Pomrów Wielki vs. Dywan z Cepelii
Poprzedni zjazd KMF miał miejsce aż ponad rok temu. To pierwszy taki przypadek w historii naszego klubu, że przerwa międzyzjazdowa była tak długa. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Stęsknieni klubowicze stawili się na rocznicowym zjeździe KMF w Sandomierzu (w dniach 15-19 lipca 2009) w ilości 23 sztuk (Adi, Alieen, Artemis, Bocian, Beowulf, Bucho, Ciuniek, Dejna, Desjudi, Dobermann, Dux, Fidel, Hunter, Jakuzzi, Jimi, Maua, Kaha, Kelley, Pati, Phonik, Piwon, Tomashec, Traku). Hotel Królowej Jadwigi, w którym miał miejsce 27. już zjazd naszego klubu, gościł również zaproszonych przez nas stałych współpracowników (Dr_Bakier, Mefisto, Military ze swoją piękniejszą połówką) oraz byłych klubowiczów (Romeck, Vera) i przyjaciół klubu (małżonka Tomashca i ich syn Robert, a także romeckowa Kasia, i koleżanki Pati: Anka, Kaśka i Monika).
Na miejsce zjazdu rocznicowego KMF wybraliśmy Sandomierz, aby móc kontynuować tradycję zapoczątkowaną na Słowacji i spędzać czas nie tylko na staniu i siedzeniu, ale też na zwiedzaniu różnych fajnych dziur w ziemi, ruin i skamielin.
Środa
Na miejscu zjazdu pierwsi pojawili się Pati, Dux i Vigo, którzy 100 metrów od pensjonatu zostali przez proboszcza pobliskiej parafii powitani stłuczką. Chcieliśmy w tym miejscu pozdrowić sprawcę i jeszcze raz z całego serca podziękować za zrobienie nam w tylnym zderzaku efektownej dziury - od dawna przymierzaliśmy się do stuningowania auta, a tu całkiem nieoczekiwanie i za darmo taki bajer. Standardowo, pierwszy dzień upłynął na przyjazdach, meldunkach i wprowadzaniu się do pokoi i standardowo już nie będziemy pisać kto kiedy przyjechał. Wieczorem zjedliśmy w hotelowej kuchni pyszne ruskie pierogi i do późna siedzieliśmy na dworze, rozmawiając - jak zwykle - na miliard tematów. Warto w tym miejscu nadmienić, że przez cały zjazd mieliśmy GE-NIAL-NĄ pogodę, non-stop ponad 60 stopni w cieniu i 360 w słońcu. Mieliśmy też co wieczór takie ataki komarów, że np. po jednej nocy nogi Artemis wyglądały jak ostrzelane z karabinu maszynowego. Dowiedzieliśmy się, że właściciele pensjonatu codziennie pryskają ośrodek jakimś środkiem na komary. Po kilku dniach, gdy komary wciąż nie dawały nam żyć, ktoś stwierdził, że pewnie się przesłyszeliśmy i było pryskane na homary. Zgadzałoby się, bo żadnego homara nie widzieliśmy.
|
 |
|
 |
|
Czwartek
Mieliśmy wykupione śniadania, które spożywaliśmy w godzinach 9:30-10:00, dzięki czemu codziennie wszyscy wstawali szybko, sprawnie i na czas, albo nie dostawali jeść. Do dyspozycji mieliśmy własną jadalnię z wielkim stołem, ciężkimi drewnianymi krzesłami i wystrojem, na który składało się mnóstwo wiejskich gadżetów, kwiatów suszonych, obrazów i figurka znanego watykańskiego machacza (to ten statysta, który w "Aniołach i demonach" machał z tłumu wprost do kamery). Pod koniec śniadania, gdy na sali było dość cicho, bo wszyscy w skupieniu kończyli przeżuwać śniadanie, Dejna wstała od stołu i w tej ciszy z wielkim hukiem wywaliła na jakieś graty ciężkie krzesło na którym przed chwilą siedziała. Podniosła je szybko, że niby nic się nie stało i dynamicznie ruszyła do wyjścia - jednak KMF nie śpi i od razu wyobraziliśmy sobie, że Dejna wychodzi, a wszystko obok czego przechodzi zawala się, urywa, spada i przewraca jak domino, a po jej wyjściu otwór drzwiowy zatyka wielka kamienna kula. Zanim wybraliśmy się na zwiedzanie miasta, rozmawialiśmy jeszcze chwilę o bardzo znanym polskim horrorze "Pora roku" (ktoś zgubił M), na co Fidel zapytał nagle:
"A jaki to ma tytuł oryginalny?".
Na rynku Sandomierza obejrzeliśmy słynną kotwicę z łańcuchem przypiętym do nieba. Według miejscowej legendy to "sznurek z nieba go trzyma". Dux wskazał Jakuzziemu masywne spawy, które sprawiały, że łańcuch stał pionowo, na co Jakuzzi stanowczo zaprzeczył:
"Nie, to sznurek z nieba!". Nieoczekiwanie do naszej grupy dołączył starszy pan, który przedstawił się jako przewodnik, szybko przypiął identyfikator, zapytał się czy aby przypadkiem nie jesteśmy grupą Żydów (wyjaśnienie za chwilę) i zanim się obejrzeliśmy oprowadzał nas po Sandomierzu. Pan Zbych - jak roboczo nazwaliśmy naszego przewodnika - opowieści o Sandomierzu co chwila przeplatał wątkami ze swojego życia i osobistymi przemyśleniami na temat otaczającej nas rzeczywistości. Kiedy opowiadał o kamienicach pożalił się, że sam musi mieszkać w bloku i co rusz najeżdżał na Żydów, którzy:
"przyjeżdżają do Sandomierza, ja ich oprowadzam, a oni mi nie płacą i zawożą pieniądze do siebie". Gdy Pan Zbych opowiadał o miejscowym liceum, powiedział z pewnością w głosie:
"W tym roku wszyscy tu zaliczyli maturę, nie to co u Was!". Podczas wycieczki powstały na temat Pana Zbycha rozmaite teorie, a to, że jest wirtuozem słowa, a to, że budował Czarnobyl, a to, że:
"co zrobimy jak Pan Zbych się stłucze?" (ten pomysł padł, gdy P. Zbych opowiadał o wyrobie szkła). Z Panem Zbychem zwiedziliśmy m.in. muzeum, w którym widzieliśmy starożytny, zdobiony pendrive oraz ręcznie pisane, starożytne blogi w formie małych książeczek. Oglądaliśmy też obrazy, na których postaci namalowane były w taki sposób, że ich wzrok podążał za obserwatorem. Niektórzy tak mocno się w te obrazy wpatrywali, aż zobaczyli żaglowiec.
Gdy już wycieczka "śladami Pana Zbycha" dobiegła końca, poszliśmy na pobliski plan filmowy, na którym kręcono "Ojca Mateusza" (widzieliśmy Żmijewskiego w sutannie), scenę, w której dwie średniej urody dziewczyny idą ulicą, a po drugiej stronie stoi Ojciec Mateusz, a jego gruby kolega schyla się po coś (może po mydło?). I tak z 50 razy to kręcili, w 50-stopniowym upale (na marginesie: gdy ktoś stoi na upale, to się opali czy upali?). Gdy Piwon zobaczył kto reżyseruje tę scenę, pociesznie zachwycał się pewnym fenomenem:
"W życiu bym nie przypuszczał, że gość z Camera Cafe będzie reżyserował Ojca Mateusza" - jakby to był co najmniej Spielberg, który nieoczekiwanie przyjechał do Polski kręcić serial o księdzu.
Następnie udaliśmy się coś zjeść do miejscowej knajpki ulokowanej na rynku, gdzie Bucho zamówił sobie sałatkę i
"to samo dla partnera" - ku konsternacji kelnera wskazując na Jakuzziego. Podczas obiadu rozmawialiśmy o prawniczym wykształceniu partnera Bucho, aż w końcu ktoś zarzucił, że gdy Jakuzzi będzie kiedyś w sądzie kogoś bronił albo oskarżał, ciągle będzie krzyczał
"sprzeciw!". Jak strona przeciwna będzie chciała zadać świadkowi pytanie, Jakuzzi krzyknie
"sprzeciw!", jak sędzia powie:
"Otwieram sprawę", Jakuzzi krzyknie
"sprzeciw!", jak sędzia odda głos Jakuzziemu, ten walnie gumowym piszczącym młotkiem w stół i ryknie:
"sprzeciw!".
Podczas gdy wszyscy zamówili sobie zestawy obiadowe, Piwon chciał być sprytniejszy od reszty, postanowił zjeść coś na szybko i zamówił sobie tzw. fastfooda w postaci hamburgera. Nie dość, że dostał go na samym końcu, gdy pozostali dłubali już sobie w zębach wykałaczkami, to bułka z jego hamburgera pochodziła chyba ze średniowiecza, taka była twarda. Piwon zjadł hamburgera do połowy, po czym nie czekając na kelnera... poszedł za niego zapłacić, by - jak nam później tłumaczył - móc jak najszybciej o nim zapomnieć. My jednak nie daliśmy za wygraną i jak pan kelner przyszedł, pokazaliśmy mu średniowieczną bułkę i zażądaliśmy satysfakcji. Kelner na to odrzekł, że nie trzeba będzie za tego hamburgera zapłacić, na co my, że już kolega nasz zapłacił, na co on, że odejmie 5 złotych od któregoś z pozostałych dań, na co my, że zgoda (zdanie w całości sponsorowane przez "Wojnę polsko-ruską"). Pogratulowaliśmy Piwonowi, że zjadł średniowiecznego hamburgera za darmo, choć tak naprawdę nikt mu 5 zł nie oddał, w dodatku na koniec Hunter dał kelnerowi 5 zł napiwku za profesjonalne załatwienie sprawy i w sumie nie wiem po co nam było całe to zamieszanie, skoro ostatecznie i tak wyszliśmy na zero albo i na minus 5.
Po obiedzie zwiedziliśmy lokalne podziemne lochy (nie, nie chodzi o świnie żyjące pod ziemią), gdzie Kaha omyłkowo stwierdziła, że
"jesteśmy teraz nad rynkiem" i poszliśmy do lokalnego sklepu mięsnego, gdzie Piwon zabił wszystkich nietuzinkową rozmową ze sprzedawczynią:
- Czy jest jakieś mięso na grill?
- Nie ma.
- Przecież tam leży kiełbasa...
- Kiełbasa to nie mięso.
- W takim razie poproszę kawałek.
- Ile?
- Pani poda, to zaznaczę.
|
Po czym pani położyła długie pęto kiełbasy przed Piwonem, a on przeciągając po niej
(po kiełbasie, nie po pani) palcem wskazującym, pokazał ile chce.
- I tego loda.
Zakończył Piwon składanie swojego jakże zróżnicowanego zamówienia.
Wieczorem zaczęły się gry i zabawy, podczas których doszło do najgłupszego w historii wyścigów, wyścigu: Dobermann i Bucho na huśtawce zmierzyli się w mrożącym krew w żyłach pojedynku z Alieenem i Jimim na bujawce. W sumie nie wiadomo było na czym polega ten wyścig, bo żaden z uczestników nie miał szans nigdzie dojechać, ale odbył się i warto to dziwne zjawisko odnotować. Gdy nadeszła pora grillowania, odpaliliśmy grill. Stojący z boku Dobermann z puszką piwa w ręku okazał się nadzwyczaj pomocny, gdy poproszony o popilnowanie mięsa (i kiełbas) na grillu, wsadził sobie palec wolnej ręki do nosa i powiedział:
"Nie mogę, mam zajęte ręce."
Tego dnia i nocy, i następnych też, Ciuniek był jedyną osobą, która odmawiała spożycia napojów wyskokowych. Oczywiście zamiast pochwalić Ciuńka, że jest ostatnim porządnym człowiekiem na Ziemi, Pati wymyśliła teorię, że kolega nie pije, bo właśnie dał sobie w żyłę działkę kompotu i nie lubi mieszać. Podczas wielu rozmów ktoś nagle zapytał Duxa o rasę jego psa.
Skurwiel - odparł żartobliwie Dux, co miało znaleźć jak najbardziej realne odzwierciedlenie już następnej nocy...
Piątek
Na ten dzień przewidzieliśmy najwięcej atrakcji, bo wyprawę na zamek w Ujeździe, obchody 10. rocznicy istnienia KMF oraz Quiz Huntera pod nazwą Quiz Huntera w skrócie QH (od Quizu Huntera). Podczas zwiedzania ruin zamku w Ujeździe (jedne z największych w Europie) byliśmy wszyscy pod ogromnym wrażeniem wielkości i monumentalności tychże. To miejsce za czasów swojej świetności musiało być naprawdę świetne!
Zrobiliśmy sobie całą masę różnorakich zdjęć: w oknach, drzwiach, tajnych przejściach, jaskiniach i dziurach, a Jakuzzi, gdy ktoś posmerał go za uchem znalezionym na zamku piórkiem, przerażony wyznał, że matka w dzieciństwie biła go po głowie kurczakami i teraz przeraźliwie boi się piór.
Za Wikipedią: Krzyżtopór (dawniej Krzysztopór) - zamek w miejscowości Ujazd (województwo świętokrzyskie), gmina Iwaniska.
Budowany w latach 1627-1644 przez Krzysztofa Ossolińskiego, nigdy w pełni nie został ukończony. Jest to obszerny pałac w stylu włoskim typu palazzo in fortezza. Budowniczym, który sporządził plany i nadzorował wznoszenie zamku był Wawrzyniec Senes. Od strony północnej przylegały niegdyś piękne ogrody w stylu włoskim.
Historia powstania zamku i jego świetności pozostaje wciąż nie do końca poznana. Jest to powodem do narastania wokół niego legend. Jedną z nich jest opowieść o zastosowaniu na zamku symboliki liczb nawiązującej do kalendarza: okien miał tyle, ile dni w roku, pokoi tyle, ile tygodni; sal wielkich tyle, ile miesięcy, a 4 narożne jego baszty odpowiadały liczbie kwartałów. Brak zachowanych planów budowy oraz sztychów sprzed przebudowy w XVIII wieku uniemożliwia dziś faktyczne odtworzenie wizerunku zamku z połowy XVII wieku. Jego fundator cieszył się nim krótko. Krzysztof Ossoliński zmarł nagle w rok po ukończeniu budowy.
Po powrocie do hotelu siedzieliśmy sobie grzecznie pod parasolami i dużo rozmawialiśmy, m.in. o tym, że zwinięty w łóżku Adi nad ranem został pomylony z kołdrą. W tym czasie Tomashec z żoną i Robsonem kopali Piłę (wydanie DVD ;), a reszta ekipy pod kierownictwem Artemis i Adiego, wymyślała jacy aktorzy mogliby zagrać klubowiczów KMF, gdyby ktoś nakręcił o nas film (zobacz listę płac wraz ze zdjęciami - kliknij
TUTAJ
aby obejrzeć).
Podczas dalszych rozmów od słowa do słowa doszło do zakładu, jak miała na imię bohaterka "Hot Shots!" - Ramada czy Ramona. Alieen jako jedyny obstawiał Ramonę i był tego tak pewien, że na swoją odpowiedź postawił samochód Ciuńka marki Skoda kolor zielony. Zanim przy pomocy magicznego telefonu z internetem udało się nam sprawdzić odpowiedź na necie, między uczestnikami zakładu zaczęło dochodzić do zamieszek. Z ust Alieena w kierunku jednego ze zwolenników Ramady padły nawet bardzo ostre słowa:
"Dawno nie piłeś herbaty w szpitalu?". Oczywiście imieniem bohaterki "Hot Shots!" okazało się Ramada - Alieen przegrał zakład i samochód Ciuńka. Gdy Dux przechodził później na parkingu obok aut, zobaczył, że zielona Skoda ma wgniecione drzwi. Jako, że obok stała druga Skoda, również zielona, Dux chcąc się upewnić, czy nie są wgniecione drzwi w aucie Ciuńka, krzyknął do niego:
- Ciuniek, który jest Twój?
- Skoda - odkrzyknął Ciuniek. |
W międzyczasie pojechaliśmy odebrać tort, kupić szampany, świeczki, race świetlne na tort oraz spirale do rzucania w komary (zakupione w sklepie "Kwasek", z którego Dux i Jimi wyszli wyraźnie czymś rozweseleni), a także zrobić zakupy na wieczorny grill. Dwa tygodnie przed zjazdem zamówiliśmy w cukierni "U Jana" 5-kilogramowy tort jagodowy, który miał zostać przystrojony jagodami oraz napisem "X-lecie KMF" w kolorze jagodowym. Na miejscu okazało się, że owszem, tort udało się zrobić o smaku jagodowym, ale cukiernikom widocznie zabrakło dobrych chęci (albo jagód) i zamiast ustalonego przystroju i napisu w kolorze jagodowym, trzasnęli napis czekoladowy i dokoła mnóstwo różowych kwiatków. Tak więc zamiast tortu w barwach KMF, mieliśmy na rocznicę klubu różowy tort emo w kwiatuszkach ;). Tort został szczęśliwie dowieziony do hotelu, gdzie spoczął w wielkiej lodówce, którą udostępniła nam hotelowa kuchnia (dziękujemy i pozdrawiamy), tam również spoczęły dwa wielkie szampany. Wszystko się chłodziło i czekało na wieczór.
Wieczór, nie mając innego wyjścia, nadszedł. Podczas gdy Hunter rozstawiał rzutnik do przeprowadzenia QH, reszta osób pomagała przygotować tort (Ciuniek podjął się przenieść go bezawaryjnie na salę imprezową), talerzyki, kubki na szampana itd. Dux trzasnął szybkie przemówienie, w którym w kilku słowach podziękował klubowiczom za 5 kolejnych, wspaniałych lat oraz życzył sobie i reszcie, by KMF trwał przynajmniej kolejnych 5 i żebyśmy się spotkali na 15-leciu w takim samym lub większym składzie. Przemowa była spokojna, ku rozczarowaniu Adiego, który spodziewał się, że Dux-Führer będzie gestykulował i krzyczał jak Hitler w "Triumfie woli". Po przemowie nagrodzonej oklaskami (chyba za to, że się szybko skończyła), otworzyliśmy szampany i opiliśmy 10 lat działalności KMF. Nawet Ciuniek dał się skusić, widocznie tego dnia jeszcze nie dawał sobie w żyłę.
Po szampanie przyszedł czas na krojenie tortu. Zapaliliśmy 10 świeczek i dwie race świetlne. Dux do pomocy przy zdmuchnięciu świeczek (próbowaliśmy też zdmuchnąć race, ale ogień się przenosił na dywan, więc zaniechaliśmy) zaprosił Traka - najmłodszego stażem klubowicza KMF obecnego na zjeździe. Powiedzieć, że tort okazał się lepszy w smaku niż z wyglądu byłoby grzechem, zaniedbaniem i zaniechaniem, bo według opinii większości był to najsmaczniejszy tort jaki jedli w życiu. Po przepysznym jagodowym torcie przyszła pora na rozdanie statuetek rocznicowych, wykonanych ze szkła, ręcznie grawerowanych, z napisem "X-Lecie KMF Sandomierz 2009". Statuetki podobały się wszystkim, miały elegancki wygląd, ciekawy kształt (kadr filmowy) i cudną kolorystykę strony KMF ;).
Nastał Quiz Huntera, któremu jako Igor towarzyszyła Kaśka. Z rzutnika rzucane były na ścianę kadry z filmów zasłonięte 9. prostokątami i stopniowo odsłaniane. Mistrzem w odgadywaniu kadrów okazał się Ciuniek, choć zdarzały się takie spektakularne odpowiedzi jak "Dziewiąte wrota" odgadnięte przez Mefisto po jednej nutce, to znaczy prostokąciku oraz "Being there" odgadnięte przez Phonika również po jednym prostokąciku. Dla Huntera wielkie gratulacje za świetny i profesjonalnie przeprowadzony QH, a dla Ciuńka za zajęcie pierwszego miejsca.
Później zaczęły się harce i swawole. Około 1 w nocy postanowiliśmy małą grupką iść na stację benzynową o nazwie "Człowieka, którego imienia się nie wymawia" (tak, to stacja "SOLO"), dokupić paliwa (nie, nie chodzi o benzynę), po której to wyprawie na salę został przyprowadzony Vigo. I wreszcie zaczęła się prawdziwa zabawa, bowiem Vigo dokonał pokaźnych poprawek krawieckich na spodniach Bucho, wyrywając mu prostokątny kawał materiału z jeansowych spodni i odbijając jednocześnie swoje ząbki na jego udzie. Kawałki spodni Bucho latały pod sam sufit i odnajdywały się na terenie zjazdu aż do niedzieli. Nie ma co winić psiaka, że skoczył z zębami na jednego z dziesięciu podchmielonych gości, którzy skakali, krzyczeli i biegali dokoła niego. I tak dobrze, że nie dokonał poprawki krawieckiej na głowie Jimiego, który zaczął go obejmować za szyję, ku jego niezadowoleniu. Warto w tym miejscu przypomnieć, że pierwszego dnia zjazdu Vigo tak się cieszył z przyjazdu, że dziurę w spodniach zafundował także Trakowi. Myślę, że nadeszła pora by udać się z Vigo albo na jakieś porządne szkolenie, albo zapisać go do szkoły krawieckiej, żeby szlifował swoje umiejętności w wycinaniu prostokątnych fragmentów jeansów bez użycia nożyczek. Oczywiście Bucho, zamiast z wypadku wyciągnąć jakieś wnioski na przyszłość i zastanowić się nad podartymi spodniami i krwiakiem na udzie, zaczął ze swoją nową ozdobą pozować do zdjęć, z których najciekawszym okazało się to, na którym spod nogi Bucho wystaje głowa Fidela, jakkolwiek dziwacznie to brzmi.
Wieczór upłynął nam jeszcze na łamaniu dębowego stołu - twardy był, ale daliśmy radę (wszelkie straty oczywiście właścicielom pokryliśmy; dziękujemy Ani za miażdżące negocjacje z Bożeną Dykiel - szacun za zimną krew i opanowanie!), a Jimi krytykował czwartą część "Terminatora" twierdząc, że
"ten film nie nadaje się nawet do kręcenia karuzeli,
a jedynie do tarcia chrzanu", a Alieen upuścił Kahę na łokieć i głowę na podłogę (choć prawdziwy hardcore byłby jakby upuścił ją na sufit). Następnego dnia Kaha będzie skarżyć się na ból głowy:
"Muszę się napić piwa, to głowa mnie przestanie boleć", na co Dux rzeknie jej, że potrzebna jej trepanacja, nie piwo. Nad ranem Bucho z Jakuzzim zaczęli układać na żywo żałosne i megatandetne raperskie teksty, przy których Kaha zgubiła ze śmiechu lewą skarpetkę, a poszkodowany przez Vigo Bucho po dłuższym zastanowieniu doszedł do wniosku, że jednak nie ugryzł go pies, tylko kobra bądź jadowita kura. Po zjeździe Bucho tak komentuje swoje obrażenia:
"Rana ładnie się goi, ale będzie blizna - nie jest źle, chwalę się dziewczynom, że dostałem z moździerza pod Little Bighorn".
Z samego rana, Jimi - gdy jeszcze wszyscy spali a on jeszcze nie - chodził po pokojach i pytał się, czy ktoś nie chce kupić sygnalizatora świetlnego i trzynastu krajalnic, które znalazł za kotarą w naszej sali imprezowej. Warto wspomnieć, że Jimi nie wchodził za kotarę podczas poprzednich nocy. Zrobił to oczywiście dopiero wtedy, gdy właścicielka pensjonatu poprosiła nas (w piątek), byśmy nie wchodzili za tę kotarę.
Sobota
W sobotę postanowiliśmy umyć się po rocznicowej imprezie, więc pojechaliśmy na basen. Niektórzy pływali, inni poszli na zjeżdżalnię, jeszcze inni pod bicze wodne, a jeszcze zupełnie inni poszli do sauny lub jakuzzi, ale nie Jakuzzi. Na basenie zrobiliśmy sobie dwa półnagie zbiorowe zdjęcia. Na jednym z nich widzimy Bucho, który pierwszy raz w życiu przyszedł na basen i za bardzo wziął sobie do serca polecenie pani w kasie, że obowiązkowy jest czepek na głowie. Podczas pobytu na basenie wydurnialiśmy się w brodziku z pożyczoną od Robsona piłką, a w pewnym momencie nasze zainteresowanie skupiło się na natrysku wodnym (do masażu)
- przeżyliśmy kilka wspaniałych minut szalonego pryskania wodą, wszelakich wygłupów i... ratownik nie mogąc dłużej patrzeć na nasze idiotyczne zachowanie wyłączył obieg wody.
Zanim weszliśmy na basen, w basenowym sklepiku zapytaliśmy, czy czepki są obowiązkowe. Okazało się, że tak, więc poprosiliśmy 20 czepków i... pamiątkowego gumowego Pomrowa! Pomrów to gumowy, samoprzylepny, rozciągliwy model prawdziwego Pomrowa Wielkiego (taki wielki ślimak bez skorupy), który poprzedniej nocy zaatakował nagle i z wielkiego zaskoczenia nogę Jakuzziego. Dokładnie wyglądało to tak, że Pomrów wspinał się po nodze Jakuzziego mozolnie i jak najbardziej widocznie przez ponad trzy godziny, ale Jakuzzi zauważył to nagle (!) i podskoczył jak oparzony z okrzykiem przerażenia na ustach (okrzyk przerażenia zaczynał się od
"O ku..." a kończył na
"...rwa!"). Niektórzy twierdzili, że Pomrów wspinał się na nogę Jakuzza od quizu poprzedniego wieczora, inni sugerowali, że od quizu... ale z Rogoźnika sprzed kilku lat, tym dziwniejsze było, że Jakuzzi zorientował się dopiero teraz, że coś mu od kilku lat pełznie po nodze. Warto w tym miejscu wspomnieć, że Pomrów to jeden z symboli Sandomierza (znajduje się nawet w herbie, ale jest mało widoczny) i jest go wszędzie pełno.
Za Wikipedią: Pomrów Wielki - łac. Limax maximus - ślimak z rodziny pomrowcowatych. Pochodzi z południowo-zachodniej Europy. W Polsce jest gatunkiem zawleczonym. Występuje u niego zjawisko kanibalizmu. Może rozmnażać się samodzielnie, bez udziału innego osobnika jako hermafrodyta. Zwykle jednak dochodzi do zapłodnienia krzyżowego pomiędzy dwoma osobnikami. Odbywa się to w dość specyficzny sposób - mianowicie kopulujące z sobą ślimaki (każdy z nich jest hermafrodytą) wykonują charakterystyczny "taniec", wisząc przy tym na wytworzonych przez siebie pasmach śluzu, najprawdopodobniej przypadkowo.
Gumowa imitacja Pomrowa Wielkiego stała się wielkim hitem i maskotką zjazdu, była też nagrodą w Quizie muzycznym Alieena... ale o tym chwilę później.
Wieczorem, zanim odbył się wspomniany chwilę wcześniej Quiz muzyczny Alieena, odbyła się lekka burza, a raczej kilkuminutowy opad deszczu. Zanim do lekkiej burzy doszło, pokropiło nam na szybę samochodu, gdy przejeżdżaliśmy przez most na Wiśle (wracając z basenu), wówczas Jimi stwierdził, że to nie deszcz, tylko woda z rzeki - cokolwiek miał na myśli, nie miało to sensu. Zatem chwilkę popadało, zaczął robić się wieczór a słońce zachodzić, i przypomnieliśmy sobie, że nadeszła pora na zrobienie zdjęcia grupowego. Najpierw chcieliśmy zrobić sobie fotografię na tle białej ściany hotelu, ale uznaliśmy, że będzie to wyglądać jakbyśmy byli na Grenlandii, więc próbowaliśmy ustawić się w bramie i zrobić fotkę na tle wału (wała?) powodziowego nad Wisłą. W końcu przeszliśmy na drugą stronę jezdni, ustawiliśmy się pod wałem, aparat został na chodniku i zdjęcie - po raz pierwszy w historii KMF - wykonane zostało przez szosę, w dodatku bardzo ruchliwą. Samochody zatrzymywały się widząc, że rozbawiona banda pozuje do zdjęcia i ogólnie było bardzo sympatycznie. Najlepsze zdjęcie wykonał Jimi, fotografując przejeżdżających przed nami dwoje ludzi na skuterze - kliknij
TUTAJ
aby je zobaczyć. Zdjęcie grupowe, które widzicie poniżej, powstało w pełnym słońcu, uwieczniając nasze dobre humory i piękną pogodę jaka towarzyszyła nam przez cały zjazd.
Noc to doskonała pora na horrory... albo na Quiz muzyczny Alieena. Na tymże quizie, w którym asystowało Alieenowi aż dwóch Igorów (Monika i Anka), standardowo do odgadnięcia było 40 motywów muzycznych, 50 piosenek i znowu 40 motywów. Rozgrywkę wygrała drużyna Pomrowów z Sandomierza, pokonując drużynę Dywanów z Cepelii (nazwa pochodzi od cennego dywanu z cepelii, który według Pani właścicielki bardzo pasował do stolika, a który trochę zalaliśmy sokiem, przez co nieco stracił na wartości). W indywidualnej rozgrywce wygrali ex-equo Romeck (z drużyny Pomrowów) i Dux (Dywany). Po dwuetapowej dogrywce Romeck zajął zaszczytne drugie miejsce, a Dux przedostatnie ;). Nagrodą za drugie miejsce było czteropłytowe wydanie DVD "Titanica", które otrzymał Romeck i... który już takie ma w domu. Główną nagrodę - czapkę i koszulkę polo BMW SAUBER otrzymał Dux, który po założeniu czapki na głowę usłyszał od Bucho:
"Robert Kubica, z domu Donica".
Quiz obfitował jak zwykle w spektakularne odgadnięcia po jednej nutce, nie zabrakło też wpadek. Gdy Phonik miał wymienić trzeciego kompozytora muzyki do "Pachnidła" (przyp. chodziło o Reinholda Heila) z tłumu padła podpowiedź:
"Co się mówi przed Hitler?". Chodziło oczywiście o
"Heil Hitler", a Phonik krzyknął:
"Adolf!". W pewnej chwili, Alieen zamiast puścić kolejny motyw muzyczny, głośno beknął... na co Romeck migiem podniósł rękę, bo pamiętał, że jakaś piosenka się zaczynała od beknięcia. I naprawdę zastanawiał się mocno przez dobrą chwilę, a cała reszta patrzyła w ciszy z niedowierzaniem, co też ten człowiek wyprawia ;). Autorem największej wtopy został jednak Hunter, który pomylił motyw muzyczny z "Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki" z... "ChubbChubbs!". Z Quizu dowiedzieliśmy się, że jeśli muzyka nie pochodzi z filmu "Złoto pustyni", to idąc za ciosem można strzelić, że pochodzi z serialu "Złotopolscy".
Po quizie wszyscy zaczęli rozmawiać i rozrabiać. Oczywiście niepodzielnie rządził Pomrów, z którym niemal każdy chciał zrobić sobie zdjęcie. Dzięki temu powstała niezwykła sesja fotograficzna pod tytułem "Krwiożerczy Pomrów Wielki Atakuje!". Na zdjęciach zobaczymy m.in. Pomrowa duszącego Bucho (zawiązał się na supeł na jego szyi - Jizes, co za tandeta), sprytnego Pomrowa udającego zegarek (dla praworęcznych!), głodnego Pomrowa przechodzącego cichcem z puszki na butelkę podczas wymiany zdań między nieświadomym śmiertelnego zagrożenia Jimim a Jakuzzim...
...Pomrowa atakującego nos, ucho, Pomrowa-Spider-mana na suficie czającego się do spadnięcia na ofiarę (losu ;), Pomrowa przebranego za wąsy, Pomrowa w górach na wycieczce krajoznawczej po wyczerpującym polowaniu na ludzi oraz Pomrowa próbującego wtopić się w tłum prawdziwych Pomrowów pełzających na doniczce od kwiatków (Pomrowy vs. Mechapomrów), w celu wymordowania konkurencji i wreszcie zdjęcie na którym Bucho pokonuje Pomrowa, rozciągając go do granic możliwości - swoich i Pomrowa. Najedź koniecznie i kliknij
TUTAJ
aby zobaczyć wszystkie te szalone, ale i bardzo przerażające zdjęcia!
Faceci robili sobie zdjęcia z gumowym badziewiem, tymczasem dziewczyny fotografowały się z debiutantem zjazdowym Traku, głaskały Fidela po jego dobrze wyrzeźbionym brzuchu i całowały się z Adim. Tylko Maua ubolewała, że nie mogła zaznać tych uciech cielesnych, bo
"Jimi zawsze siedzi do końca".
Niedziela
Rano obudziła nas ulewa i ogólne załamanie pogody. Niektórzy zdążyli wyjechać zanim inni wstali, reszta powoli, w strugach deszczu zaczęła pakować się do samochodów i żegnać z pozostałymi. Wszyscy z trudem zwlekali się z łóżek po nieprzespanej nocy. Adi podczas śniadania wyznał, że poszedł spać o 6 rano, bo
"nie umiał już dłużej".
 | | Autor relacji: Rafał Donica - DUX
Foto: Hunter, Jimi, Pati, Dux, Traku, Piwon, Tomashec
|
UWAGA, BONUS!
Zobacz fascynującą galerię z Pomrowem Wielkim w roli głównej!
I jeszcze na koniec bezsensowny bonus nr 2...
Klikaj na obrazku i zobacz co się stanie!