróżą, ochoczo rzucili się w wir zabawy. Najbardziej wytrwali zapewne nigdy nie zapomną smaku wspomnianego już rumu zmieszanego z sokiem z czarnej porzeczki - prawdziwy nektar desperatów. Po wypiciu zaledwie kilku szklaneczek stół do ping-ponga stał się dla co poniektórych parkietem tanecznym (gwoli wyjaśnienia, co by nas o destruktorów nie posądzono - stół miał marmurową płytę i gdyby stanęło na nim nawet 50 osób, to prędzej ziemia by się pod tym stołem zapadła ;). Na stole niczym igła z nitką tańcowali Alieen z Jimim, ale to dopiero Jimi dał tej nocy prawdziwy popis - począwszy od opowiadanej wielokrotnie historii, jak to brał udział w realizacji jakiegoś programu telewizyjnego (pomylił nas chyba z kimś, kogo to interesuje ;), a skończywszy na skocznych piosenkach ze zwrotkami typu "Kto na stole tańczy ma w kieszeni bandę pomarańczy" lub "Chyba spadnę ze stołu bo nie zjadłem rosołu" - słowa jak z prawdziwego letniego szlagieru ;). Już naprawdę późną nocą Bucho i Alieen odprowadzili Jimiego do domku (niestety nie mógł tam dojść o własnych siłach ;), a pozostałym nocnym markom utkwił w pamięci jeszcze widok Shandora, który bynajmniej nie w linii prostej zmierzał w kierunku swojej hacjendy, i - jak tłumaczył nam dnia następnego - on dobrze wiedział dokąd zmierza (choć wyglądało to zupełnie inaczej...), i tylko obierał sobie kolejne punkty drogi, chichrając się pod nosem niemożebnie ;).
Mefisto, Karol, Sidda i Artemis Alieen, Pati, Dux, Mefisto i Adi Artemis, Sidda, Karol, Kasia i Adi
Beowulf, hOPS, Artemis i Dagmara Hunter, Kaha, Maua i Bucho hOPS i Jakuzzi
A w domku nr 6 nastąpiła niespodziewana reaktywacja Tercetu Wesołych Łabądków w nieco zmienionym składzie - hOPS, Bucho, Jakuzzi i Beowulf. Uchwalono zmianę nazwy zespołu na "Cztery jądra apokalipsy" i Vera (jako jedyna kobieta w tymże domku; Deina się gdzieś pałętała) musiała doświadczyć koncertu wokalnego panów. Nigdy nie podzieliła się swoimi wrażeniami/traumatycznymi przeżyciami ;). Po wspomnianym koncercie w domku zagościł dość swobodny nastrój i między innymi dowiedzieliśmy się, że Jakuzzi postawił sobie tylko jeden cel przed przybyciem na Zjazd - nie stracić swojej błony ;). Specyfika tego domku była taka, że trzy łóżka zostały połączone w jedno, aby więcej osób się zmieściło (lub ugniotło, jak kto woli) oraz żeby było bardziej integracyjnie ;). Gdzieś koło 3 nad ranem, gdy wszyscy kładli się spać (a przynajmniej tak myśleli), nastąpiła niesamowita wymiana poglądów (w związku z opisaną wyżej sytuacją) przez Jakuzziego i Bucho:

Bucho: Ja śpię w majtach!
Jakuzzi: A ja w szparze.
Bucho: Szpara jest fajna!
;)

Bucho pochwalił się jeszcze, że jego nowy film będzie nosił tytuł "Maria nie do końca dziewica, Bucho prosto ze stajenki" ;). Gdzieś koło 5 nad ranem Mefisto, który najwyraźniej nie mógł zasnąć, zaczął wołać hOPSa i krzyczeć żeby dał spokój Jakuzziemu (skąd skubany wiedział? ;), lecz po milczeniu, które usłyszał w zamian, zrezygnował i ostatni domek zagłębił się w objęcia Morfeusza... Aha, nad ranem Karol przebudził się, podniósł z łóżka i dojrzał na podłodze jakiś ciemny kształt. "A, Kakapo", pomyślał i znowu zasnął. Senk... sęk znaczy się w tym, że Kakapo w tym czasie siedział (Kakapo, w przeciwieństwie do Artemis, jest ZAWSZE rodzaju męskiego) jeszcze pod wiatą z Deiną (to znaczy pod wiatą siedzieli Deina i Kakapo), a "ciemnym kształtem" był Kelley - ale, jak wiadomo, Kelley i Kakapo bardzo są do siebie podobni i Karolowi taką pomyłkę można wybaczyć ;).
Kelley i naszyjnik boga wampirów...
...a tak naprawdę prezent od hOPSa ;) Hunter i jego sobowtór na billboardzie ;) Morderczy klaun Bucho
Sobota

Pobudka następowała częściowo i tylko dzięki czujności Beowulfa, który usłyszał wibrującą komórkę zostawioną przez Deinę śpiącą nie wiadomo gdzie - Mati zdołała przekazać zjazdowiczom, że czeka już na dworcu w Płocku ;). Tego dnia na Zjazd dojechali także Dagmara i Fabian (bądź Fabiana i Dagmar - jak kto woli ;). Przy porannej kawie i herbacie Bucho na rozbudzenie zarzucił nam adresem pewnej strony internetowej, prowadzonej przez prawdziwych maniaków i znawców (www.najtanszeszmatywinternecie.com ;). Jak zostało wspomniane wcześniej, Jakuzzi wyznał, że przed przybyciem na Zjazd postawił przed sobą tylko jeden cel - nie stracić błony - i zaczął się żalić, że już pierwszej nocy dał przysłowiowej dupy ;). Podejrzenie padło na hOPSa i Beowulfa, pomiędzy którymi Jakuzzi nocował, ale sprawa po jakimś czasie ucichła... Natomiast Jimi wstał rześki, zdrowy, zwarty i gotowy do kolejnej imprezy, mimo stanu upadłego dnia poprzedniego ;). Sobota była dniem sportu, a królował tenis stołowy oraz badminton (ze ścierwolotką zamiast lotki ;). Vera szczególnie upatrzyła sobie tę drugą konkurencję i pół soboty angażowała coraz to nowych Klubowiczów w grę. Wkoło mieliśmy dużo drzew, więc Dagmara skwitowała pewną akcję Fabiana "Uważaj, masz konary między nogami" - a wydawali się taką miłą parą... ;). Później wymyślono także połączenie obu konkurencji czyli grę w badmintona piłeczką ping-pongową (która została ochrzczona jako Uwe Ball - bo była to naprawdę nędzna piłeczka ;) oraz nową konkurencję olimpijską w postaci ping-ponga rozgrywanego za pomocą patelni (patelnią operował Alieen i okazał się w tym niekwestionowanym mistrzem ;). Nastąpił czas zdjęcia grupowego więc poszliśmy na pomost, co by ładne tło było. Wtedy właśnie hOPS odpalił z komórki pewną schizową piosenkę fińską krążącą od jakiegoś czasu po internecie, rozpoczynającą się od słów/wyrażenia (?) "japcacaparipari..." i zaraził tym kilka osób, którym poprzesyłał ową melodyjkę, a które później skutecznie denerwowały resztę (szczególnie Beowulf, któremu nie przeszło to do końca Zjazdu...). Potem jeszcze Dagmara i Fabian oraz Jimi i Maua wskoczyli w kajaki i popływali po jeziorku, zaś wieczorem odbył się quiz muzyczny Alieena. Do odgadnięcia było 130 motywów i piosenek filmowych (przemieszane), Klubowicze podzielili się na dwie drużyny - team Adiego (nazwa drużyny - Grabina Jakubowa) oraz team Duxa (nazwa drużyny - adres pewnej strony internetowej, już raz wymieniony w niniejszej relacji - i o raz za dużo ;). Alieenowi dzielnie pomagała asystentka Edyta, skrupulatnie notując punkty obu drużynom. Zwyciężyła drużyna Duxa (dość sporą przewagą), a indywidualnym zwycięzcą został Karol (41 punktów), dostając w nagrodę film na DVD oraz koszulkę klubową z wyszywanym adresem i logo KMF (podziękowania dla Huntera za zasponsorowanie koszulki!). Karol - nagrodą, oczywiście, podzielimy się ;). W pozostałej piątce "best of the best" uplasowali się: Mefisto (35,5 punktu - znakomity debiut i wielkie brawa!), Dux (34 punkty), Adi (32,5 punkta) oraz Jimi (28 punktów). Był to z pewnością jeden z najbardziej udanych quizów muzyki filmowej w historii wszystkich Zjazdów, a także chyba pierwszy, w którym każdy Klubowicz zdobył jakiś punkt.
Vera i Sidda Kelley i Michug Karol, Romeck, Kaha i Mati
Michug, Mefisto i Deina Beowulf, Dagmara, Fabian, Alieen i Dobermann Kaha, Mati i Adi
Sobotni wieczór zakończył się chyba trochę szybciej niż piątkowy, ale była to tylko chwilowa obniżka formy ;). Powstało jeszcze nowe trio klubowe - Kakapo (czyli Artemis), Kakarol (czyli ... Karol ;) i Kakauko (czyli Sidda - a czemu... nie wiadomo do końca ;). Później Sidda, Karol i Artemis wysłuchiwali zwierzeń Kelleya, który opowiadał, jak w czwartej klasie ("To Ty byłeś kiedyś mały?" - Artemis, która mimo podobno bujnej wyobraźni nie umie sobie wyobrazić Kelleya w piaskownicy - chyba, że w czarnej kominiarce ;) dane mu było obejrzeć w szkole film "uświadamiający, skąd się biorą dzieci", ale - jak powiedział - najbardziej interesujące rzeczy wyjaśniono tam tylko teoretycznie :). Wartym zapamiętania było jeszcze zdarzenie, podczas którego Michug skutecznie przez 10 minut karcił niezdarnego Jimiego za rozlane piwo. Przyparty do ściany Jimi, nie mając innego wyjścia, musiał naprędce załatwić Michugowi nową puszkę :). Aha, jeszcze jedna bardzo ważna informacja - śpiwór Kelleya nie był czarny, tylko granatowy! Skandal! ;).


Niedziela

Niedziela zwyczajowo jest czasem wyjazdów - tym razem także kilka osób musiało pożegnać się i wracać do szarej rzeczywistości i pracy (Vera, Mati, Adi, Kelley, Edyta, Michug, Dagmara i Fabian). Zanim jednak wyjechali, to jeszcze załapali się na kilka pożegnalnych tekstów. I tak dowiedzieliśmy się m.in., że Kelley wcale nie jest przedstawicielem jednej z sieci komórkowych, a sprzedawcą pomarańczy ;). Z kolei Vera została zaskoczona przez Jakuzziego pytaniem, który z mieszkańców domku nr 6 jest najbardziej kobiecy. Po chwili namysłu i szybkim przeglądzie kandydatów do tego jakże zaszczytnego tytułu, Vera stwierdziła "hOPS, bo ma w sobie tyle poezji...", na co hOPS aż usiadł z wrażenia, a Jakuzzi zripostował "To hOPS myje naczynia" ;). Tak w ogóle to okazało się, że teraz Shandor będzie miał wolną chatę i u niego robimy wieczorną imprezę ;). Beowulf z kolei całą niedzielę męczył laptopa Michuga - w pewnym momencie doszła do niego plotka, że podobno powstał plan usunięcia go z domku nr 6, ale ostateczne nic się nie rozwinęło (chyba dlatego, że Michug musiał już jechać ;). Ostatni wyjechali Dagmara i Fabian, którzy przed podróżą zdążyli jeszcze wciągnąć się w pierwszą na tym Zjeździe odsłonę kalamburów filmowych i później im było głupio zmywać się w środku gry i zostawiać swoje drużyny na pastwę losu. W każdym bądź razie zabawa była przednia. Hitem okazał się film "Palimpsest", którego nikt w Klubie nie widział oprócz Karola, a który co chwilę padał jako odpowiedź. Przodował w tym Beowulf, który przynajmniej raz na hasło z okrzykiem zdumienia dowiadywał się, że "nie, to nie Palimpsest durniu!" ;). Nazwa ta (Karol tłumaczył co to znaczy, ale jakoś nikomu nie zapadło w pamięci) spodobała się Klubowiczom do takiego stopnia, że przez cały wieczór komplementowali się w stylu "Ty Palimpseście!". Z tej i z następnych sesji kalamburowych wyłoniło się dość specyficzne hasło powtarzane z częstotliwością kilkunastu razy na godzinę - "Palimpsest, Porno, Posejdon, Jestem, Ja, Robot, Brokeback Mountain". Dlaczego akurat te filmy zyskały taką sławę, nikt nie potrafił wyjaśnić...
Edyta i Shandor Sidda na planie filmu 'Sypiając z wrogiem' ;) Maua, ale twarda ;)
Pod względem sportowym w niedzielę królowała koszykówka wprost z czarnego getta - gra brutalna i pełna podstępów ;). Wieczorem zaś tradycyjnie zrobiliśmy grilla (wcześniej kiełbaski, tym razem karkówka), a prowiant standardowo przywieźliśmy z płockiego Auchan, do którego nikt zbytnio nie kwapił się jeździć ze względu na wspomnianą już wcześniej komunikacyjną porażkę tego miasta. Tak więc jeszcze w piątek zrobiliśmy losowanie i żeby było sprawiedliwie, to na zakupy codziennie musieli jeździć Dux i Pati ;). Zaś późną nocą, w domku nr 12 rozpętała się zwierzęca, niezidentyfikowana impreza, podczas której szalała trzyosobowa grupa w składzie Alieen, Jimi i Dobermann. Wszystko zaczęło się od pomysłu wstawienia do pokoju, w którym spali zmęczeni Jimi i Maua, kompletu głośników i zapuszczenia w maksymalnej głośności muzyki tuż obok uszu smacznie śpiącej pary. O ile Jimi obudził się od razu i zaczął tańczyć wykonując spoko ruchy, tak Maua nawet nie drgnęła, a na drugi dzień stwierdziła, że nie słyszała żadnej muzyki (twarda dziewczyna ;). Trójka imprezowiczów (+ Kaha, która co rusz sprzątała w domku wywołany imprezą bałagan ;) nigdy nie zapomni miny totalnego zdziwienia u Deiny, która nagle zawitała do tego domku, zaś Deina nigdy nie zapomni widoku Jimiego skaczącego po łóżku, z subwooferem w spodenkach (przepuklina ;), Dobermanna z głośnikami na uszach (jak on to zrobił? ;) oraz Alieena z zasłonką owinięta wokół głowy - a wszystko to w rytmie "Hey Boy, Hey Girl" grupy Chemical Brothers, heh. Deina tak szybko, jak weszła, tak szybko wyszła - i jakoś nikomu nie chciało się wnikać dlaczego ;). Około 5 nad ranem w domku nr 12 wszyscy prócz Jimiego mieli dość tych tańców, bo Jimi najwyraźniej się rozkręcił na całego, i później Dobermann i Alieen mocno żałowali, że go obudzili ;).


Poniedziałek

Rano zauważyliśmy, że przez stertę puszek, butelek, tacek z grilla i innych śmieci przedzierał się niebezpiecznie w naszą stronę właściciel ośrodka... Minę miał dość groźną, styl kroczenia nieciekawy, zatem cóż - to był czas przygotowania się na pierwszą tzw. zjebkę. No i właściciel ochrzanił nas... ochrzanił nas za to, że nie wstawiliśmy lakierowanego krzesła pod daszek - w każdej chwili przecież może zacząć padać deszcz ;). Bucho zaś nie czuł się najlepiej z samego rana, więc wynalazł nowy patent - podgrzewany w czajniku sok Capri i zaczął się tak chwalić swoim wynalazkiem, że namówił pozostałych do skosztowania. Tak powstał nowy rytuał śniadaniowy kontynuowany do końca Zjazdu ;). Tego dnia pod względem sportowym rządził basen, na który wybraliśmy się zorganizowaną, 12-osobową grupą. Przed wejściem na krytą pływalnię uwieczniliśmy ekipę gangsta-basenowców stosowną fotką, a po wyjściu spostrzegliśmy na jednym z billboardów Huntera reklamującego jakąś firmę - czego również nie mogliśmy nie uwiecznić za pomocą aparatu ;).
Gangsta-basenowcy
G A N G S T A - B A S E N O W C Y
Skład ekipy ziomali, yo: Shandi, Jima, Kahix, Duxie, Patee, Dober, Hunta, Mauolo & Buczolo
Kucają/siedzą ziomale, yo: Alieeno, hOPSero, Yakuzo
Gdy ekipa rekreacyjno-sportowa pluskała się na basenie, ekipa kalamburowa grała... w kalambury ;). Śmiechu było ponownie co niemiara, tym bardziej, że po pewnym czasie zmieniono formułę zabawy na pokazywanie konkretnych scen filmowych, zamiast samych tytułów. Jeszcze zanim to nastąpiło, największym hitem okazał się tytuł wydobyty na światło dzienne przez Bucho - "Nymfoidzkie Dziwki w Piekle Dinozaurów" (pogratulować koledze gustu filmowego ;). Osobą uszczęśliwioną tym jakże idealnym do pokazywania tytułem został hOPS, który jednak zdołał pokazać to swojej drużynie tak, że punkt był ich - brawa dla pokazującego! Jeszcze później Bucho przyznał się, że przeinaczył trochę tytuł przez przypadek, ponieważ miast słowa "dziwki" powinno być "barbarzynki" ;). No cóż, lepiej chyba dla hOPSa i drużyny odgadującej, bo wcześniejsza wersja wydaje się łatwiejsza do pokazania ;). Wydarzenie to miało jeszcze jedną stronę medalu - otóż zachęceni poznanym nowym słowem uczestnicy kalamburów postanowili utworzyć nowy wymiar wyrażenia "Ty palimpseście" i zaczęli się do siebie pieszczotliwie zwracać "Ty nymfoidzki palimpseście" ;). Po pewnym czasie wszelkie formy i odmiany tych słów były używane jeszcze częściej niż znane z wcześniejszego Zjazdu "Pozdrowienia od Jakuzziego" (a propo tego - Dziadek wysłał Beowulfowi niecnego SMSa o treści "Pozdrowienia od Jakuzziego" właśnie. Chciał chyba skubany cytować go podczas nieobecności na Zjeździe, ale że KMF szuka ciągle nowych wyzwań i kultowych tekstów, to ten plagiat się nie przyjął ;). Z kolei Deina otrzymała do odegrania scenę z "Amelii". Wybrała sekwencję, kiedy to Georgette i Joseph uprawiają seks na drzwiach toalety w restauracji, gdzie pracuje główna bohaterka. A więc Deina poprosiła do pomocy Siddę... nie, nie do roli Josepha, a do roli Amelii, która z niepokojem obserwuje podrygujące kieliszki. Kieliszki miał zagrać potrząsany przed Siddę stół, a toaletę - szafa. Niestety Deina aż "za dobrze" weszła w swoją rolę i po chwili nikt nie zwracał uwagi na Siddę - wszyscy po chamsku wpatrywali się w podskakującą szafę i wsłuchiwali w dochodzące z jej wnętrza niepokojące jęki. Beowulf miał akurat pod ręką komórkę z opcją dyktafonu, to nagrał jej pełne emocji okrzyki i puszczał później wszystkim Klubowiczom (ku ogólnemu niezadowoleniu nagranej) naprzemiennie ze słynnym "japcaca" ;). Później ekipa kalamburowa poszła się ukulturalnić do Białego Domu (nazwa restauracji - już druga taka na klubowym Zjeździe, bowiem Biały Dom był również w Rogoźniku ;), a Alieen późnym wieczorem pokazał nam dziwny ruch chodząco-podskakująco-biegnący (do tego bokiem!) i podczas tego dość specyficznego biegu, gdy wszyscy myśleli, że w każdej chwili się wywróci... skubaniec jakimś cudem zachował 100% równowagi :).
Zombie Bucho i żywy trup Alieen Deina i Beowulf Romeck i Kasia (Pazuzu ;)
Tej nocy zawitał do nas przemiły pan w gustownej pidżamce, prosząc donośnie i stanowczo o ściszenie muzyki, bo - cytując - "już trzecią noc walimy" (w odpowiedzi na to ktoś powiedział pod nosem "czwartą..." ;). I tak był to cud, że dopiero wtedy, po tych wszystkich wariackich dniach, wieczorach i nocach, ktoś z ośrodka się oburzył... i najdziwniejsze jest to, że nie był to właściciel, który mieszkał przecież w domku obok nas, heh. Po tej akcji przypomniało nam się zdarzenie sprzed roku, spod krakowskiego klubu "Oko", kiedy to co rusz wychylał się z okna całkiem miły pan równie miło pytając "Mam tam do Was zejśc?" ;). To były czasy... jak wczasy... albo jak adidasy... jutro będę miał zakwasy ;) (cytat zrozumiały tylko dla nielicznych osób, zapoznanych z pewnym komediowym filmikiem). Pośmialiśmy się zatem jeszcze troszkę (ale już po cichu), po czym uciekliśmy spać - bo co złego to nie my ;).


Wtorek

Kalamburów tym razem nie było (hmm), więc ekipa post-kalamburowa ponownie wybrała się na zwiedzanie Białego Domu - tym razem odbył się wiekopomny pojedynek bilardowy Sidda i Romeck vs. Mefisto i Beowulf, który trwał około dwóch godzin, a który także obfitował we wszelkiego rodzaju przestrzelenia, nietrafienia, wybuchy radości oraz momenty niedowierzania (dość wspomnieć, że dwaj panowie przegrali sromotnie 1:4 :). Po powrocie z emocjonującej rozgrywki na wyczerpanych graczy i kibiców czekał... grill ;). Jak już pisaliśmy wcześniej - od wyjazdu wielu osób w niedzielę, Shandor miał wolną chatę i do niego przeniosła się wieczorna impreza ;). Postanowiliśmy zagrać kilka partyjek kultowej już dla KMF gry Mafia. Prowadzący (Alieen i Shandor) wykazali się słabym zmysłem organizacyjnym, ponieważ gracze ciągle gadali, zagłuszali ich i generalnie robili co chcieli ;). Tego wieczora padł także najlepszy argument mafijny w historii tej gry. Jimi ogłosił wszystkim "Zabijmy Deinę, ona dobrze polewa wódkę" - i chyba to była prawda albo Jimi ma taki posłuch w Klubie, bo chwilę później Deina została zabita przez Miasto ;). Także został pobity pewnego rodzaju rekord - jednej nocy Mafia zabiła aż trzech ludzi z Miasta - zginęli bowiem jednocześnie Artemis, Kakapo i Maciek ;). Po grze w Mafię z niewiadomych przyczyn Alieen i Bucho zrobili sobie zdjęcie "na żywe trupy" (sceneria i pora - środek lasu nocą - idealnie temu sprzyjały). I o ile Alieen pod względem braku głowy wypadł perfekcyjnie, tak Bucho schował głowę tak tandetnie, że gdy się spojrzy na zdjęcie to... brakuje słów ;). Jeszcze tej nocy kilka osób postanowiło zagrać w zupełnie nową w szeregach KMF grę, a mowa o Dupie Biskupa (podczas wyrzucania określonych figur karcianych wszyscy muszą pokazać ustalony sygnał). Nie wiemy, jak ta gra wypada na trzeźwo, ale po przeróżnych zaburzaczach umysłu można się dosłownie zaśmiać na śmierć - do dziś nie wiemy dlaczego Jimi na upartego wciąż wstawał, gdy jakakolwiek karta pojawiła się na stole ;). Nie wiemy też po co Alieen i Dobermann założyli sobie podczas gry na głowy czepki z basenu - choć trzeba przyznać, że Dobermann wyglądał wtedy jak prawdziwy, rasowy pirat ;). Nie mając już siły na śmiech (Dupa Biskupa to iście wyczerpująca pod tym względem gra) udaliśmy się na zasłużony spoczynek, gdzieś w głębi z pewnością lekko zasmuceni, bo dnia następnego mieliśmy się pożegnać i rozjechać do domów... (choć Dux i Pati wyjechali juz tego dnia, najwyraźniej mając dość nas i przede wszystkim ciągłego jeżdżenia po zakupy ;).
Pati, Dux i Hunter Shandor, Alieen i Jimi Jakuzzi, Bucho, Maua, Alieen i Jimi
'Nie odjeżdżajcieee!!!' ;)
Dagmara, Fabian i hOPS na masce Dux z kubkiem - w sumie nie wiadomo dlaczego 
w relacji znalazło się to bezsensowne zdjęcie ;) Pirat Dobermann i korsarz Alieen:
Piraci z Karaibów ;)
Środa

Pobudka nastąpiła w deszczu, co utwierdziło wielu w przekonaniu, że jeszcze nie czas na wstawanie, i kilka osób tak porządnie zerwało się z łóżek dopiero po południu, kiedy już czas było wyjeżdżać. Pierwsza pożegnała się ekipa w składzie Jakuzzi, hOPS, Artemis i Bucho, a później to już poleciało z górki... Wszyscy przejeżdżający przez Płock oczywiście musieli wytrwać jeszcze odpowiedni czas w korkach będących chyba już stałym elementem folkloru tego miasta. Środa była zdecydowanie najgorszym dniem klubowego spotkania - tylko dlatego, że była dniem ostatnim... Grabina 2006 z pewnością długo zostanie w pamięci uczestników wakacyjnego Zjazdu KMF. Przede wszystkim była to długa, 5-dniowa impreza (ze sportowo-rekreacyjnymi wstawkami :) i trzeci tak długi Zjazd w historii Klubu (wcześniej Karwia 2004 i Borsuki 2005). Niektórym wydawało się, iż prawdopodobnie ostatnie dni tego spotkania będą się dłużyć... Ale nic podobnego - w takim towarzystwie nuda nie jest mile widziana :). W każdym razie już za jakiś czas znów się spotkamy - choćby na końcu świata. Warto.
Zdjęcie grupowe Od lewej, stoją: Romeck, Artemis, Mefisto, Kelley, Sidda, Michug, Kasia, Dux, Jakuzzi, Pati,
hOPS, Bucho, Jimi, Maua, Karol, Shandor, Fabian, Beowulf, Dagmara, Hunter, Alieen, Adi i Dobermann
Kucają: Vera, Deina, Mati, Kaha i Edyta




RELACJA GOŚCINNA
Przeczytaj relację autorstwa Mefisto
SPORTOWA GALERIA
Obejrzyj sportową galerię KMF
Przeczytaj relację autorstwa Mefisto Obejrzyj sportową galerię KMF



KĄCIK CHARYTATYWNY: REAKTYWACJA
W relacji z poprzedniego Zjazdu ogłosiliśmy komunikat o koniecznej
pomocy dla dwóch chłopców, ale odzew niestety był zerowy...
Jednak jeśli nadal chcesz im pomóc - wyślij SMS-a o treści POMOC
ponownie na numer 4-8-15-16-23-42.
Koszt SMS-a wynosi tym razem 2,12 zł (z VAT).
Wszystkie pieniądze zostaną przekazane na tanie leczenie mózgu.



e-mailAutorzy relacji: Alieen, Artemis, Beowulf, Dux i Shandor
Zdjęcia: Dobermann, Dux, Hunter, Mefisto i Romeck


STRONA GŁÓWNA | SPOTKANIA KMF