Strona główna KMF
        

To nie był Zjazd dla starych ludzi...

KMF lubi tagline'y zjazdowe (i nie tylko - o czym później), dlatego nikogo nie dziwiły różnorakie pomysły na oficjalny tagline 25. Zjazdu (już ćwierć zjazdowego wieku za nami...). Jednakże wszystkie pomysły zbledły przy pozycji, którą można zobaczyć kilka linijek wyżej, a która została podana w niesamowicie błyskotliwy i elokwentny sposób, którego nie ma sensu przybliżać, bo pomyślicie sobie o nas źle ;). W każdym razie 25. Zjazd Klubu Miłośników Filmu zniknął w niebycie nieznośnej lekkości bytu (chwila na refleksję) i przeszedł do historii jako kolejny kosmiczny weekend, jako niszczyciel przepon, megatron imprez, pogromca smutasów, wyzwoliciel kijów z pewnych części ciała, i jako przestroga przed stołami bilardowymi, wódką przepijaną whisky i posadzeniem Jimiego przed laptopem z uruchomionym programem Microsoft Paint... Jednym zdaniem - działo się, oj działo!

Ale zanim przejdziemy do relacji, warto wspomnieć o małym, półoficjalnym spotkaniu KMF w listopadzie ubiegłego roku, w warszawskim mieszkaniu Karola, gdzie stała się rzecz przełomowa - Klub Miłośników Filmu zrobił pierwszy krok w kierunku przekształcenia w Stowarzyszenie! Zjechało się sporo Klubowiczów, i w ciągu całego dnia musieliśmy ustalić statut (karkołomna sprawa) oraz zarząd Klubu (tutaj już lżej ;). W każdym razie po całodniowej, papierkowej robocie przyszedł czas na relaks i wieczorne wojaże w zwariowanym klimacie zjazdowym - nie obyło się nawet bez drobnego quizu muzycznego przygotowanego przez Karola oraz krótkiego quizu z cytatami filmowymi przygotowanego przez Dziadka. KMF ostatecznie zarejestrował się jako Stowarzyszenie w lutym tego roku :).
Spotkanie stowarzyszeniowe Spotkanie stowarzyszeniowe
Należy jeszcze wspomnieć o znamienitym gościu niniejszego, stowarzyszeniowego spotkania, a był nim tajemniczy krab Wojciech, który pojawił się znienacka, cyknął sobie kilka fotek z Klubowiczami, po czym machnął szczypcami w akompaniamencie frazy "Aaa chu..." i znikł w czeluściach mieszkania Karola ;).
Sesja z krabem Wojciechem Sesja z krabem Wojciechem Sesja z krabem Wojciechem


Let Mortal Kombat begin!

Wracając do właściwej relacji - mieliśmy pewien problem z wyborem miejsca i części Polski, w której nas jeszcze nie było oraz w której nas jeszcze nie znają, i gdy dyskusje o wyborze miejsca, które będzie miało zaszczyt nas gościć zaczynały zahaczać o argumenty z cyklu "Twoja Stara", Kelley poddał pomysł Zajączkowa, w którym podobno bawił za czasów studenckich. I choć pojawiały się głosy zwątpienia, czy to nie zostało przypadkiem zburzone w czasach rozbiorów, Kelley zdołał nas przekonać do swego pomysłu i wybór został zaakceptowany prawie jednomyślnie, choć niektórym nazwa kojarzyła się z zajączkiem... eee... króliczkiem Playboya (a czy to źle?). Ażeby ukrócić te haniebne spekulacje względem nazwy, z 23. osób, które miały przyjechać na Zjazd jedynie cztery były płci odmiennej od tej przeważającej. Stąd nieoficjalna nazwa zjazdu: Parówka-Fest.
Dworek w Zajączkowie
Zaproponowane przez Kelleya miejsce okazało się dla nas idealne - położony na uboczu sporej wielkości post-PRLowski pałacyk, otoczony z trzech stron pokaźnym jeziorem; dwupiętrowy (oba piętra tylko dla nas - fuck yeah!); z przestronnymi korytarzami na pierwszy rzut oka przypominającymi te z "Lśnienia"; z całkiem przytulnymi pokojami (w niektórych nawet były prysznice, a wszędzie niekończąca się ciepła woda!); ładną stołówką; dwiema salami przeznaczonymi na spotkania (jedna nazwana jakby specjalnie pod nas - Salą Klubową) i absolutnie fenomenalnym, jedynym w swoim rodzaju stołem bilardowym, o którym później... A że właściciele na noc zostawiali nas samych (chyba, że o czymś nie wiemy - jak były zainstalowane jakieś kamery, to kierujemy wyrazy współczucia dla ludzi, którzy musieli oglądać nasze wygłupy ;), to działo się dużo, szybko i (nie)pamiętnie. I tylko pogoda nie bardzo dopisała, ale co tam pogoda, zawsze stara nam się wywinąć jakiegoś psikusa, a my zawsze reagujemy na to gestem Kozakiewicza. Takie z nas kozaki ;).

Klubowicze zjechali z całej Polski i nie tylko (byli również nasi korespondenci irlandzcy - Jimi i Maua oraz angielski uwodziciel nieletnich Bucho). Okazało się, że najtrudniejszym zadaniem nie było przejechanie połowy nadwiślańskiego kraju, a trafienie w nocy do sprytnie ukrytego wśród gór, lasów oraz złośliwych kałuż ośrodka (który swoją drogą wg GPSa jest położony w środku jeziora...). Jacek, Adi i Phonik kluczyli po lesie i odnajdywali coraz to nowe sklepy (dobrze, że nie motele...), Kelley z na wpół trzeźwą ekipą (w tym Alieenem z pęcherzem wielkości orzeszka ziemnego) trafił bez problemu, a Hunter jak zobaczył pewien duży, strategicznie rozmieszczony na środku drogi akwen wodny, zwątpił i znalazł drogę okrężną ;). Ważne, że wszyscy dojechali cali i zdrowi (choć z Adiego zdrowiem psychicznym podobno było ciężko i w pewnym momencie kluczenia po lesie chciał wyrywać dziury w asfalcie, ale asfaltu nie było...), by móc rozkoszować się towarzystwem jedynej takiej bandy zwierząt w naszym cywilizowanym świecie :). A jeszcze przy okazji kwestii dojazdowych, ekipa w samochodzie Romecka i Kasi miała niecny plan, ażeby wjechać pod pałacyk z włączonym na pełne głośniki apokaliptycznym kawałkiem z "Mgły" (Dead Can Dance - "The Host of Seraphim"), ale jak wjeżdżali nikogo nie było, aby ich przywitać i po kilku okrążeniach parkingu przed pałacykiem dali sobie spokój i z malkontenckimi minami wpadli, by z miejsca ochrzanić wszystkich, którzy byli już na miejscu, że spieprzyli ich wspaniały pomysł. No cóż, życie ;). Jak już było wspomniane wcześniej, miejscem wydarzeń, które zapewne wkrótce okażą się kolejną legendą pałacyku w Zajączkowie była sala dumnie zwana "klubową". To tu hartowała się stal i tu też miały miejsce wydarzenia, które zmieniły bieg historii. A rozpoczęło się niewinnie...
Hunter, Alieen, Jakuzzi i Jimi Dux, Pati i szaleństwo Alieena w tle ;)
Zjazd ten obfitował w debiuty - aż trzech nowych Klubowiczów zdecydowało się zaryzykować utratę wątroby, przepony i kilku innych ważnych narządów, żeby poznać tych, z którymi na co dzień komunikują się za pomocą internetu. Byli to Dirk, Gonzo i Piwon. Brawa dla nich, bo cała trójka całkiem nieźle przyjęła trzy dni rozmów o filmach, polityce w Unii Europejskiej i globalnym ociepleniu, a także panele edukacyjno-dyskusyjne dotyczące robienia, oglądania, dystrybuowania i kształcenia w sferze szeroko pojętej kinematografii (no co, chęci mieliśmy!). I nawet gdy byli zdziwieni tym, co widzą, szybko przyzwyczajali się do nowych definicji absurdu i włączali do zabawy z udokumentowanym rezultatem, który zostanie ujawniony szerszej publiczności nie wcześniej niż w 2044 r. A okazję do wykazania się mieli już w piątek, gdyż czekając na przybycie ekipy wrocławsko-raciborskiej oraz warszawsko-sosnowiecko-irlandzkiej zaczęliśmy grać w kalambury filmowe (a to nowinka...). I choć nowi byli trochę oszczędzani (a przynajmniej do pojawienia się większej partii wody ognistej), to i tak dawali z siebie wszystko. Dwie naprzeciwlegle siedzące do siebie grupy, niczym w klasycznym westernowym pojedynku zaczęły się sobie przyglądać i ważyć wzrokiem przeciwników. Po jednej stronie Kasia Pazuzu starała się wraz z Mati dyrygować coraz bardziej szalejącymi Bucho, Jakuzzim i Jackiem, z drugiej natomiast nikt nie przejawiał żadnych zapędów do jakiejkolwiek koordynacji i każdy robił co chciał ;). Początkowo towarzystwo rozkręcało się powoli, ale po takich hiciorach do pokazania jak 'Vera Drake' (WTF?), 'Apocalypto' ("podobne do Armageddonu" ;) ) 'Moje własne Idaho' (odgadnięte po 7 sekundach) czy 'Deja Vu' (konkurs dla czytelników - jakbyście to pokazali? :D) obie drużyny nabrały wiatru w żagle i zaczęły się pierwsze złośliwości, Beowulf został wyśmiany, że nie potrafił pokazać "Akademii Pana Kleksa", Jakuzzi i Bucho postanowili deprymować przeciwną drużynę rzucaniem swoich butów i skarpetek na środek sali (dobrze, że nie czegoś innego...), a Hunter w typowym dla siebie minimalistycznym stylu odhaczał kolejne dobrze i bez zbytniego wysiłku pokazane hasła. Pierwsza faza kalamburów zakończyła się, gdy przyjechała wódka...
Gonzo i Hunter Kasia, Pati, Maua i Mati
...to znaczy Jacek, Phonik i Adi, którzy klucząc między osławionymi kałużami, zwiedzając przydrożne domostwa i klnąc bardziej niż w "Chłopcach z Ferajny" dojechali na miejsce koło 22, z pełnym bagażem anegdotek. Np. okazało się, że w sklepie, w którym panowie dokonywali zakupów dla reszty (frajerzy ;) wydarzył się pewien incydent, gdy przy kasowaniu artykułów przemiła dziewczyna z harcerstwa chciała zapakować zakupy Phonika do torby, a ten ją zaatakował z okrzykiem, ŻE TO JEGO ZAKUPY SA!! :) (choć skubany upiera się, że mała pojawiła się znikąd i stąd jego zaskoczenie - jjjasne...). Albo jedna z wielu przytaczanych rozmówek, które panowie przeprowadzili w samochodzie:

Jacek: Phonik, wysłać Ci ten dzwonek? Masz BlueTooth? (Phonik posiada wypasiony model Nokii - 3310 ;)
Phonik: Nie mam, myje codziennie zęby ;)

Zaraz po przyjeździe panowie zostali ogołoceni z zakupów ("składkę zrobimy jutro"), zapytani o to, z kim chcą dzielić namiot, bo razem spać nie mogą i rzuceni z miejsca na niemal w pełni męską (żeby nie użyć innego słowa...) nasiadówkę w Sali Klubowej. Jako że wódka rozluźnia języki i obyczaje, i jako że czekaliśmy na nią przez jakieś 4 godziny, to zabawa zaczęła się wtedy na dobre, a Jacek z przerażeniem odkrył, że w jednej z drużyn powstała swoista loża szyderców, która śmiała się z biednego Karola, że ma 'dupkę jak orzeszek' ;). No cóż, Karol następny raz będzie wiedział, że nie zakłada się obcisłych spodni na spotkanie kilkunastu zdrowo wciętych facetów :D. Obecne wtedy dwie panie powinny się z tym zgodzić. Generalnie to kolejne godziny minęły niemal błyskawicznie, a spora ilość alkoholu nieco przerzedziła wydarzenia w głowach większości. A tu nagle wpadli Kelley, Shandor, Maua oraz zrobieni na wesoło Alieen i Jimi, i zabawa zaczęła się na nowo. Mina Jimiego, którego przy radosnym powitaniu Bucho wraz z Jakuzzim zrzucili ze schodów - bezcenna :). Salę ogarnęło szaleństwo. Jimi z Alieenem oraz duet blondasów Bucho i Jakuzzi przechodzili samych siebie i w oparach absurdu, spontaniczności dali pokaz swego niekwestionowanego talentu komediowego. Reszta dzielnie im wtórowała. Kalambury poszły w zapomnienie. Rozpoczęły się eskapady, czego skutkiem było mordercze uderzenie w łydkę Tomashka wykonane przez Jakuzziego metalowym prętem. Kelley odbył dwie życiowe rozmowy z osobami, które najprawdopodobniej nie nadawały się już do sensownej dyskusji: Buchem i Tomashkiem. Dzielnie to zniósł, a podobno usłyszał ciekawe rzeczy ;). Po drodze jeszcze się okazało, że coś jest nie tak z obsadą Zjazdu, bo było nas 20 osób, a na następny dzień mieli przyjechać jedynie Dux i Pati. Nie trzeba było wyższej matematyki, żeby obliczyć, że 20 + 2 nie równa się 23, czyli że, podobnie jak 3 lata wcześniej w Ochotnicy Dolnej, na Zjeździe pojawi się dodatkowy, tajemniczy osobnik. I tak jak na tamtym Zjeździe, tak w Zajączkowie z miejsca zyskał on miano Jezusa ;). Do dziś nie wiadomo, skąd się wzięły 23. (przypadek?) osoby na liście zjazdowej, ale koniec końców nie musieliśmy płacić na dodatkowego gościa, a cała sytuacja przysporzyła nam niezłego ubawu.
Jimi, Jakuzzi i jego cyfrowa podobizna Phonik i Shandor
Wracając do piątkowego szaleństwa. W pewnym momencie KMF podzielił się na dwa wymienne obozy: pijący i dowcipkujący oraz pijący i dyskutujący. Ale jaka to była dyskusja! Nie wiadomo, kto ją zaczął (ani kiedy się zaczęła), ale z upływem czasu dołączało coraz więcej osób, a tematyka była szeroka jak most, na którym napierdzielały się Transformery (?): od kondycji kina poczynając, poprzez jakieś dziwne teorie fizyczno-kwantowe, a na sytuacji geopolitycznej Polski na przestrzeni dziejów kończąc (najbardziej powtarzanymi wyrazami tej nocy były 'Jałta' i 'k...a' ;). W pewnym momencie, czyli pod koniec, zrobiły się trzy obozy: Beowulf, Adi (i ci, którzy popierali Adiego) oraz reszta, która z mniejszym lub większym przerażeniem patrzyła na eskalację argumentów i coraz większe bluzgi Adiego reagującego na rzekome herezje wygłaszane przez Beowulfa (choćby walka o to, czy James Cameron się skończył, czy nie - Bucho był autentycznie załamany takim nastawieniem). Najgorzej miał chyba Dirk, który nie wiedział, że panowie lubią się tak przekrzykiwać i z narastającym przerażeniem wypatrywał momentu, kiedy Adi zamieni się w Hulka i napadnie na swojego dyskutanta - a skończyło się na kilku dodatkowych kieliszkach i konsensusie, że i tak każdy ma rację ;). W momencie gdy ta dyskusja trwała, grupa druga bawiła się w polskich Jackassów. Były jakieś latające buty i skarpetki (Bucho przyznał się po Zjeździe do utraty trzech par), stanie na rękach i głowach, przemoczone piwem i sokami spodnie i koszulki (a Maua, wielbicielka Hamleta, wlała Alieenowi piwo do ucha...), wkładanie lampek wina do ust (Jakuzzi nie dał rady i stłukł...) oraz latające metalowe nie-wiadomo-co (m.in. statyw do aparatu) rzucane przez Alieena i Jimiego w stronę głowy Jakuzziego (a wyobrazić sobie można, do czego zdolny jest prawnik bez głowy...). W pewnym momencie zrobiło się na tyle niebezpiecznie, że Kelley musiał wynieść ostatnią butelkę wódki (podobno na prośbę nie pamiętającego nic z tej nocy, lecz wdzięcznego następnego dnia za ten samarytański gest Bucho), i jak później mówił Jimi, uratował tym samym pałacyk przed niechybnym zburzeniem. Przed spaniem jeszcze resztką sił Bucho wraz z Adim "wyśpiewali jak ten natchniony poeta Horacy..." "Smutasy mazgaje" Teya i padli nieprzytomni. Ostatni imprezowicze poszli spać koło 5.30 rano, zostawiając po sobie gorszą demolkę niż to, co niedawno przeżył Manhattan w "Cloverfield"...
Podczas quizu tagline'owego
...a w sobotę rano, czyli koło 11, gdy kilku Klubowiczów poszło sprawdzić, jak Sala Klubowa wygląda w świetle dziennym, zastali ją ładnie wysprzątaną, z ułożonymi w rządek i przygotowanymi do wyniesienia workami ze śmieciami oraz generalnym zapachem świeżego powietrza dobywającego się z otwartych okien. Zachodziło podejrzenie, że konkurencja wpadła i chciała nam zepsuć reputację Klubu Miłośników Funu, ale okazało się, że osobą za to odpowiedzialną była Maua, której się nudziło za rana (aż strach pomyśleć co by było, gdybyśmy wzięli na Zjazd więcej kobiet...). Kiedy wszyscy już wstali, niektórzy jedynie siłą woli, okazało się, że Dirk, debiutant, który powinien starać się doświadczać jak najwięcej - śpi mocno i nic nie jest w stanie go od tego średniego pomysłu odwieść, a chłopak w sumie nic nie pił... Kolejny dzień Zjazdu KMF powitał częściowo na kacu, a częściowo bez kaca. Niektóre jednostki pojawiły się na śniadaniu, reszta dzielnie znosiła trudy nocy. Odważni postanowili wyściubić nos i ruszyli na podbój przeuroczej wioski. Celem ich pielgrzymek był pobliski sklep GS, który jak nakazuje tradycja czynny był do godziny 13.00. Głównym celem była woda (nie wóda). I tzw. painkillery, czyli cokolwiek co się zaczyna na 'apap'. Sklep obsługiwała przemiła dziewczyna, do której nabraliśmy podejrzeń, że jest robotem :). Jak ktoś brał coś z półki, choć stał tyłem do ekspedientki, słyszał zaraz jak nabija to na kasie. Jacek później stwierdził, że gdy położył przed nią banknot, ona rzuciła - DZIEKUJĘ po czym przystąpiła do wydawania reszty a on tylko czekał aż mechanicznym głosem rzuci: PRZYSTĘPUJE DO WYDAWANIA RESZTY. ŻYCZĘ MIŁEGO DNIA :). Wejście do tegoż sklepu przy okazji automatycznie zwracało uwagę tamtejszych tubylców, przesiadujących w uroczym sklepiku prawdopodobnie od jego otwarcia (eee... raz będzie bez złośliwości). Towarzyszący pani ekspedientce oddawali się konsumpcji wybornych inaczej piw w plastikowych butelkach. Członkowie KMFu stali się w pewnym momencie sporą atrakcją, która niestety okazała się ulotna, gdy zaczęli kupować jedynie słodycze, prochy i wszystko, "co jest mokre a nie kopie" (?). Po powrocie ostatniej grupy stwierdzono, że Dirk ciągle śpi.

W tym miejscu przerwa na kilka słów o Sali bilardowej. Istna komedia z krzywym kijem, przemalowanymi kulami oraz z nierównym stołem, dla którego nie miały zastosowania żadne ze znanych praw fizyki, a z sukna, którego według Gonzo można by odtworzyć zwyczaje żywieniowe i preferencje alkoholowe mieszkańców ośrodka na kilka lat wstecz :). Plus ściana, która uniemożliwiała oddanie strzału z boku stołu, oraz bliskość okna, gdzie przy celowaniu w bile można było sobie usiąść na parapecie ;). Przy okazji, z tego właśnie okna Dirk wypatrzył podobno jakąś dziewczynę nie z KMFu, wprawdzie tylko przez chwile i stojącą tyłem, ale wystarczyło to naszej dziewicy zjazdowej, aby ostatecznie obalić plotki jako byśmy mieli uczestniczyć w gejowskim party. No cóż, bez komentarza :). A wracając jeszcze na sekundę do stołu - wszystkie niedogodności nie były większą przeszkodą dla istnego turnieju bilardowego rozgrywanego przez całą sobotę, a nawet, w pewnym specyficznym sensie, urozmaicały grę o ciekawe zagrania, których nie powstydziłby się sam "Szybki Eddie" Felson ;). Bez przesady - na tym stole można było przy odpowiedniej dozie szczęścia i kilku porządnych podmuchach wiatru wbić wszystkie bile za jednym uderzeniem...
Bilardowe zmagania na najlepszym stole świata Bilardowe zmagania na najlepszym stole świata
Co poniektórzy czas do długo wyczekiwanego obiadu umilali sobie popołudniową drzemką (lub nieprzerwanym od rana snem). Tymczasem z wizytą przybył szef wraz z narzeczoną czyli Dux i Pati, którzy zaczęli coś przebąkiwać o jakimś weselu, lecz szybko stracili publiczność na rzecz bilarda ;). Przyjazd Szefa zmobilizował Dirka do wstania. Była 14. Jeszcze przed obiadem posiedzieliśmy sobie w Sali Klubowej, gdzie Piwon dał bardzo porządny wykład o nauce szybkiego czytania, Hunter przez prawie godzinę czytał 507. stronę "Harry'ego Pottera i Insygniów Śmierci", bo co chwilę kusiło go przywiezione przez Kelleya "Empire" z porządnym artykułem o zbliżającej się wielkimi krokami czwartej części przygód Indiany Jonesa oraz Harrisonem i Shią na okładce. Przy okazji w pewnym pokoju kilka osób podziwiało wysmarkaną na chusteczce z pięciolinią mieszanką motywów muzycznych, która zyskała później miano 'Mona Lisa Oversmark' by Don Romecky. Kasia była bardzo dumna ze swojego chłopa . Potem był rodzinny obiad z za małą sztuką mięsa nadziewaną serem. Obiad, na którym w pewnym momencie Jimi wstał ze swojego miejsca, by objawić reszcie pomysł na kolejny Zjazd - na Słowacji. Na jego nieszczęście KMFowi się nie przerywa, gdy ten kolektywnie je, a więc szybko inicjatywa naszego irlandzkiego madafaki została spacyfikowana gromkim 'pomyślimy o tym później' ;).

Po obiedzie przyszła pora na najmniej miłą część zjazdu, czyli opłacenie całości. Dwaj (zdradzający objawy zawodowstwa windykacyjnego) "komornicy" Kelley i Beowulf wprowadzając żelazną dyscyplinę w krótkim czasie zebrali całą kwotę do uiszczenia. Zastraszając ogół ("nikt nie wyjdzie stąd!") dopięli swego. To była najszybsza składka w historii KMFu! Nawet sami windykatorzy byli zaskoczeni sukcesem podjętego przedsięwzięcia. Warto w tym miejscu również podkreślić wkład debiutanta Gonzo w warstwę organizacyjną w postaci dwóch długopisów i wysokiej jakości kartek kratkowanego papieru :). Nadszedł czas przygotowań do drugiego wieczoru. Kelley wraz z Shandorem udali się na zakupy do pobliskiego hipermarketu (?), część ponownie szlifowała swe szokujące umiejętności na stole bilardowym, a Phonik wraz z Duxem poczęli rozkładać sprzęt: laptopa, rzutnik i głośniki przywiezione przez Karola, których było 5 + subwoofer, ale do których Karol nie wziął kabelków także działał tylko jeden ;). Phonik przy okazji chciał jeszcze puścić "Grindhouse" w HD, lecz okazało się, że sprzęt Szefa jest za słaby na taką rozrzutność obrazu i dźwięku...
Tomashec, Karol, Phonik, Jacek i Kelley w tle Godfather Romeck z Kasią i Mati
W pewnym momencie w sali obokbilardowej, zwanej Wykładową, zapadło poruszenie, a że jesteśmy osobami towarzyskimi, porzuciliśmy prosty jak zęby Krakena stół i... natknęliśmy się na seans South Park: Imaginationland Trilogy, a dokładniej to natknęliśmy się na Cartmana wyjaśniającego komuś, że tamten musi, i tu przytaczamy cytat "suck my balls" (czynność często widywana w damsko-męskich i męsko-męskich produkcjach najbogatszej gałęzi przemysłu filmowego). Same odcinki South Parku były na tyle fajne, i na tyle często to hasełko (nazwijmy je tagline'em) się w nich pojawiało, że niedługo kilka osób z rozkoszą i uśmiechem na ustach wypowiadało je w kierunku innych. Dzięki temu, a raczej przez to wydarzenie Jakuzzi, skądinąd miły i spokojny chłopak, stał się w nocy ofiarą wielu bezeceństw oraz dziwnych skojarzeń, których tu oczywiście nie przytoczymy, żebyście nie pomyśleli sobie o nas źle ;). Ale zanim do tego doszło nadszedł czas kolacji, na którą chętnie wybyli wszyscy prócz Jacka i Beowulfa, trenujących skomplikowane uderzenia na stole bilardowym.

Po powrocie z kolacji nadszedł czas na quiz-niespodziankę Duxa. Okazało się, że Szefu przygotował rzeczywiście coś, czego nie było nigdy w Klubie - zgadywanie tagline'ów filmowych puszczanych z PowerPointa przez projektor. Dux podzielił nas wcześniej na 4 drużyny, kapitanami których byli odpowiednio Mati, Maua, Gonzo i Karol. Nie ma sensu wyjaśniać zasad, bo i tak spędziliśmy dobre 15 minut na ich przyswajanie (a niektórzy na otwieranie pierwszych butelek z alkoholem, gdyż okazało się, że jest ich... za dużo! Ale bez obaw, daliśmy radę!). W każdym razie zabawy było co niemiara, powstało wiele kultowych tekstów i kilka równie kultowych obelg. Hunter z Dirkiem na zmianę strzelali 'Vera Drake' i 'Pani Zemsta', a ten drugi widząc tagline z Predatora "Jeśli to krwawi, możemy to zabić..." od razu krzyknął "Kobieta!", a po chwili dodał "Czekaj, to nie tytuł filmu..." ;). Gdy na ekranie pojawił się tagline z Ed Wooda kończący się zdaniem 'swetry z Angory były jego słabością' ktoś krzyknął "Nie wiem co to, ale musi być o hOPSie" ;). W taki oto sposób nawet ci, którzy nie mogli do nas dojechać, zostali w jakiś sposób symbolicznie wspomniani (podobnie było z Deiną, ale o niej akurat krążyły jakieś głupie dowcipy, podarujemy sobie więc cytowanie ;). Ciekawe też były podpowiedzi Duxa: "To druga część filmu o nieszablonowej akcji" (Krucjata Bourne'a) albo " sequel filmu science-fiction (Terminator 2). Ostatecznie wygrała drużyna Mati (Jakuzzi, Phonik, Dirk, Beowulf) zgarniając wypasione wydania DVD poszczególnych części Hellrasierów i... "Pianisty" :D. Niezwykle zachował się Jakuzzi, który zaskakując nawet samego siebie przekazał, ot tak, z dobroci serca, płytę DVD z filmem "Hellraiser II" Tomashkowi. Okrzyk zwycięzców do pokonanych brzmiał oczywiście "suck..." (możecie sobie sami dokończyć ;).
Zabawy weselne w rytmie 'Around the world' Romeck, Shandor, Mati, Gonzo i Adi
Po chwili, która trwała prawie godzinę z powodu problemów technicznych (czytaj: nikomu nie chciało się przenieść laptopa i głośników piętro wyżej) i kolejnych podejrzanie wyglądających szklankach z sokiem jabłkowym, rozpoczął się quiz muzyczny Beowulfa. Drużyny były dwie: WiR oraz DiK, ale skrótów tych postanowiliśmy nie rozwijać ze względu na dobro naszych czytelników. Okazało się, że jeśli są jakieś granice nazewnictwa, których nie można przekroczyć, KMFowi się uda :). Pomimo drobnych problemów technicznych (zawieszenie się systemu bez zapisania punktacji) quiz przebiegł w miarę szybko, a Beowulf, który ambitnie twierdził, że będzie puszczał takie kawałki, których nikt nie będzie znał, z niedowierzaniem patrzył na podnoszone w górę ręce po kilku sekundach. Powstało przy okazji kilka ciekawych sytuacji, jak np. Jimi zdegustowany tym, że nie rozpoznał kawałka ze "Skrzypka na Dachu" zaczął myśleć o sequelu pt. "Wiolonczelista w Piwnicy" ;D. Całość zakończyła się wykrzyczanym przez Jacka na jednym głębokim wdechu PIEKIELNA GŁĘBIA TREVOR RABIN YEAHH!! ;). Zwyciężyła drużyna DiK (żebyście wy wiedzieli co oznacza ten skrót...), odbierając butelkę irlandzkiej whisky, a indywidualnym masterem quizu okazał się Kelley z drużyny WiR (wielkie brawa!), który dostał oryginalnego OSTa z Bad Boys 2 oraz specjalne wydanie DVD "Planety Małp". O drugie miejsce trzeba było przeprowadzić dogrywkę, ponieważ trzy osoby - Romeck, Karol, Jakuzzi - miały tyle samo punktów, a nagroda była jedna. Motyw z "Hooka" odgadł Karol (ale spodni nie zmienił :D) i to on zdobył srebro oraz DVD z "Clerks 2", trzecie miejsce zostawiając ex equo dla Romecka i Jakuza (dostali plakaty filmowe, m.in. z najnowszego Indy'ego). Jeszcze Alieen dostał za czwarte miejsce, czyli najgorsze z możliwych, najnowszy film z "bobikiem" Seagalem i propozycję "suck..." no... wiecie co... a za ostatnie punktowane miejsce Tomashec (dzięki pomyłce Beowulfa, który źle popatrzył na punktację końcową - nagrodę powinny dostać 4 osoby) otrzymał koszulkę KMFu... z napisem Maja na rękawie (były Klubowicz, który nigdy swojej koszulki nie odebrał). Alieen odebrał jeszcze jedną nagrodę, jako kapitan zwycięskiej drużyny, a nagrodą była butelka whisky Jameson. Po quizie wiele osób było już nieźle zrobionych, zaczęła się więc konstatacja wygodnych foteli oraz szeroko rozumiane dyskusje o wszystkim, o niczym i o tym pośrodku, wzbogacane porządną alkoholizacją. Ale w tym momencie stało się coś, co odmieniło wszystkich tam obecnych na całe życie...

Nadszedł czas na erupcję talentu DJ-a Jimiego, który zadziwił swym mikserskim talentem muzycznym nie wychodzących z podziwu słuchaczy. Otóż Jimi dobrał się do laptopa i zaczął samplować motywy z quizu (hitem było "Always look on the bright side of life" Pythonów), a robił to tak przekomicznie, że wszyscy słuchacze pokładali się dosłownie ze śmiechu. Kiedy po 15 minutach wydawało się, że powoli staje się to nudne, Jimi wymienił samplowane utwory i z pomocą Alieena dodał do całego show jeszcze mimikę i gestykulację. Tego się nie da opisać... ale filmików też nie da się pokazać ;). Tak jak nie da się pokazać tego, co chluby KMFu zrobiły później. Wraz z Alieenem dali upust talentom rysowniczym, potrzebując do tego jedynie tak banalnego programu jak Paint, kreśląc obrazki z życia Jakuzziego ;). W ogóle obaj panowie z pomocą Jakuzziego, Bucho i co chwilę włączającego się Gonzo (oraz z pomocą wody ognistej. Howgh!) postanowili, że dadzą kolejny show i przy okazji przetestują limity cierpliwości Klubowiczów. Okazało się, że oglądanie pięciu na co dzień poważnych ludzi bawiących się w weselne zabawy (kto ostatni usiądzie na fotel w rytm 'Around the World' puszczanego przez Piwona) potrafi przyciągnąć uwagę na całkiem spory okres czasu. Kiedy i to im się znudziło, nasi szołmeni doszli do punktu kulminacyjnego wieczoru, czyli wystawienia na scenach stołecznej podłogi "Transformerów" w wersji dla biednych, ubogich i widzących białe motomyszy z Marsa. Pozbierali wszelkie możliwe kartony, butelki i rzeczy z Sali, które mogły ostatecznie uchodzić za mobilne i poszli zaatakować wszystkie pokoje, przy okazji pozując w coraz to dziwniejszych pozycjach Kelleyowi, który po raz kolejny odnalazł swoje powołanie jako fotograf zjazdowy. Na szczęście w pełni nie odkryli swych destrukcyjnych możliwości i pałac w Zajączkowie wciąż stoi na swym miejscu. Zdjęcia, dość powiedzieć, zostały poddane cenzurze.
Podczas quizu muzycznego
Podsumowując, po quizach większość czasu zleciała nam na oglądaniu pięciu chłopa robiących z siebie mniejszych lub większych głupków, albo inaczej - manifestujących swoje superego, jakby to określił pewien niemiecki uczony mający problemy z postrzeganiem swoich rodziców. Ale przy okazji odbyło się kilka ciekawych dyskusji, przelał ocean wódki (to właśnie o to chodziło Drakuli, kiedy mówił 'przebyłem oceany czasu, żeby cię odnaleźć') i było generalnie śmiesznie, wesoło i skocznie, choć skończyło się wcześniej niż pierwszej nocy (wypada przypomnieć w tym miejscu tagline Zjazdu...). Wszyscy już poszli spać, ale nie... nie wszyscy - czterech panów o dźwięcznie brzmiących ksywkach Alieen, Bucho, Jimi i Jakuzzi (w skrócie ABJJ) postanowiło sprawdzić wytrzymałość stołu do bilarda i gadżetów znajdujących się na nim. Panowie zaczęli grać w bilard, co oczywiście szybko przemieniło się w Armageddon (nie Apocalypto) i nisko latające bile typu ziemia-powietrze. Zwieńczeniem wieczoru był kolejny atak Bucho i Jakuza (po pierwszym piątkowym) na pokój Alieena, Mauej i Jimiego, którzy już sobie smacznie spali, kiedy nagle wpieprzył im się na mieszkanie pan szmata-przykrywka stołu bilardowego, trójkąt, oraz samobieżny nisko profilowany fotel. Gdy już udało się Alieenowi usunąć intruzów z pokoju złożyli broń i udali się na spoczynek.

Niedziela nadeszła nagle - czas pożegnań i wyjazdów. Szkoda, że trwało to tak krótko, i ponownie pozostał ten niedosyt i smutek, że nie udało się ze wszystkimi porozmawiać, pobyć, pożartować, podotykać, pomacać (kto to napisał?!). Niedziela zwyczajowo jest dniem pożegnań, i tak też było tym razem, ale nie mogło zabraknąć dziwnych rzeczy wartych wspomnienia. Np. warto wspomnieć szczere wyznanie Adiego, który stwierdził, że przyjeżdża na Zjazd dla pierwszej biby i quizów, po których jest mu wszystko jedno i chce jak najszybciej wrócić do domu - pamiętajcie tagline zjazdowy! Niedługo po śniadaniu trzasnęliśmy sobie plenerowe fotki grupowe, a pogoda, typowo barowa przez wcześniejsze dni, nagle się znacząco poprawiła. Przy okazji robienia grupówki, gdy podążaliśmy za aparatem w coraz większy gąszcz, Maua fiknęła kozła i jeszcze w locie (dostała noty: 18, 17.5, 18, 19, 18.5) zaczęła płakać - Jimi musiał zadziałać i przytulić bidulkę, ale gdy zobaczyła, że jest obserwowana przez resztę, od razu nabrała werwy i ruszyła przez chaszcze do punktu zbornego, gdzie Dux ustawiał się z aparatem tak długo, aż Shandor krzyknął "Rób to zdjęcie, nie kręcisz 'Barry'ego Lyndona' " :). Z późniejszych atrakcji można wymienić również totalnie bezcelową i bezsensowną wycieczkę nad jezioro, kompletnie bezproduktywne stanie w kółeczku i plotkowanie o tych, co właśnie wyjeżdżają (Romeckowi i ekipie udało się odjechać puszczając ten anonsowany kawałek z "Mgły" ;) oraz robieniem coraz to bardziej bezsensownych zdjęć. Jedynie Dux z Pati chcieli mieć jakieś normalne fotki, ale za każdym razem w kadr wbiegali Alieen, Jimi albo Jakuzzi ;).
Transformery dla ubogich - vol. 1 Transformery dla ubogich - vol. 2
Koło 11 Adi zaczął się żegnać, żeby zdążyć na pociąg we Wrocławiu, a tu nagle usłyszał z okna takie zaciąganie Piwona - ALEE DAJCIE MI ZEEE PÓŁ GODZINYY, NA SPAKO-WAAANIE :). Mina Adiego - bezcenna. A tuż przed samym wyjazdem pojawiła się nadzieja, że oto znalazła się zaginiona i tajemnicza 23. osoba - niestety Pan żywcem wyjęty z PRLowskiego snu o sukcesie minął nas na swoim grzechoczącym rowerku i pojechał łowić ryby... Ze wspomnień pozjazdowych wynika, że w drodze powrotnej kilka ekip miało również jakieś przygody: śląska przez całą drogę powrotną nie mogła znaleźć ani jednej stacji benzynowej ani McDonalda - istna realizacja obietnic wyborczych Kononowicza; Kelleya odkryła, że można zrobić pizzę wielkości koła młyńskiego, a Jacek, Phonik, Adi i Piwon mijali gościa, który jechał tyłem i ciął przy tym dobre 50 km/h ;).

Tak zakończył się kolejny Zjazd KMF, znowu obfitujący w atrakcje, głupoty i głupotki oraz dawkę absurdu nie do przetrzymania dla normalnego człowieka, i choć był wyjątkowo krótki, to wystarczający do, jak to mawia Bucho, "naładowania baterii i wytrzymania w szarym świecie codzienności do następnego tak wyśmienitego spotkania". Po raz kolejny udowodniliśmy, że każdy Zjazd to cos niebanalnego, nie dającego się zaszufladkować, spowszednieć, coś absolutnie unikalnego, niepowtarzalnego i wielkiego. Oby do wakacji (podobno jedziemy tym razem budować opinię Klubu na Słowacji )! Odliczamy dni, godziny, minuty do następnego zjazdu. Oby jak najszybciej i w jeszcze większym składzie. Wielkie dzięki Wszystkim obecnym!

P.S. Jakuzzi się przeżegnał, gdy zobaczył fotki zjazdowe ;).
P.S. 2. Hunter ostatecznie nie przeczytał "Insygniów Śmierci" :).
Zdjęcie grupowe Od lewej: Jacek, Phonik, Romeck, Tomashec, Kasia, Gonzo, Mati, Jakuzzi, Shandor,
Bucho, Karol, Hunter, Maua, Alieen, Pati, Dux, Beowulf, Dirk, Piwon, Adi, Kelley i Jimi



2 maja 2008 odbył się ślub redaktora naczelnego KMF - Duxa. Wśród zaproszonych gości znalazła się także ekipa KMF: Alieen jako świadek, Adi (dodatkowo w charakterze kamerzysty), Maua i Jimi, Kaha i Dobermann, Hunter oraz byli klubowicze Gruby i Mia, a także Bekon (z osobą towarzyszącą). W kościele pojawili się: Mati, Romeck i jego Kasia (dziękujemy Wam kochani za gofrownicę :). Wielkie dzięki za przybycie i świetną zabawę!
Wesele Duxa i Pati

e-mailAutor relacji: Beowulf z pomocą Zjazdowiczów
Zdjęcia: Dux, Jimi, Mati, Romeck, Bucho


STRONA GŁÓWNA | SPOTKANIA KMF