Strona główna KMF
        

Zwiedzaj i poznawaj Świat z KMF!

Po raz pierwszy w swojej 9-letniej historii, KMF postanowił wybrać się na zjazd za granicę. Wybór padł na zaproponowaną przez Jimiego i Mauego, tzn. Mauą, Słowację i ośrodek Limba w miejscowości Liptovsky Jan, tuż obok Liptovskiego Mikulasza. W okolicach miasta znajdują się Tatry Niskie, Tatry Zachodnie i góry Chočské vrchy. Jako że atrakcji w okolicach naszego ośrodka zapowiadało się wiele, postanowiliśmy, że zjazd będzie trwał 7 dni. Z Polski wszyscy wyjeżdżaliśmy w sobotę 16 sierpnia rano lub po południu, tuż po przejściu przez Śląsk i okolice nawałnic, burz i trąb powietrznych. Nas też po części ta zawierucha dotknęła. Gdy z Pati pakowaliśmy się i szykowaliśmy w piątek wieczorem do wyjazdu, w transformator uderzył piorun i godzinę pakowaliśmy się po ciemku. Gdy elektryczność powróciła, musieliśmy się przepakować z wersalki do walizki. Hunterowi z kolei grad wybił szyby w aucie służbowym i gdyby nie fakt, że auto prywatne miał akurat w garażu, to albo by na zjazd nie dotarł, albo mocno wiałoby mu po drodze w twarz. Gdy zadzwoniłem do Alieena w piątek wieczorem aby spytać, czy wszystko u niego po przejściu twistera w porządku, odparł, że tak, że właśnie stoi na przystanku i że jest spokojnie. W sobotę rano dosłał jednak SMSa o treści: "Zapomniałem Ci powiedzieć, że wczoraj grad urwał mi nogę". Tymi oto trzema żartami, dość kiepskimi i nieadekwatnymi do powagi sytuacji, w jakiej znalazła się 15 sierpnia południowa Polska, kończę wstęp i przechodzę do właściwej relacji ze zjazdu KMF - SŁOWACJA 2008.
Zdjęcie grupowe w ośrodku wypoczynkowym.
Niedziela i poniedziałek. Na początku właściwej relacji muszę napisać, że serce moje i nie tylko moje rozpalił fakt, że wreszcie spotkanie KMF nie ograniczało się do siedzenia na tyłkach pod wiatą / domkami przez kilka dni, lecz stało się okazją do wspólnych wypraw w 1001 miejsc, dzięki czemu słowacki zjazd zapamiętamy jako czas spędzony czynnie, dynamicznie i interesująco! Jedyne co zaplanowaliśmy, to quiz tagline'owy Duxa na wtorek oraz quiz muzyczny Alieena na czwartek. Reszta wydarzeń to czysta improwizacja i efekt planowania z dnia na dzień - jak się miało okazać, planowania dość profesjonalnego, dzięki któremu z każdego dnia wycisnęliśmy wszystko co się dało. Zanim przejdziemy do szybkiego przeglądu atrakcji i głupot jakie przychodziły nam do głów, przedstawię listę uczestników 26. zjazdu KMF: Alieen, Bucho, Dux, Dobermann, Hunter, Jimi, Karol, Kaha, Kasia - dziewczyna Alieena, Kelley, Maua, Maks - synek Kahy i Dobka, Monika - koleżanka Pati, Pati, Shandor, Wojzu oraz Vigo - pies Pati i Duxa. Dzień przed naszym wyjazdem (czyli 22 sierpnia) dołączyła jeszcze Dagmara z Fabianem + dwójka znajomych. Pogoda na Słowacji dopisała w 100% - było słonecznie i upalnie! - dzięki czemu odbyliśmy aż dwie (dzień po dniu) wyprawy do największego na Słowacji (i jednego z największych w Europie) aquaparku o nazwie "Tatralandia". W przeddzień pierwszego wypadu do "Tatralandii" (w sobotę) oglądaliśmy wesele Pati i moje oraz wypiliśmy dwie wódki weselne i inne, nieweselne, nie wiedzieć czemu zyskałem ksywkę "tylko jeden kieliszek". Ponoć sytuacja wyglądała tak, że późną nocą wyszedłem z domku, w którym biesiadowaliśmy, położyłem się na ławce i wypowiedziałem ku gwiazdom słowa: "Nie wracam tam, bo mnie wykończą". Wróciłem. Wykończyli mnie. W niedzielę zatem, zamiast pojechać ze wszystkimi do "Tatralandii", odpoczywałem po "uroczystości weselnej", przy okazji zajmując się Vigo. W zasadzie to on bardziej zajmował się mną. A tak naprawdę, to obaj spaliśmy do 15:00 i nikt się nikim nie zajmował. Po tej bezsensownej dygresji wracamy do "Tatralandii". Pierwszego dnia wszyscy się tam zdrowo opalili - tyle wiem, bo mnie z nimi nie było. Natomiast dzień drugi mogę już opisać konkretniej, bo byłem. Obiekt jest ogromny, właściwie to małe miasteczko, z tysiącem atrakcji. Baseny kryte i niekryte, przykryte i odkryte, termalne i nietermalne, jakuzzi i niejakuzzi(?), sauny, zjeżdżalnie itd., dziesiątki knajp i masa miejsca do rozłożenia koców pod chmurką. Powygłupialiśmy się w basenach, pomedytowaliśmy pod makietą wodospadu, Alieen, Jimi i Bucho szaleli na coraz większych zjeżdżalniach, Kasia i Maua zażywały kąpieli słonecznej, Karol chodził po linach, a Pati i ja skorzystaliśmy z uroków "Świata saun". Z tego ostatniego obiektu nie mamy żadnych zdjęć, gdyż można tam było wejść tylko nago, a co za tym idzie przemycenie tam aparatu tak, by nikt tego nie zauważył, byłoby co najmniej kłopotliwe i zapewne bolesne, szczególnie jeśli mowa o cyfrowej lustrzance z długim obiektywem.
Tatralandia
Po powrocie wypuściliśmy psa, który pod naszą nieobecność pozostawał sam w pokoju. Na klamce wieszaliśmy kartkę "Pozor Pes!", aby sprzątaczka zmieniająca codziennie worek na śmieci, nie wtargnęła do pokoju i nie natknęła się na naszą zaspaną bestię. Jimi dodatkowo namalował na kartce dwie błyskawice, przez co ostrzeżenie wyglądało naprawdę przerażająco, choć pes miał jedynie 8 miesięcy i jeszcze nigdy nikogo nie zagryzł. Pod naszą nieobecność pesa zobowiązała się wyprowadzić na spacer Monika, ale gdy weszła do pokoju, Vigo warczał - w końcu pilnował swojego terytorium. Przestraszona Monika poszła po pomoc do Huntera i Wojzu. Hunter ubrany w krótkie spodenki stwierdził, że musi czymś owinąć nagą część nóg i dopiero tak zabezpieczony odważył się wejść do pokoju. Dobrze, że nie ubrał się w taki gruby strój pozoranta do szarpania przez psy. Po powrocie z "Tatralandii", na kartce, obok napisu "Pozor Pes!" i dwóch błyskawic, znaleźliśmy dwa dopiski: "14:50 siku i kupa", "18:10 siku". Korzystając z okazji jeszcze raz dziękujemy Hunterowi i Wojzu za profesjonalną opiekę nad naszym zwierzęciem. Dzień zakończył się grillem z kiełbaskami i karkówką, podczas którego Wojzu pokazał, że jest udanym debiutem zjazdowym! Wojzu, nazywany symbolicznie Chłopcem (wymyśliła to Pati, tekstem: "Vigo, nie liż chłopca!") okazał się naprawdę dobrym i sympatycznym człowiekiem, w dodatku wieczorem zajmował się naszym psiakiem, wyprowadzając go (chociaż nie wiadomo było do końca kto kogo wyprowadza) na spacer, nawet po tym jak Pati, ja i Vigo... dawno poszliśmy spać. Shandor bardzo się dziwił, że okrzyki "Vigo jest wspaniały, trawa jest zielona!!!", bieganie za niewidzialnym psem i leżenie na trawie z nogami na ławce nazywamy "udanym debiutem zjazdowym". Na koniec opisu poniedziałkowych wydarzeń dodać muszę koniecznie, że Bucho został wepchnięty do lodówki, z której Maua wyciągnęła dwie cytrynówki (podarunki od babci Jimiego: smakocie i witaminy), mówiąc, że pochodzą z Narni, do której wchodzi się właśnie przez tę lodówkę.
Przed wejściem do Tatralandii
We wtorek rano Jimi poszedł do barmana po obiecane dzień wcześniej żarówki do oświetlenia terenu przed domkiem i w domku. Barman dał jedną żarówkę, a na pytanie o drugą, oświecił Jimiego, że ma tylko jedną! Słowieci (jak to ich omyłkowo Dux ochrzcił - takie połączenie Sowietów ze Słowakami) jeszcze wiele razy pokazali nam, że Polaków to oni nie lubią. Choćby incydent z jedną słowacką dziewczynką z grupy szurniętych flecistek, które przyjechały do pensjonatu w poniedziałek i nie dały nam odpocząć naparzając na fletach od wczesnego ranka do późnej nocy. Jedna z tych flecistek natknęła się na korytarzu na naszego Vigo: 8-miesięczny psiak, duży ale spokojny i grzeczny, nawet nie ruszył w jej stronę ani nie warknął, jednak dziewczynka pobiegła po swego słowackiego ojca, który wpadł do nas do pokoju i krzyczał tak okrutnie i niezrozumiale, że jedyne co zrozumieliśmy, to "pes" i "policja". Gdy już wyjaśniłem Słowietowi, że pies jest młody, niegroźny i że już więcej się na korytarzu bez opieki nie pokaże, Słowiet dał na wstrzymanie. Wtedy do akcji wkroczyła Kaha, bo słowackie krzyki obudziły Maksa. Kaha się go pyta, kto jej teraz uśpi dziecko, które on obudził. Jego odpowiedź była oczywista. Nawet nie spojrzał na Kahę, tylko wymamrotał z pięć razy: "Pes, policja". Ehh, "ten kraj to porażka" - jak mawiał Jimi: piwo jak herbata, śmietana jak woda, woda jak kranówa, niemiła obsługa w knajpach, a gdy grzecznie zapytaliśmy kelnera, dlaczego na rachunku widnieje dwa razy wino białe, skoro było brane raz czerwone, kelner poszedł po szefa, ten przyszedł, zabrał pieniądze i rachunek, powiedział "Dekuje" i zostawił nas zdekoncentrowanych, oszukanych, okradzionych (pieniędzy było naszykowanych więcej niż na rachunku), niemal zgwałconych i zabitych. Po opisanych incydentach z żarówką, flecistkami i gwałtem w knajpie dzień wcześniej, wybraliśmy się do Demanovskiej Jaskyni Lodovej, gdzie mieliśmy zamiar odzyskać wiarę w Słowietów. Po 15-minutowej wspinaczce na górę bardziej niż pionową, ledwie żywi, niemalże "martwi w chwili przybycia", rozpoczęliśmy zwiedzanie. Wycieczkę oprowadzała słowacka przewodniczka z polskim magnetofonem w nosie, bo ilekroć zatrzymywaliśmy się przy jakiejś atrakcji w stylu nacieku lodowego takiego lub innego, pani przewodniczka coś naciskała i z głośników zaczynał dobiegać polski głos, opowiadający co aktualnie widzimy. W jaskini było zimno jak cholera, bo w okolicach 6-7 stopni. Niektórzy z nas ubrali się dość cienko, myśląc, że nazwa Jaskinia Lodova to tylko nazwa, a nie, że naprawdę tam będzie jak w lodówce.

A teraz oddajemy głos przewodniczce z magnetofonem w nosie: Demianowska Jaskinia Lodowa (sł. Demänovská žadová jaskyňa) - część wielkiego ciągu Jaskiń Demianowskich w Słowacji, znajdująca się na obszarze Niżnych Tatr, w dolnej części Doliny Demianowskiej, w zachodnich stokach Demianowskiej Góry (1304 m n.p.m.) i Kurenców (1284 m n.p.m.). Jej otwór znajduje się na wysokości 740 m n.p.m. Długość tej części jaskini wynosi 1,9 km, z czego turystom udostępniono jedynie 540 m. Woda przenikająca przez wapienie, z których zbudowana jest jaskinia, zamarza i powstają lodowe stalaktyty, stalagmity a na dnie tworzy się lód podłogowy. Od wejścia jaskini lodowej zwiedzający schodzą na niższe piętro - do Korytarza Niedźwiedzi a stąd do Domów Białego i Halasa, do Czarnej Galerii a z Domu Pagod idą z powrotem. W drodze powrotnej można obejrzeć zlodowaciałe części Domu Seniora i Dużego Domu, gdzie temperatura nawet w lecie nie przekracza 0°C, a z niego serpentynowym chodnikiem przez wyjście można wydostać się na powierzchnię. (źródło: wikipedia)
Demianowska Jaskinia Lodowa
Wracając do ośrodka, zatrzymaliśmy się w 10 osób przy jednej z knajp. Wszystkie stoliki były zajęte... oprócz jednego, stojącego jakieś 5 metrów od knajpy, jednakże niewątpliwie należącego do tejże. Jimi poszedł zapytać obsługi, czy zostaniemy przy tym stoliku obsłużeni. Pani z obsługi odpowiedziała wzruszeniem ramion, więc się stamtąd zabraliśmy. Nie, nie odzyskaliśmy wiary w Słowietów.

Wieczorem odbyła się druga edycja Tagline'owego Quizu Duxa, który swoją pierwszą - udaną - odsłonę zaliczył w Maju 2008 w Zajączkowie. Na prośbę zdezorientowanych skomplikowanym systemem punktacyjnym uczestników, zmieniłem zasady na prostsze. Przede wszystkim zrezygnowaliśmy z podziału na drużyny. Teraz każdy grał na własne konto, a o wszystkim decydowała szybkość w podniesieniu ręki. Za odpowiedź bez podpowiedzi 2 punkty, z podpowiedzią 1. Pati zajmowała się zapisywaniem punktów, a Monika pomagała mi w wyłapywaniu, kto pierwszy podniósł rękę. Quiz wygrał Karol, po dogrywce z Alieenem. Tagline dogrywkowy brzmiał: "Roads? Where we're going, we don't need roads!", oczywiście z "Powrotu do przyszłości II". Najszybciej odgadnięty tagline to "What if Peter Pan grew up?" z "Hooka", zaś najdłużej: "Heroes, giants, villains, wizards, true love" z "Princess bride". Sporo kłopotów sprawił też o dziwo tagline "It Mu5t Be Found." z "Piątego elementu" i hasło reklamowe "Amarcordu" czyli "The Fantastic World of Fellini!", który równie dobrze mógł pochodzić z każdego innego filmu mistrza. Alieen dał ciała przy taglinie "This Time... Los Angeles, 1997." z "Predatora 2", a najczęściej i najbłędniej typowanym tytułem był "Sędzia Dredd". Moi drodzy, nie każdy tagline, który zawiera w sobie słowo justice albo law, pochodzi z "Sędziego Dredda".

Środa to wyprawa na Oravsky Zamek, chyba najliczniejsza, bo pojechaliśmy na trzy samochody, zapakowane pod sufity. Zanim wyjechaliśmy, trzeba było posprzątać po imprezie z poprzedniego dnia, więc Karol powiedział, że zaraz "przesuną bałagan" i przy stoliku będzie czysto. Całe życie myślałem, że bałagan się sprząta, a tu jak się okazuje, bałagan się przesuwa. Po godzinie jazdy dotarliśmy na miejsce. Pod zamkiem stała tratwa z jakimiś ludźmi, chyba Wikingami. Prawdopodobnie jakieś lokalne tsunami wyrzuciło ich na brzeg i nie wiedzieli co robić. Poszli więc z toporami na miasto. Pewnie dać jakieś przedstawienie z epoki, albo gwałcić i plądrować.
Zamek Orawski
Ponownie oddajemy głos przewodniczce z magnetofonem w nosie: Zamek Orawski (słw. Oravský hrad, węg. Árva vára, niem. Arwaburg) - uważany za jeden z piękniejszych zamków na Słowacji, góruje nad miejscowością o nazwie Orawskie Podzamcze. Wznosi się na skale, 112 metrów nad lustrem rzeki Orawy. Położony jest niedaleko granicy Polski od Korbielowa ok. 45 km a od Przełęczy Glinne ok. 40 km. Na całość zamku składają się trzy kompleksy średniowieczno-renesansowych budowli, co powoduje, że czasem w odniesieniu do niego mówi się o zamkach orawskich. Najstarszą częścią a zarazem najwcześniej zauważaną przez turystów, zbliżających się do Orawskiego Podzamcza jest zamek górny, pochodzący z I poł. XIII wieku. Jest to wyniosła, wąska budowla, z przybudówkami, zorientowana w kierunku wschód-zachód, "przyklejona" do skały w taki sposób, aby był niedostępny z zewnątrz. Patrząc na zamek od wschodu, wydaje się że budowla przeczy prawom fizyki, gdyż skała, na której go zbudowano, jest wygięta w kierunku południowym. Poniżej znajduje się zamek średni, gdzie wyróżnia się czworoboczna wieża i zabudowania dwóch tzw. pałaców, wzniesionych przez Jana z Dębowca i Jana Korwina. Najniżej położony jest zamek dolny z pałacem Thurzonów, barokowym kościołem zamkowym i wieżą. Na Oravskym Zamku Friedrich Murnau kręcił swój słynny film "Nosferatu". (źródło: wikipedia)
Zdjęcie grupowe na Zamku Orawskim
Na zamku zrobiliśmy zdjęcie grupowe i kilka zdjęć nieudanych. Zdjęcia nieudane można obejrzeć w sekcji zdjęć nieudanych. Jest to nowość w relacjach ze zjazdów KMF. Do katalogu ze zdjęciami nieudanymi trafiają tylko ściśle wyselekcjonowane, nieostre, źle wykadrowane, najgorsze zdjęcia jakie udało nam się zrobić. Środę zakończyliśmy grillem, w którym udział wzięła tym razem Kaha, albo Dobermann... nie pamiętam, bo codziennie przychodzili na zmianę. Raz jedno spędzało wieczór pilnując Maksa w pokoju, raz drugie. A skoro już sprytnym sposobem weszliśmy na temat Maksa, to chciałbym w imieniu swoim i nieswoim pogratulować Dobkom wspaniałego potomka płci męskiej, który oprócz tego, że jest śliczny i mega-podobny do Dobka (brakuje tylko długich włosów, wąsów i brody!) to okazał się szkrabem niesamowicie optymistycznie nastawionym do życia i wszystkich wokoło. Płakał tylko czasami, po nocach, krótkimi, kontrolowanymi seriami. Za to uśmiechem i pocieszną miną obdarowywał każdego, kto się na niego spojrzał albo się z nim bawił. Jeszcze tego wieczora Alieen, zapytawszy Bucho ile ma wzrostu, usłyszał w odpowiedzi: "184 cm". Po czym Bucho usłyszał w odpowiedzi od Alieena, że "owszem, mierzysz 184 cm, ale rodzice wychowali Cię na mniej". Tak mocno utkwiło to w pamięci Bucho i tak mocno go zaintrygowało, że do końca pobytu na Słowacji myślał o swoim wzroście, a i pewnie do teraz wciąż go ten temat trapi ;).

Czwartek to dzień, w którym wszyscy + Kelley, który dobił do nas późną, środową nocą i minus Wojzu, który po ostatniej nocy zmienił ksywkę na Łajzu, pojechali ku wyciągowi na górę Chopok. Zanim przejdziemy do opisu naszej szaleńczej jazdy wyciągiem, powróćmy na chwilę do klubowicza Łajzu. Otóż poprzedniej nocy, chcąc ostatecznie potwierdzić, że jest udanym debiutem zjazdowym, zmęczył się on tak bardzo, że całą noc dyżurował w łazience (bynajmniej nie był to dyżur podobny do nocnego dyżuru w aptece), a do swojej sypialni na piętrze dotarł dopiero nad ranem, bo ponoć jak stwierdził Shandor: "chciał umrzeć we własnym łóżku". Skoro więc do łóżka dotarł dopiero nad ranem, nie miał zamiaru o 10 rano schodzić z powrotem na dół, żeby z nami jechać. I tak oto kończy się niesamowita opowieść o tym, dlaczego Łajzu został sam i pilnował domków (chyba, żeby się nie zawaliły) pod naszą nieobecność. Aha, brawa dla Wojzu, bo zdołał wyjść do nas i zapozować do zdjęcia grupowego. Ale zanim to nastąpiło, musiał się... przebrać. Dokładnie wyglądało to tak, że wyskoczył z domku w koszuli w kratę i spodenkach w paski - wszystko kolorowe i nie pasujące do siebie jak job twoju mać, i Pati patrząc na jego ubiór spytała się go: "Jesteś pewien?", na co Wojzu odpowiedział: "Nie", zawrócił i ubrał się w coś mniej krzykliwego. Zdjęcie zbiorowe wyszło dopiero za szóstym razem, gdy pies Vigo był wreszcie łaskaw usiąść i spojrzeć się w obiektyw. Pierwsze pięć zdjęć polegało na tym, że gdy Jimi ustawiał ostrość i kadr, pies siedział grzecznie i patrzył się wprost na niego, po czym Jimi naciskał samowyzwalacz i ruszał biegiem w naszym kierunku... a pies w jego. Było to zabawne przez pierwsze trzy nieudane próby. Dobra, o czym to ja miałem pisać? A, wyciąg! Ale zanim wyciąg, to jeszcze nadmienię, że we czwartek rano, jak co dzień rano, niemal wszyscy po raz kolejny zasmakowali pysznej kawy z mojego ekspresu (tak, przywiozłem na Słowację ekspres do kawy - już można pukać się w głowę ;), tylko Kelley poprosił o miętę. Ten człowiek nigdy nie przestanie mnie szokować. A teraz coś z zupełnie innej beczki... Modrzew!? Nie, Wyciąg! Na wyciągu było fantastycznie, choć niektórzy mieli lęk wysokości albo nie umieli otworzyć barierki zabezpieczającej. Ja, bo o mnie mowa, miałem za zadanie podczas zsiadania z wyciągu podnieść barierkę bezpieczeństwa. Jak zapewne część osób korzystających z wyciągów wie, jest ona zbudowana na takiej zasadzie, że ma dolną i górną część. Górna zabezpiecza przed wypadnięciem, dolna jest jednocześnie podnóżkiem, a nacisk nóg sprawia, że nie jest możliwe otwarcie zabezpieczenia podczas jazdy. Trzeba zatem podczas otwierania barierki zdjąć z niej nogi i podnieść ją rękoma do góry. Gdy za pierwszą próbą nie mogłem otworzyć barierki, pomyślałem, że za słabo ciągnę. Zaparłem się więc nogami z całych sił... i tym bardziej nie mogłem jej otworzyć, bo nogi naciskały w dół, a ręce ciągnęły do góry. Niewiele brakowało, a zatoczylibyśmy na górze kółko i ku uciesze i zdziwieniu zgromadzonych tam już klubowiczów, zjechalibyśmy z powrotem na dół. To zdarzenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że czasami faktycznie mogę sprawiać wrażenie niedorobionego. Tak czy inaczej, udało się nam wszystkim wjechać na górę (1700 m n.p.m - to skrót od najświętszej panny Marii?), gdzie podziwialiśmy widoki - a widać stamtąd chyba całą Słowację.
Góra Chopok - zdjęcie z wyciągu
I po raz ostatni głos oddaję przewodniczce z wiadomo czym w nosie: Chopok jest charakterystycznym szczytem, o kształtnej (choć niewysokiej) kopule szczytowej, "usypanej" z wielkich skalnych bloków. Budują go granity typu "Dumbierskiego", dlatego jego rzeźba jest podobna do rzeźby sąsiednich szczytów: Dumbieru i Dereszy. Ku północy opada stromymi ścianami skalnymi, porozdzielanymi licznymi filarami i żlebami, do Doliny Demianowskiej (a ściślej: do jednej z jej górnych odnóg, zwanej Luková dolina), zaś ku południu - dość stromymi, choć gładkimi i słabo rozczłonkowanymi stokami do Doliny Bystrej. Niedaleko szczytu Chopoka znajdują się budynek i maszt przekaźnika telekomunikacyjnego oraz stacja meteorologiczna. (źródło: Wikipedia)
Zdjęcie grupowe na górze Chopok
W knajpie pod samym szczytem (pierwszy raz jadłem tak wysoko!) zjedliśmy pierogi z bryndzą (stojący jak zwykle w opozycji do wszystkich Kelley zjadł baton czekoladowy), popatrzeliśmy na gości startujących z góry na spadochronach i na jednego, który zamiast wystartować, biegł, biegł, troszkę leciał i walił tyłkiem o ziemię - i tak ze trzy razy, wywracał się, wstawał, biegł i znów wywracał. Uparty był jak Bańka Wstańka, ale w końcu zwinął spadochron i dał sobie spokój. My zaś wsiedliśmy na wyciąg, zjechaliśmy na dół, a widok podczas zjazdu robił jeszcze większe wrażenie niż podczas wjazdu. Wieczorem odbył się Quiz Muzyczny Alieena. Asystentką Alieena do spraw punktowo-obserwacyjnych została Kasia.

Alieen po zjeździe napisał: "Cieszę się, że moja Kasia się "przyjęła" (a przynajmniej mam taką nadzieję :), wszyscy Zjazdowicze mają od niej pozdrowienia - bardzo Was polubiła, a podczas quizu muzycznego powiedziała mi, że KMF to naprawdę specyficzna i niesamowita grupa, bo jeszcze nigdy wcześniej tak szybko nie złapała tak dobrego kontaktu z ludźmi, a gdy na Was patrzyła (podczas quizu) to momentami czuła, jakby Was znała od lat... Niesamowite, czyż nie?" Nie. Wszyscy znaliśmy Kasię już wcześniej, tylko nic Ci nie mówiliśmy (dranie! - przyp. Alieena ;).

Podzieliliśmy się na dwie drużyny: drużyna psa Beukota (mrożąca krew w żyłach historia psa Beukota i Wuja Buslera, opowiedziana na Zjeździe przez Bucho, na długo pozostanie w głowach Klubowiczów...), czyli Karol, Jimi, Maua, Bucho, Wojzu oraz drużyna psa Vigo, czyli Kelley, Dux, Hunter, Dobermann, Kaha. Po quizie, w którym wygrali Ci, którzy cały czas zdawali się przegrywać (Beukot), a przegrali Ci (Vigo), którym cały czas zdawało się, że wygrywają, rozdano nagrody indywidualne: 1. Karol otrzymał wydanie 2 DVD "Wściekłe psy", 2. Kelley otrzymał koszulkę z napisem "Why so serious?", w którą się nie chciał ubrać, bo nie była cała czarna, 3. Dux, dla którego nagród zabrakło. Później zaczęły się wieczorne harce. Atmosferę zabawy klubowej tworzył i muzykę puszczał słynny DJ Gałąź, czyli... po prostu Jimi, który patykiem przez okienko wciskał guziki na laptopie stojącym w domku. To nic, że przez cały wieczór leciały tylko trzy utwory na zmianę, DJ Gałąź był nieodzowny i niezastąpiony... dopóki nie połamaliśmy mu kija. Wówczas do mieszkania wsadził przez okienko gigantyczny parasol WEST i otworzył go nie wiadomo po co. Ani deszcz nie padał, ani utworu na laptopie tym szalonym manewrem nie zmienił. Na koniec dnia, Bucho, który "ma 184 cm wzrostu ale rodzice wychowali go na mniej", zademonstrował nam umiejętności jakie posiadł w szkole tańca. Podnosił w kółko jedną nogę do góry i krzyczał: "Sześć lat w szkole tanecznej i tylko tyle umiem! Ale za to JAK umiem!!!". Moim zdaniem, z tak niecodziennymi zdolnościami Bucho powinien zgłosić się na casting do You Can Dance. Nawet jeśli by nie wygrał, to z pewnością casting z jego udziałem zawojowałby YouTube, idąc łeb w łeb z teledyskami Gracjana Roztockiego.
Jeden z wieczorów przy grillu
W piątek z samego rana o 9:00, do domu wyjeżdżał Jimi z Mauą i Bucho. Prosiliśmy ich, żeby jeszcze trochę z nami posiedzieli, ale Jimi powiedział, że o 14:00 muszą być na miejscu a mają do przejechania 400 kilometrów. Wymyśliliśmy więc na szybko, żeby zostali z nami do godziny 13:00 a później pojadą 400 km/h i w godzinę będą na miejscu. Niestety nie skorzystali z naszej pomysłowej propozycji i pojechali o 9:00. Stracili tym samym szansę uczestnictwa w gwoździu piątkowego programu, którym miało być zbieranie grzybów w okolicy ośrodka, bo na piątek żadnych wyjazdów nie przewidzieliśmy. Pati, Monika i ja, w asyście Vigo, chodziliśmy po stromych zboczach zbierając znane nam grzyby i kilka nieznanych nam grzybów, które w Polsce nie występują (ani nie koncertują). Podejrzewając, że nieznane nam grzyby mogą być jednocześnie grzybami niejadalnymi, trującymi a nawet plującymi jadem na odległość, postanowiliśmy poradzić się właścicieli pensjonatu. Obejrzeli niepewne grzyby i powiedzieli, że są jak najbardziej jadalne. Mając jednak w pamięci niemiłe przygody ze Słowietami i ich stosunek do Polaków, pomyśleliśmy, że pewnie to są grzyby trujące, a oni nam powiedzieli z uśmiechami na ustach, że można je jeść. Możliwe też, że po słowacku "jadalne" oznacza "trujące", tak jak rosyjskie "zapomnitie" znaczy "zapamiętajcie" (nie wspominając już o "szukaniu" na Słowacji...). No i wydało się nam nieco podejrzane, że zanim powiedzieli czy grzyby są ok czy nie, spytali się nas, kiedy wyjeżdżamy... chcieli mieć pewność, że umrzemy dopiero po przekroczeniu granicy, czy jak? Tak czy inaczej, pewnych grzybów mieliśmy na tyle dużo, że woleliśmy nie jeść tych wątpliwych. Na zakupach Pati kupiła nóż do obierania ziemniaków, ziemniaki, przyprawy, śmietanę 30% o konsystencji wody, cebulę, kminek, sól, tralala i... kto zna twórczość "Nagłego ataku spawacza" ten sobie dośpiewa. Podczas gdy większość klubowiczów była na wspomnianych właśnie zakupach, na terenie zjazdu pozostał jedynie Dobermann, Shandor, Kelley i ja. Alieen z Kasią poszli na spacer. Nie wiadomo czemu, Dobermann poczuł nagłą potrzebę spotkania się z Alieenem, i zaczął wypytywać mnie i Kelleya, gdzie on jest. No to mu mówimy, że poszedł na romantyczny spacer z Kasią. To Dobermann się pyta gdzie poszli. No to mu mówimy, że na spacer. Ale jemu chodziło o to, gdzie! Mówimy mu więc, że chyba do lasu. To się Dobermann pyta - w sumie słusznie, w którą dokładnie stronę, bo las jest dookoła. No to mu pokazujemy ręką, że chyba w tamtą. To się pyta, czy nie wiemy kiedy wrócą. No to mu mówimy, że nie jesteśmy w posiadaniu tak szczegółowych informacji. Myśleliśmy, że Dobermann da nam już spokój, po czym nagle, po jakichś dwóch minutach ciszy nieśmiało zadał pytanie-zabójcę: "Ile średnio trwa romantyczny spacer?". Nie mieliśmy już ochoty odpowiadać, ale po raz ostatni udzieliliśmy Dobkowi odpowiedzi: "Zależy jak bardzo jest romantyczny!". Już czekaliśmy aż Dobek zada nam pytanie na jakie kategorie czasowe dzielą się romantyczne spacery i według jakiego wzoru się to oblicza, gdy z lasu na wzgórzu nadszedł Alieen z Kasią i nas uratowali. Gdy ekipa wróciła z zakupów (dobrze, że Dobek się nas nie pytał gdzie pojechali, kto pojechał i ile średnio trwają romantyczne zakupy), obraliśmy ziemniaki, po czesku brambory, a ja dostałem zaszczytne zadanie pokrojenia cebuli ubrany w pływackie okulary Speedo, bo ktoś powiedział, że cebula działa na oczy przez oczy a nie przez nos. Faktycznie okulary działały, bo dopóki miałem je na oczach, nie szczypały. To nic, że wyglądałem idiotycznie. I tak dobrze, że nie kroiłem tej cebuli ubrany w strój płetwonurka z akwalungiem. Niestety, pysznego sosu grzybowego z ziemniaczkami i koperkiem, nikt poza Pati, Moniką i mną nie chciał jeść. No, jedynie Shandor się skusił, ale odwlekał ten moment w nieskończoność. Do dziś pozostaje szokującą zagadką, dlaczego Hunter a'ka "będziesz to jadł?", nie skusił się na nasz poczęstunek. Wszyscy, których zapraszaliśmy na sos grzybowy i którzy nam odmawiali, pół żartem pół serio mówili, że boją się śmierci w boleściach, w przypadku, gdyby grzyby przez nas zebrane okazały się zatrute (pewnie przez Słowietów). Cóż, możecie jedynie żałować, że się nie skusiliście, bo jedzenie było pyszne, a my nie dość, że się najedliśmy, to jeszcze przeżyliśmy i czujemy się dobrze, chyba.
Tatralandia raz jeszcze - zdjęcie nie całkiem poważne ;)
W sobotę z samego rana musieliśmy się pozbierać i ruszyć w drogę powrotną do ojczyzny. Ojczyzny, która przywitała nas płatną autostradą A4, na którą wjeżdżało się z prędkością 5 km/h przez dobre 1,5 godziny. Płatną autostradą, na której co rusz były zwężenia i ograniczenia prędkości do 70 km/h (teraz już wiem, dlaczego Jimi nie próbował wcielić w życie naszego pomysłu z 400 km/h). I za to przejechanie kilkunastu kilometrów rozkopów płaciło się 13zł, podczas gdy na Słowacji kupowało się winietkę za 20zł na cały tydzień poruszania się po wszystkich autostradach w kraju!

26. zjazd KMF dobiegł końca. Wrażeń, wspomnień i zdjęć mamy bez liku (liku - śmieszne słowo). To był niesamowity tydzień, bez grama nudy, za to z mnóstwem emocjonujących, wypasionych akcji i atrakcji. Nie wiem gdzie zrobimy wakacyjny zjazd za rok, żeby przebić zjazd słowacki. Trzeba będzie porządnie się zastanowić żeby nie odstawić fuszerki, wszak na sierpień 2009 przypada X-lecie KMF!


G A L E R I E   Z J A Z D O W E

Galeria: zdjęcia różne Galeria: zdjęcia nieudane


e-mailAutor relacji: Rafał Donica - DUX
Zdjęcia: JIMI, DUX & PATI


STRONA GŁÓWNA | SPOTKANIA KMF