ŻYCIE JEST JAK SER (?)...
...czyli jak prawie odwiedziliśmy Wilczy Szaniec :)
Tym razem KMF wylądował na Mazurach. Był to nasz pierwszy Zjazd w tej części Polski, a na miejscowość docelową wybraliśmy Olecko. A przynajmniej wybrał je Karol, bo tam mieszka i obiecywał ten Zjazd od kilku ładnych lat ;). Takim oto sposobem dostaliśmy się do malowniczo położonego ośrodka o dumnie brzmiącej nazwie "Dworek Mazurski". I choć żadnego dworku tam nie było, to w zamian znalazła się plaża, darmowy stół do bilarda, ocienione boisko do siatkówki, miejsce na grilla na "przeklętym" wzgórzu (przeklętym, bo ciężko było tam się wtaszczyć w stanie wskazującym ;) oraz kilka innych atrakcji z sąsiadem-kulturystą na czele ;). Kilka osób wynajęło pokoje w budynku-recepcji (burżuje ;), ale zdecydowana większość ulokowała się w dwóch malowniczo położonych domkach, które później zyskały miana Domu Chleba i Domu Wódki (chyba nie trzeba wyjaśniać, jakie zakupy przechowywane były w poszczególnych domkach...). Jedynym w zasadzie minusem tych przybytków był brak lodówek, a przynajmniej brak działających lodówek, bo jakieś graty tam w sumie stały.
|
 |
|
 |
|
To był najmniejszy Zjazd KMF-u na przestrzeni kilku ostatnich lat, ale nie przeszkodziło nam to dobrze się na nim bawić, jak zwykle w atmosferze mniej lub bardziej poważnych rozmów i szeroko rozumianego absurdu. Na zjeździe świętowaliśmy również 8. urodziny Klubu Miłośników Filmu ("hurra!, wiwat!, za rok komunia" ;), choć Dux stwierdził, że pasowałoby wreszcie zamknąć ten kramik i dać sobie spokój z takimi głupotami ;). Ale prawdziwymi gwiazdami Zjazdu okazało się małżeństwo Dobków - Kaha dlatego, że nosi w sobie pierwszego potomka, a Dobermann dlatego, że, cytując kogoś: "Tak słodko się nią zajmował i gdyby mógł, to by sam to dziecko chwilę ponosił w sobie" ;). Jeszcze raz wielkie gratulacje dla nich! Warto nadmienić, że wybraliśmy Olecko również z powodów turystycznych. Karol zachwalał, że jego ukochana miejscowość znajduje się niedaleko Wilczego Szańca (jasne, 150 km...), więc oczywiście mieliśmy w planach któregoś dnia tam pojechać. Były również plany paintballowe, szczególnie że według cennika usług można było wynająć quada (sic!), a dla fanów serii o Johnie Rambo znalazła się opcja strzelania z łuku (double sic! Choć do dziś nie wiemy jakby wyglądało strzelanie z łuku kulkami paintballowymi ;). W każdym razie były to dla nas wszystkich kolejne niezapomniane chwile, na które warto było się udać na kraniec świata (no dobra, Polski...). A zaczęło się wyjątkowo niemrawo...
Piątek
Okazało się, że tak się zbieraliśmy do Zjazdu, iż oprócz tego, że był jednym z najmniej licznych w naszej ośmioletniej historii, to w pierwszy dzień nie wszyscy mogli dojechać i skończyło się jedynie na dziesięciu osobach. Niemniej jednak poczyniliśmy odpowiednie zakupy i zaczęliśmy się powoli wczuwać w atmosferę zjazdową. Wcześniej jednak postanowiliśmy zlustrować sąsiadów. Okazało się, że domek obok mieszka jakaś rodzina, ale zaraz niedaleko zainstalowała się również kolonia, więc mieliśmy nadzieję, że będą robić wystarczająco dużo hałasu, abyśmy spokojnie mogli robić swój ;). Niestety, mieli chyba dosyć surowe reguły dotyczące ciszy nocnej, bo to na nas następnego dnia oczywiście poleciały bluzgi, że byliśmy za głośno. No cóż, nie czujemy się winni ;). Jednak zanim zostaliśmy oskarżeni, nastąpiło typowe przywitanie starych znajomych, którzy nie widzieli się całe lata (czytaj: od majowego wypoczynku w Budach Grabskich ;). Czyli rozmowy o polityce, globalnym ociepleniu, Unii Europejskiej itd. Po tych pięciu strasznych minutach wszystko wróciło do porządku i zaczął się prawdziwy Zjazd. Pierwszy wieczór spędziliśmy w miłej, przyjaznej atmosferze (choć ktoś proponował zrobić rekonstrukcję jednej z ostatnich scen "Pachnidła" ;), a że podróż na Mazury była dla wielu całodniową wyprawą, to część ekipy poszła sprawdzić co tam słychać u Morfeusza. Kiedy większość już smacznie spała, kilku odważnych wybrało się w sentymentalną podróż po rockowych bezdrożach. A wyglądało to tak, że DesJudi, Phonik, Shandor, Vincent i Beowulf wpakowali się do samochodu Desa (ciągle na francuskich numerach ;) i przez kilka godzin, przy akompaniamencie gniecionych puszek po piwie puszczali sobie rockowe hiciory, dyskutując o wszystkim ile wlezie (o przyszłości KMF-u również, żeby nie było...). Ale impreza ;).
Kiedy panowie wrócili do domków okazało się, że jednak nie wszyscy spali - Karol np. ostro oglądał jakieś filmy na laptopie, a kilka osób przebudziło się, by leniwie dyskutować w jednym z pokoi Domu Wódki. Z ciekawszych spraw warto wymienić szaleńczy pomysł Desa, który chciał, aby wszyscy Zjazdowicze wspólnie napisali recenzję jakiegoś filmu. Miało to polegać na tym, że laptop chodzi w kółeczko i każdy dopisuje 2-3 zdania od siebie, oczywiście wcześniej czytając całość. Zamysł chwalebny, ale nie o drugiej rano, tak więc Desjudi sam zaczął coś tam sobie pisać, podczas gdy my korzystaliśmy z uroków Domu Wódki. Po godzinie okazało się, że tak naprawdę nikt nie idzie spać, bo wszyscy czekają na mających dojechać w nocy Duxa z Pati oraz Huntera z Alieenem. Podobno chcieliśmy im zgotować oficjalne powitanie chlebem i solą (lub chlebem i wódką, jak ktoś słusznie zauważył...). Jednak kiedy koło czwartej rano zniecierpliwiony Beowulf zadzwonił do Alieena, aby spytać się "ile jeszcze mamy na was cholera czekać?", usłyszał w odpowiedzi: "nie czekajcie, stoimy na jakimś parkingu, bo Dux śpi. Jest cholernie zimno..." ;) I w ten sposób zakończył się dla nas piątkowy dzień...
Sobota
A sobotni zaczął się niedługo potem. Gdzieś między szóstą, a siódmą rano nasi podróżnicy wreszcie dojechali - Dux z Pati poszli od razu spać, natomiast Alieen z Hunterem postanowili, że postąpią jak każą dobre obyczaje i zaczęli łazić po pokojach i witać się z mieszkańcami domków. Wszyscy przywitaliśmy ich tak radośnie, z taką werwą i afirmacją życia, że w efekcie sami bardzo szybko poszli spać. Najlepiej zapamiętał ich Phonik, który zaraz gdy panowie się obudzili (gdzieś koło południa) poszedł się z nimi przywitać ;). Wstawanie z łóżek było niezbyt zawiłe i zdecydowanie szablonowe, czyli wakacyjne lenistwo vol.1 ;). Kiedy już jakoś się pozbieraliśmy, okazało się, że niedługo pasowałoby jechać na jakiś obiad... Jednakże, jeszcze przed wyjazdem zatopiliśmy się we wszelkiego rodzaju rozmowach (o przyszłości KMF-u również, żeby nie było...), a zaraz po południu zaczęły się owacje. Najpierw przykuśtykał Dux z Pati. Nasz redaktor naczelny ciągle dochodzi do siebie po niedawnej operacji, ale tryskał humorem przez prawie cały czas Zjazdu - niemniej, trochę się irytował, kiedy co chwila ktoś mu zabierał kule i udawał Robocopa (choć prawda jest taka, że jak ktoś wziął jego kule do ręki, to bardziej wyglądał na człowieka chorego, niż jakąś postać z filmu ;). W każdym razie, kiedy kule Duxa spowszedniały pojawili się Kaha i Dobermann - tu dopiero były wybuchy radości i obściskiwania, a Hunter z miejsca się zapytał czy jak Kaha jest w ciąży, to czy będą płacić za 3 osoby ;). Na obiad wszyscy wybraliśmy się na wychwalaną przez Karola i jego brata Kubę pizzę do pubu "Żubr" (zaraz za rogiem jego domu!). I trzeba przyznać, że pizza była dobra, ale największą radość sprawił nam - tak, tak! - stół bilardowy :).
|
 |
|
Po zrobieniu zakupów wróciliśmy do naszego obozowiska, by zastać otwarte okno w jednym z domków (to podobno wina Huntera, lecz sam oskarżony się od tego odżegnuje), co pozwoliło kilku osobom wczuć się w Komando Morsy i dokonać abordażu na domek. Jeszcze ciekawsze było to, że domek obok jacyś panowie rozstawiali własną mobilną siłownię, którą przywieźli sobie na wakacje swoim vanem ;). Hitem dnia okazała się przywieziona przez Vincenta planszowa gra RPG "Magia i Miecz". Kilka osób z miejsca podchwyciło nostalgiczne klimaty z dzieciństwa i zagłębiło się w magiczne lądy pełne makabrycznych potworów (gnilec - sic!), fantastycznych przygód i ciągłego ocierania się o śmierć. I tak Klubowicze przemienili się w złych magów, szarmanckich rycerzy, dzielnych górali, szkaradnych nekromancerów, czy brzdąkających minstreli, a Dziadek, który w pewnym momencie zastąpił Kahę zyskał dzięki swojej postaci nowy pseudonim klubowy - Niziołek Waligrucha (ROTFL) Gra trwała z przerwami aż do niedzieli i tak ciężko było Klubowiczów od niej oderwać, że nawet obietnica zabawy kulami Duxa nic nie zdziałała. Wisienką na sobotnim torcie był Kwiz Wiedzy Klubowej "Palimpsest", który organizowała po raz kolejny niestrudzona Deina. Tym razem w roli jej przydupasa wystąpił Kaszpir, który po problemach z ksywkami na ostatnim zjeździe, wkuwał je na pamięć kilka godzin wcześniej ;). Poszło mu chyba całkiem nieźle, bo na nikogo już nie wskazywał "ten w paski". :). Kwiz wygrał po raz kolejny Alieen (9 pkt.), choć tym razem po piętach deptali mu Beowulf (8 pkt.) i Jakuzzi (6 pkt.). Drużynowo wygrały "Kutafoniki" (w wersji Kaszpira "QTA-Phoniki" :), choć "Kurczaki Nieskończoności w Domu Chleba" (ze Zjazdu na Zjazd te nazwy są coraz durniejsze ;) stwierdziły na końcu, że są moralnymi zwycięzcami. Po kwizie zarówno wygrani, jak i mniej wygrani (KMF jest od jakiegoś czasu poprawny politycznie) stwierdzili, że czas zachlać się w trupa i obić komuś mordy - zaczęły się więc przygotowania do grilla na przeklętym wzgórzu ;). Dziadek starał się nawet naśladować skowyt wilczycy, ale nie za bardzo mu to wychodziło i szybko zakończył koncert (jak się później okazało, nasz szanowny kolega za młodu udzielał się w męskim chórze - stąd takie ciągoty, które mu nie przechodziły do końca Zjazdu. Ale cicho, obiecaliśmy go nie wydać, ROTFL).
|
 |
|
 |
|
Gdzieś nad ranem Alieen próbował reaktywować powstałą niedawno zjazdową tradycję przebierania się we wszystko, co jest pod ręką, ale tym razem nie było aż tak wielkiego odzewu, choć Jakuzzi i Beowulf starali się pod jego wybryki nieśmiało podłączać ;). Największą atrakcją okazała się głowa Skelleton Jacka ("The Nightmare Before Christmas"), którą Alieen przywiózł ze sobą.
Niedziela
...czyli wakacyjne lenistwo vol. 2. Poranna integracja przebiegała pomyślnie (czytaj: leniwie i... leniwie), ale każdy czekał na niedzielną górę lodową, czyli Duxowy Tytaniczny Quiz Muzyczny, który nasz redaktor naczelny zachwalał na liście mailingowej od ponad dwóch miesięcy ;). Lecz zanim nastąpiła ta wiekopomna chwila (czytać z akcentem Pawlaka ;), Beowulf zrobił przed południem przedsmak wieczornego wysiłku intelektualnego i tak kilka osób wzięło udział w Aluminiowym Quizie Muzycznym a.k.a. Celofanowej Popierdółce Audio. Nie wiadomo kto dokładnie wygrał, ale przez jakieś pół godziny wystarczyło to, aby zająć czymś niesfornych Klubowiczów.
Tak długo się zbieraliśmy do wyjazdu na obiad, że wystarczyło czasu, by doszło do kilku absurdalnych sytuacji. I tak DesJudi z Alieenem biegali za wystraszoną Verą z żabą w ręku, krzycząc, że może to jakiś książę ;). Albo podczas dyskusji na temat operacji Duxa (polegającej na zastąpieniu biodra tytanową endoprotezą - przyp. red.) ktoś stwierdził, że Dux jest teraz jak Transformer i może się zamieniać w różne metalowe rzeczy. Dux na to, że chętnie zmieniłby się w amerykański śmigłowiec bojowy. Alieen jednak szybko sprowadził go na ziemię, stwierdzając, że na początek może się zmienić co najwyżej w śmietnik ;). Niestety niedługo musieliśmy rozstać się z pierwszym klubowiczem. I choć DesJudi nas szybko opuścił, to wieczorem na jego miejsce przyjechał Kelley, tak więc chociaż stan liczebny się nie zmienił...
Po powrocie z obiadu ekipa podzieliła się na grupy bilardową, siestową, magiomieczową i plażową. Przy okazji tej pierwszej warto wspomnieć, że Phonik dostał nową ksywkę - Księgowy Mafii. Od kilku dni z niesamowitym poświęceniem i regularnością wystawiał wszystkim faktury i rachunki za wszelkie usługi konsumenckie, a wśród Klubowiczów rozeszła się plota, że jest na usługach rodziny Corleone ;).
|
 |
|
I nastąpił TEN moment - Żelazny... eee... Metaliczny... eee... Tytaniczny Quiz Muzyczny Duxa. Szefa wspierała Pati, która wystąpiła w roli jego asystentki do podliczania punktów (czyli to w jej kierunku należało się ładnie uśmiechać, aby wygrać jakąś fajną nagrodę ;). Drużyny były dwie - Stereo-Phoniki i... drugiej nazwy nikt nie pamięta - prawdopodobnie dlatego, że była wyjątkowo durna ;). Wygrały Stereo-Phoniki (drużyna Alieena) miażdżąc drużynę przeciwną wynikiem 188:182, a zwycięzcą indywidualnym okazał się sam Alieen (padł nawet pomysł żeby na następnym kwizie opóźnić jego refleks młotkiem), który wygrał DVD z pierwszymi sześcioma odcinkami serialu anime "Samurai Champloo", nad którym KMF objął patronat medialny. Brawa dla Obceego! W ogóle to ten quiz obfitował w nagrody, bo aż za pierwsze dziesięć miejsc można było coś dostać. A były to różne rzeczy: czapeczki, kubki, długopisy, figurka z filmu "Hellraiser", książka o Jeanie Reno. Ale i tak według wszystkich (nawet Alieen coś przebąkiwał) najlepszą nagrodę otrzymał Vincent, który za zajęcie 10 miejsca dostał plastikowy miecz świetlny na baterię. A że w tej zabawce przewidziano również audio, to później co chwila słychać było metaliczne brzęki i widać było Vincenta rozprawiającego się z drzewem - Vaderem (ale tandeta ;). Jeszcze co do quizu, okazał się on nadzwyczaj trudny (i długi, ale nikt tego Duxowi nie wypomniał, bo KMF staje się poprawny politycznie...). Niemniej, w ciągu tych kilku godzin spędzonych na intelektualnych strzałach w stylu "Król Lew", gdy leciała muzyka elektroniczna, mieliśmy niesamowity ubaw (znajomi Karola tak wspaniale się z nami bawili, że poszli rozpalać ognisko ;) i rozgrzaliśmy się do późniejszych potańcówek i tańców deszczu przy, nad i koło ogniska. Jeszcze raz wracając do quizu, bardzo ciekawe i generujące wiele śmiechu okazały się podpowiedzi i lakoniczne docinki samego szefa. A były one niesamowicie podchwytliwe. Z ciekawszych wtop wymienić należy odpowiedź Kahy na motyw z "Ucieczki z L.A.". Kaha zgadła trafnie, że kompozytorem muzyki był Carpenter. Dux na to grobowym głosem: "Carpenter i kto?" (bo dwóch ludzi robiło muzykę do tego filmu). Na co Kaha: "Carpenter i John!" (ROTFL).
|
 |
|
 |
|
Po quizie nastąpiło oczywiste rozprężenie, całe to napięcie oczekiwania opadło i mogliśmy spokojnie zagłębić się w rozpalanie ogniska i picie napojów wyskokowych (a Kelley piwa ;).
Absurdalnych dyskusji było mnóstwo, ale jedna przebiła całą resztę. Otóż Dziadek zaczął się kłócić z Kelleyem i Hunterem, czy zaciemnienie Księżyca jest jedynie odbiciem tarczy Słońca, czy... a zresztą kogo to obchodzi ;). Warto jedynie dodać, że co jakiś czas przechodzące obok nich osoby dodawały oliwy do ognia swoimi nieco odmiennymi wyjaśnieniami owego zjawiska, np. Alieen stwierdził, że zaćmienie Księżyca zachodzi wtedy, gdy między Ziemią a Księżycem znajdzie się jakaś planeta (ROTFL).
Poniedziałek
W poniedziałek obiecaliśmy sobie, że już na pewno pojedziemy do Wilczego Szańca i wybierzemy się na tego paintballa, bo przez weekend kompletnie o tym zapomnieliśmy. Jak nietrudno było przewidzieć skończyło się na siedzeniu na plaży oraz nie robieniu niczego. Choć nie, była jedna atrakcja - obiad w pizzerii "Prive" (dalej zastanawiamy się, co ta nazwa ma oznaczać...). Choć niektórzy narzekali na zbyt powolną i jakby rozkojarzoną obsługę, to większość miała niezły ubaw z kłótni Karola z bratem (ktoś naliczył im 7:7 w ciętych ripostach) oraz nowego telefonu Kelleya z funkcją blackberry ;). Również w tym samym momencie Dux w czas zorientował się, że trzeba zrobić zdjęcie grupowe, i tak Shandor, Deina, Bocian i Kaszpir zdążyli już się ulotnić ;). Największą niespodzianką poniedziałku okazała się być jednak rozmowa o pieniądzach, czyli rozliczanie za domki (cóż za refleks ;). Trwała ona, bez żadnej przesady, około godziny. Podczas niej kilkoro Klubowiczów stało w kółeczku na parkingu i kłóciło się o to kto dał, kto nie dał, kto ile dał, kto dał za mało, kto za dużo, kto musi komu oddać, kto dał w kopercie, a kto poprzez uścisk dłoni itd. Z perspektywy przechodnia musieliśmy wyglądać jak jakaś sekta dyskutująca o obrządkach inauguracyjnych ;). Każdy miał mocne argumenty, ale po jakimś czasie nawet organizator Zjazdu - Karol - nie wytrzymał, kucnął sobie i zaczął się kołysać w takt padających bluzgów (wyglądał na typowy przykład choroby sierocej ;). W pewnym momencie zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie postawić obok niego metalowej puszki z napisem "ZBIERAM NA CHLEB" (ROTFL). Minęło około 40 minut, lecz kłótnie nie ustawały (choć kłócili się już tylko Alieen z Dobkiem i siedzącym między nimi Karolem) i wtedy właśnie Hunter przypomniał sobie, że przecież sam jeszcze nie zapłacił ;). Ciężko opisać wyrazy konsternacji i późniejszej nienawiści, jakie odmalowały się na niektórych twarzach, ale warto dodać, że dzięki "dotacji" Huntera okazało się, że ostatecznie mamy za dużo pieniędzy ;). Taki to właśnie KMF - stać nas na wszystko...
|
 |
|
 |
|
Potem poszliśmy wreszcie na plażę. Tam nastało oczywiście błogie lenistwo (choć zagadki również i tam zawitały), odbył się obowiązkowy mecz pokera ("Hold'em! Hold'em!"),ale również kilku Klubowiczów poszło się kapać, a kilku sprawdzić swoją kondycję przy meczu siatkówki plażowej. Długo się jednak nie nagrali, bo w połowie pierwszego seta okazało się, że siatka jest prywatna, a właścicielom plaża się już znudziła i chcieli iść do domu... Kiedy nasi sportowcy wracali do reszty, Jakuzzi stwierdził, że skądś zna grupkę ludzi stojących niedaleko. Nie wiedział jednak skąd... Później okazało się, że był to zespół Lady Pank, który jak nam Karol wyjaśnił często odwiedza Olecko, bo ktoś tam z nich się urodził. No nic, pozdrawiamy!
|
 |
|
Wieczorem nastąpił chwilowy rozłam na dwa obozy: miłośników grilla przy domkach, gdzie Hunter odpalał grill metodą: "rozżarzanie węglika za węglikiem nad świeczką" i fanów ogniska na przeklętym wzgórzu ;). Jednakże, koniec końców, wszyscy w pewnym momencie skończyli przy ognisku, piekąc kiełbaski, popijając płyny wyskokowe, wymyślając zagadki filmowe i rozmawiając o mniej lub bardziej poważnych rzeczach. W związku z tym, że to dla wielu osób była ostatnia noc, nastrój miejscami stawał się sentymentalny. Np. przy zagadkach Kelley z rozmarzoną miną stwierdził, że gdy zaczynali się w to bawić kilka lat temu (tu ktoś strzelił - "przed którą wojną?" ;), to nikt nie przypuszczał, że powstanie z tego nowa świecka klubowa tradycja. Ta nostalgia wyraźnie udzieliła się reszcie, bo poniedziałkowe zagadki były jakieś inne, choć ciężko to opisać słowami. Najlepszym przykładem może chyba być pytanie "w jakim filmie ktoś miał genitalia w nietypowym miejscu?", na co Dziadek (tak, tak, pamiętamy, że to Ty ;) bez namysłu strzelił "W Głębokim Gardle" - wszyscy biednego Dziadka wyśmialiśmy, a ktoś konkretnie dodał "ale przecież to typowe miejsce" (ROTFL). W każdym razie odpowiedzią na to pytanie byli "Faceci w czerni", heh.
Wtorek
Dla niektórych z nas, to ostatni dzień Zjazdu okazał się, jeśli nie najlepszym, to z pewnością najaktywniej spędzonym i wyładowanym po brzegi atrakcjami. Otóż Karol przez cały Zjazd zapraszał nas wszystkich na wieczornego grilla do niego na działkę nad jezioro. Karol reklamował swoje włości w następujący sposób: "Jest domek, grill, łódka i rowerek wodny". Taka reklama średnio nas zachęcała do pojechania na działkę oddaloną 10 km od miejsca Zjazdu. Tym bardziej, że pod nosem mieliśmy i grill, i jezioro, i łódki, na które i tak nikt nie kwapił się wsiadać. No i co z kierowcami? Po kolacji u Karola trzeba wrócić do ośrodka, zatem nawet małe piwko nie wchodziło w grę, bo po alkoholu nie prowadzimy, chyba że quizy muzyczne. Ale dnia ostatniego, gdy na placu boju pozostała już tylko garstka osób (Alieen, Dobermann, Dux, Hunter, Kaha, Karol, Pati) daliśmy się Karolowi przekonać i udaliśmy się na obiad do jego domku nad jeziorem. Przedtem pożegnaliśmy resztę, w tym Kelleya i Verę, którzy nagle wpadli na pomysł szaleńczego rajdu dokoła jeziora, czym opóźnili nasz wyjazd do Karola o dobrą godzinę, oraz odwieźliśmy Vincenta na stację. Na miejscu u Karola okazało się, że skromnie "reklamowany" przez niego "domek, grill, łódka i rowerek" to w rzeczywistości wielki dom nad jeziorem (wyposażony w saunę na 8 osób), specjalistyczny i w pełni profesjonalny grill, przystań z małym domkiem nad jeziorem, łódką, rowerem wodnym na 10 osób i motorówką zacumowaną kilka metrów od brzegu. Oto pierwszy przypadek, gdzie nędzny slogan okazał się reklamować znakomity produkt ;).
|
 |
|
 |
|
Zanim przeszliśmy do korzystania z atrakcji, mama Karola (pozdrowienia) ugościła nas iście po królewsku obiadem, napojami, deserami itd. a bracia Karola (Szymon i Kuba) uraczyli nas genialnym jak na ich wiek poczuciem humoru i pociesznymi kłótniami z Karolem. Ten opowiedział nam, jak to jego bracia za nim tęsknią gdy wyjeżdża na tydzień do Warszawy. Najpierw do niego dzwonią, esemesują, martwią się, tęsknią... a gdy w piątek wraca do domu, to mówią mu "cześć", po czym idą do kolegi (ROTFL). Gdy już się najedliśmy i założyliśmy kapoki, Pati poszła na górę się przebrać. Nagle nad głową Dux usłyszał jej głos i spojrzał w górę, gdzie zobaczył przewieszoną przez barierkę skórę z dzika. Reakcja była oczywista: "Pati, co Ci się stało!?". Oczywiście po chwili zorientował się, że Pati stoi na balkonie 5 metrów obok ;). Później zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie na pomoście nad jeziorem i wyruszyliśmy na jezioro na łódce (Dux i Pati) i rowerkiem wodnym (reszta ;). Jak już znudziło się nam pływanie w pojazdach, zaczęliśmy pływać wpław. Ekipa z rowerka wykonywała szaleńcze skoki do wody, a ekipa z łódki po odstawieniu jej na brzeg... dołączyła po chwili do nich. W końcu zaczął padać deszcz i zrobiło się chłodniej, co nie przeszkodziło niektórym w kontynuowaniu kąpieli. I wtedy skorzystaliśmy z sauny. Zamiast standardowego po saunie zimnego prysznica, udawaliśmy się szybkim krokiem wprost do jeziora - czad! Później obejrzeliśmy pokój braci Karola, który według Karola "na zimę jest cały opróżniany, żeby złodzieje nic nie ukradli", na co Kuba szybko zareagował: "No co Ty! Tylko telewizor zestawiamy z półki na podłogę". I tak bracia poprawiali go na każdym kroku ;). Na koniec pobytu u Karola zostaliśmy uraczeni kiełbaskami z grilla, posłuchaliśmy Dżemu z CD i o 20:00 udaliśmy się w drogę powrotną do domów. Wielkie dzięki dla Karola, jego mamy i braci za naprawdę bombowo spędzony dzień!
|
 |
|
 |
|
Tak minął kolejny już Zjazd KMF-u. Tym razem nie zapraszaliśmy już Gerarda Butlera w obawie, że znowu mu się włączy slow-motion i utknie gdzieś w lesie, albo co gorsza utopi się w jeziorze. Był natomiast pomysł, aby ze względu na symbolikę numeryczną tego Zjazdu postarać się o Jima Carreya, który mógłby przeprowadzić wykład o przeznaczeniu. Jednak okazało się, że to 24. a nie 23. spotkanie KMF, więc pomysł z zaproszeniem pal licho strzelił ;). W każdym razie, to był kolejny bardzo udanie spędzony czas w KMF-owym gronie. Oby do następnego! Oby do pełnoletniości! ;)
P.S. Jako że Bocian mało pojawia się w tej relacji, warto nadmienić dlaczego tak się stało. Otóż nasz przesympatyczny kolega tak efektywnie się bawił, że chodził bardzo wcześnie spać i omijały go najlepsze momenty (ROTFL).
Od lewej stoją: Dux, Pati, Vincent Vega, Karol, Jakuzzi, Beowulf, Vera, Hunter, Alieen, Dobermann i Kaha
Kucają: Kelley, Phonik i Dziadek
 | | Autorzy relacji: Beowulf & Dux
Zdjęcia: Doberman, Dux, Hunter i inni
|
STRONA GŁÓWNA
|
SPOTKANIA KMF