|
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
Relacja ze zjazdu jest radosna i pogodna, i taki też był sam zjazd - chociaż odbył się w trudnym, bolesnym momencie, niedługo po katastrofie prezydenckiego samolotu w Smoleńsku i w ostatnich dniach żałoby narodowej. Każdy z nas przeżył te przykre momenty na swój sposób, udawać jednak, że spotkanie upłynęło w smutnej, refleksyjnej atmosferze, byłoby zwyczajną hipokryzją. Również relacja odzwierciedla te nastroje. Jeżeli ktoś ocenia, że może się tym poczuć dotknięty i urażony, lub z góry nastawia się na krytykowanie nas za lekceważącą postawę i ogólny tumiwisizm - niech lepiej zaprzestanie lektury w tym miejscu.
to mam ochotę powiedzieć pani za ladą: "spierdalaj". Na trwającym od czwartku do niedzieli zjeździe wiosennym pojawili się (w kolejności alfabetycznej): Alieen, Artemis, Bocian, Ciuniek (który pobił niekwestionowany rekord 12 godzin za kółkiem, z czego całe 4 zajęło mu ostatnie... 40 km drogi), Crash, Dejna, Dobermann, Fidel, Hunter, Jakuzzi (od piątku), Jimi, Kaha, Karol (do soboty), Kelley, Maua, Phonik (od piątku), Piwon (od piątku), Tomashec (od piątku) oraz stali współpracownicy i przyjaciele KMF: Vera, Mefisto (który przyczynił się do bicia rekordu przez Ciuńka), Dr_Bakier, Romeck i Kasia. Niestety po raz pierwszy od ponad 10 lat na spotkanie klubowe nie udało się dotrzeć Duxowi i jego małżonce - plany pokrzyżowała im ciężka choroba Pati (w imieniu swoim i reszty zjazdowiczów życzę szybkiego powrotu do zdrowia!). Nie dotarli także Bucho (awaria nogi), Traku (choroba), Beowulf (pracujący przy festiwalu OFF Camera w Krakowie) oraz Adi i Łukasz Waligórski, których zatrzymały niecierpiące zwłoki sprawy zawodowe.
Czwartek, dzień bez żółtych kartek Na miejscu okazało się, że na Zjazd przybyli - mimo wcześniej zapowiedzianej nieobecności - Jimi i Maua. Była to tak wielka niespodzianka i zaskoczenie, że niemal wszyscy zjazdowicze poszli na stołówkę zjeść kolację, a Ciuniek, Alieen i Fidel pojechali do Szamotuł odebrać ze stacji Karola. W Szamotułach na dworcu kolejowym Alieenowi zachciało się siku - zapytawszy pani przy okienku informacyjnym, gdzie może znaleźć toaletę, usłyszał, że WC jest czynne od 8:00 do 16:00 - niedowierzanie + absurd zamieniło się w krótkie, szybkie i rzeczowe pytanie, w którym jedno słowo zaczynało się na literę C, a drugie na literę K, po czym otrzymał tę samą, utrzymaną w stoickim tonie odpowiedź. 1:0 dla Szamotuł...
Posiadacze konsoli Playstation 3 często dyskutowali o trofeach, tudzież trofikach, które można zdobywać w całej masie gier, a dyskusji często z zafascynowaniem przysłuchiwał się Kelley, który za cholerę nie mógł zrozumieć zacnej idei tych prestiżowych pucharków, ale próbował, za co należy mu się honorowe, brązowe trofeum ;). Okazało się zresztą, że Zajączkowo jest świetnym miejscem do zdobycia kilku(nastu) trofików do kolekcji - i tak część osób próbowała odkryć, co dostanie za wypicie 10 herbat, 20 kaw czy opróżnienie misy z sosem do spaghetti (dostanie oczywiście dokładkę - na co cały czas liczył wiecznie głodny Hunter ;). W tym samym czasie trwała dyskusja na temat "Drag Me to Hell". Mefisto, jak to Mefisto, chciał przerobić film Raimiego na porno, co bardzo spodobało się Verze i Bocianowi, którzy ochoczo obsadzili w roli głównej paskudną babcię; Vera, która jest mądra i dużo myśli, ukuła nawet nazwę gatunku, do którego ów film miałby przynależeć, mianowicie "geriatror" ("geriatrol" nie, bo brzmi jak maść na żylaki ;).
Piątek, tygodnia koniec i początek W piątek rano w stołówce czekała na nas jajecznica (a raczej sól z dodatkiem jajecznicy, którą Artemis i tak chciała jeszcze dodatkowo posolić ;) oraz przysmaki w postaci wędlin, serów, pomidorów, ogórków i dżemów. Na obiad spodziewaliśmy się pieczonych kaczek i prosięcia z jabłkiem w pysku, ale była tylko ryba. W pewnym momencie ktoś dostojnym głosem powiedział do Jimiego: "Andrzeju, czy mógłbyś podać mi kawior?", na co Jimi odpowiedział: "Oczywiście, ale nie dostrzegam kawioru, ponieważ zasłania go szampan" ;). Przez kilka kolejnych dni przychodziliśmy na stołówkę coraz bardziej podejrzliwi - wśród posiłków pojawiła się m.in. sałatka warzywna zrobiona prawdopodobnie z ziemniaków z obiadu oraz sos do spaghetti z kawałkami parówki - prawdopodobnie ze śniadania. Idąc tym tropem, w ostatni dzień spodziewaliśmy się wielkich mich, gdzie będzie wrzucone i zmieszane wszystko z dni poprzednich - taka regionalna potrawa zwana mixem niedzielnym ;). W dodatku Dejna dostawała podczas posiłków jakiejś niesprecyzowanej śmiechawki - nie wiemy, co Dejna wciąga, ale też to chcemy ;). Do obiadu czas leciał nam bardzo leniwie, głównie na świeżym powietrzu, i choć pogoda się trochę popsuła i zaczęło dość mocno wiać - i tak było cieplej niż w pałacyku (gdzie reszta uczestników zjazdu grała w kalambury ;). W międzyczasie odkryta została sala bilardowa, której iście spartańskie warunki (atakujące ze wszystkich stron ściany i półmartwe rośliny, kończące się nagle w połowie kije i stół przywołujący na myśl strukturę polskich dróg lub marsjańskich kanionów) dostarczyły uczestnikom wielu niezapomnianych wrażeń. Na szczęście - mimo bil latających w różnorakich konfiguracjach i we wszystkich możliwych kierunkach - obeszło się bez ofiar w ludziach i przedmiotach. A po obiedzie Dobermann, Kaha, Alieen, Jimi i Maua pojechali do Szamotuł zrobić zjazdowe zakupy. Wybór padł na Tesco, do którego - jak się okazało - wcale nie tak prosto trafić. To także może potwierdzić Ciuniek, który dzień wcześniej zaliczył obok tego przybytku m.in. jazdę pod prąd w obecności policji. Po wielu minutach kluczenia po Szamotułach i pytania o drogę napotkanych osób, grupa Dobermanna wciąż dostawała wydawałoby się rzetelne wskazówki co do lokalizacji Tesco, jednak za każdym razem lądowała w innym miejscu. Do tego doszła jeszcze presja czasu - bo skoro toalety w Szamotułach są czynne tylko do 16:00... Z pomocą przyszedł klasyczny, miejscowy żul, który stanowczym tonem powiedział: "Tu w lewo, i potem na światłach jeszcze raz w lewo" - i trafiliśmy bez problemu :).
Późnym popołudniem dołączyli do nas Piwon i Phonik, ubrani jak rasowi ochroniarze - zatem uznaliśmy, że są z BOK-u (Biuro Ochrony KMF-u), a jako ostatni dotarł wieczorem Jakuzzi - wpadł na stołówkę, gdzie wszyscy właśnie konsumowali posiłek, po czym stwierdził, że chętnie by się przywitał, ale kolacja ważniejsza, bo stygnie ;). Ostatecznie sam posilił się w towarzystwie Piwona, bardzo kwieciście komplementując jego sposób przeżuwania. Na zjeździe nie zabrakło quizu muzycznego (motywy i piosenki w trzech etapach), przygotowanego tym razem przez Dejnę i Bociana. Już na starcie Dejna wprowadziła nową zasadę - jeśli ktoś powie tytuł filmu bez uprzedniego podniesienia ręki, zostaje dożywotnio zdyskwalifikowany w quizach muzycznych KMF - hm, trzeba przyznać, że to dość rygorystyczna zasada... Na szczęście obyło się bez ofiar ;). Klubowicze zostali podzieleni na dwie grupy ("Pięciokilometrowe sarny" oraz "Lepsze ucho Karola"), których kapitanami zostali Mefisto i Alieen. Po krwawej batalii (trwającej błahe 5 godzin), podczas której padały przyjacielskie teksty w stylu "Znudziło ci się oddychanie prostym nosem?" albo "Chyba dawno nie piłeś szpitalnej herbaty...", zwyciężyła drużyna Mefisto, zaś na podium - z największą ilością punktów - uplasowali się Romeck, Kelley, Mefisto, Ciuniek oraz Karol, którzy zgarnęli zacne nagrody w postaci eleganckich wydań DVD, a nawet płyty gramofonowej z muzyką z "Metropolis". Alieen natomiast otrzymał nagrodę specjalną - dwie rolki papieru toaletowego marki "Elfi" za najbardziej gównianą odpowiedź (pomyłka "Amarcord" z "Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki" ;). Należy wspomnieć, że Alieen sam ufundował tę nagrodę, która zresztą okazała się niesamowicie praktyczna, bowiem dzielił pokój z cierpiącym na problemy żołądkowe Jakuzzim, a ten zapomniał wyposażyć się przed zjazdem w Stoperan ;). Niestety, Alieen zapomniał o problemach swojego współlokatora i porzucił obie rolki pod fotelem w "Klubowej", skąd następnego dnia wydobyła je (oczywiście po cichu...) Vera. Wracając do quizu: podczas zabawy Dejna nakrzyczała na Bociana, że nie umie napisać Ludwik, okazało się też, że Crash posiada swój własny motyw przewodni ("Crash! O-ooo! Saving the universe!" ;), a muzykę do "Kapitana Planety" napisał... ogień ;). Dejna i Bocian - wielkie dzięki za quiz! Dobra robota, srebrny trofik się należy ;).
Sporą atrakcję stanowiły też urodziny Adiego. Ponieważ samego zainteresowanego z nami nie było, toteż wszyscy, w różnych porach i konfiguracjach, sięgnęli za komórki (te sztuczne, nie mózgowe). A że zasięg był, co tu dużo mówić, chu...wy, toteż często leciały życzenia od wszystkich (będących w pobliżu) przez usta jednego/jednej. Oczywiście posypały się też SMS-y, MMS-y i gołębie pocztowe, ale trudno orzec ile z tego solenizant faktycznie otrzymał (możliwe nawet, że nic ;). Nie zabrakło dyskusji o tegorocznych nagrodach filmowych KMF-u (słynne Złote Kraby). Niektórzy (czytaj: Kelley) twierdzili, że kategorii jest za dużo - inni wręcz przeciwnie, że jeszcze paru brakuje (w tym obowiązkowej nagrody dla najlepszego kraba lub najlepszej sceny z krabem w filmie). W każdym razie doszliśmy do consensusu, że tak naprawdę powinniśmy zrobić tylko jedną kategorię - "najlepszy czarno-biały krótkometrażowy dokument produkcji mongolskiej", a klubowicze zamiast swoich TOP 5 powinni robić TOP 1000, w tym TOP 200 filmów produkcji radzieckiej ;).
Po tej próbie Jakuzzi dał sobie już spokój z szukaniem kolejnych "ofiar" ;).
Sobota, dzień szalonego robota W sobotni poranek powitała nas całkiem ładna pogoda, zatem wszyscy szybko powychodzili ze swoich przestronnych lodówek, skonsumowali śniadanie i udali się przed pałacyk na ławki. Taka klasyczna, zjazdowa sielanka - relaks, rozmowy o wszystkim i o niczym, poranna bryza znad jeziora, słoneczko, zimny Lech... Alieen spóźnił się na śniadanie, wpadł jak burza na stołówkę, po czym nakrzyczał na Huntera: "Dlaczego mnie nie obudziłeś!?". Hunter stoickim głosem odpowiedział: "Nie obudziłem cię ponieważ spałeś" ;). Gdy nie wiało - całkiem przyjemnie siedziało się na pobliskim molo, na którym widniał gustownie wyryty napis GEMBOY. Ktoś zauważył płynące kaczki (dzięki czemu Hunter zapaskudził całe jezioro wrzucanymi weń bułkami w całości), ktoś inny wspomniał o puszczaniu kaczek na wodzie, jeszcze ktoś dodał, że podobno kaczki najlepiej wychodzą przy rzucie laptopem ;).
W związku z całkiem ładną pogodą, Jakuzzi - nasz zjazdowy elektro-wodzirej - zaproponował wspaniały i pełen napięcia spacer po Zajączkowie - w trzech etapach, z czego jeden naokoło pałacyku, a drugi na wspomniane wyżej molo oddalone o jakieś... 50 metrów. Trzecia wycieczka okazała się dłuższa, mijaliśmy malownicze okolice zajączkowskiego pałacyku, kolejne molo będące cudem architektury (wybudowane chyba przez inżynierów z Dubaju) oraz najlepsze boisko świata (gdyby trochę koło niego porobić, zasadzić trawę i kupić bramki, to za jakieś 2-3 lata nadałoby się do gry ;). Jakuzzi stwierdził, że spacer nie może zakończyć się póki nie upolujemy jakiejś dzikiej zwierzyny, zatem poza podziwianiem flory tej polskiej wersji Pandory (rym przypadkowy), zaczęliśmy również zwracać uwagę na miejscową, niespotykaną nigdzie indziej faunę - Maua znalazła ślimaka, Kaha zauważyła bąka (pewnie ktoś puścił), Dobermann wyczaił warana z Komodo, a Alieen kilka żab (Bociana z nami nie było, więc żabom daliśmy spokój). Widzieliśmy też koty, z czego jeden udawał martwego. Po drodze spotkaliśmy wiele bramek, przez które moglibyśmy skrócić drogę powrotną do pałacyku, ale wszystkie były zamknięte na kłódkę. No ale tak się jakoś przypadkiem złożyło, że Jimi akurat miał przy sobie palnik acetylenowy... Jednakże wszelkim dewastacjom i niszczeniu czegokolwiek mówimy kategoryczne NIE, i to zasada nr 1 w KMF - więc ruszyliśmy dalej w nieznane, mijając po drodze kilku przyjaźnie nastawionych tubylców, a Jakuzzi wciąż czuwał, aby nie oddalać się za bardzo od pałacyku, bo zapomniał Stoperanu ;). Po tej jakże fascynującej wyprawie niektórzy stwierdzili, że na tak wspaniałej i obładowanej atrakcjami wycieczce nie byli od czasów podstawówki. Nierozwiązany pozostaje natomiast fakt, że Dejna - kuśtykająca z powodu bólu w nodze - wróciła jakąś godzinę wcześniej przed resztą grupy - mimo, iż to ona ją prowadziła... Jako, że Karol nas opuścił - nadszedł czas na tradycyjne zdjęcie grupowe (co nie było możliwe przed jego wyjazdem ;). Jak zwykle niełatwo było nam się zebrać - i w czasie oczekiwania na pamiątkową fotografię kontynuowaliśmy godny Animal Planet program "Przygody ze zwierzętami". Np. Dejna zaprzyjaźniła się z pajęczycą Krystyną ("Dejna jako nasz Franciszek z Asyżu"), a Vera znalazła w kontakcie pod latarnią martwego ślimaka. Szybko okazało się, że ślimak wcale nie jest martwy, tylko naćpany prądem, i wcale nie jest zwykłym ślimakiem, tylko demiurgiem pod postacią ślimaka, i właśnie dlatego, że taki z niego ćpun, świat jest pełen zła i niesprawiedliwości. Filozoficzne rozkminy zostały przerwane w momencie, gdy ktoś zorientował się, że jest nas już komplet i można ustawiać się do zdjęcia (wcześniej czekaliśmy i czekaliśmy na Karola, ale przypomnieliśmy sobie, że wyjechał kilka godzin temu ;).
Chwilę później okazało się, że Jimi i Maua mają poważny problem z powrotem do Irlandii w niedzielę. Na Islandii wybuchł wulkan i unoszące się w powietrzu pyły przyczyniły się do odwołania wszystkich lotów w Europie. Pozostało zatem przebukowanie biletów i tu zaczęły się schody - bowiem nie dało się dodzwonić na lotnisko. Szybka decyzja: Internet i zmiana terminu poprzez stronę. Po wielu kwadransach trudności (Zajączkowo nie należy do miejscowości z najlepszym zasięgiem sieci komórkowych) udało się w hackerski sposób połączyć laptopa z komórką i mieliśmy kontakt ze światem zewnętrznym. Ale Dobermann i Alieen stwierdzili, że ważniejszym od powrotu Jimiego i Mauej będzie sprawdzenie w Internecie pogody na dzień następny - ciężko zliczyć ilość przysłowiowych "kurw" rzuconych w tym momencie przez Jimiego ;). Dostało się m.in. Jakuzziemu, który akurat wtedy siedział cicho jak mysz pod miotłą, więc ten stoickim głosem zapytał: "Andrzeju, czy jest jakiś konkretny powód, dla którego tak na mnie krzyczysz?" ;) W sobotni wieczór stała się rzecz niespotykana - po wielu latach do łask klubowych powróciła... Mafia! I tak impreza podzieliła się na dwie sale - w jednej miasto i mafia mordowali się nawzajem, natomiast w drugiej auli kulturalne, pełne elokwencji i erudycji rozmowy prowadzili m.in. Phonik, Tomashec, Alieen, Jimi i Jakuzzi. Gdy tylko pojawiał się jakiś argument, który w zamierzeniu miał zdeklasować poglądy Jakuzziego w jakiejkolwiek sprawie - ten wprawiał w ruch wspomniany wcześniej gest, kompletnie niszcząc w ten sposób dyskusyjnych przeciwników.
Co jakiś czas następowała migracja i jedna z grup odwiedzała drugą. Padł pomysł, aby Mafię uczynić ciekawszą i bardziej realistyczną - gra byłaby prowadzona w czasie rzeczywistym, przez cały dzień gracze dyskutowaliby kogo "zabić", natomiast w nocy mafia chodziłaby po pokojach i wskazywała mieszkańców miasta do zgładzenia. Emocje gwarantowane! Wracając jednak do tymczasowej, sprawdzonej formuły gry - podczas gdy miasto spało, a mafia się naradzała, obserwatorzy gry zauważyli, że w zabytkowej auli znajduje się wspaniały parkiet, który jednak należałoby wycyklinować. Akurat tak się przypadkiem złożyło, że Alieen miał przy sobie maszynę do cyklinowania parkietów, a tuż za drzwiami czekała cała ekipa remontowa ;). Swoisty rekord pobijał też Ciuniek, który tak sobie zaplanował czas, aby przed kolejną (12-godzinną zapewne) podróżą jak najmniej się wyspać. Jak dotąd szło mu całkiem nieźle - przez 3 dni przespał jedynie ok. 7 godzin i 15 minut, w dodatku jedzenie i picie też sobie ograniczył... do jednego, półlitrowego Red Bulla, który jednak nie dodał mu skrzydeł (reklamy kłamią!). Chcąc podtrzymać kolegę na duchu robiliśmy wszystko, aby tylko się nie załamał i nie poszedł nagle spać - stąd Ciuniek nie otrzymał kluczy do pokoju aż do jakiejś czwartej nad ranem... wtedy było już jednak za późno na zdrowy sen ;).
Niedziela, każdy do domu spierdziela Niedziela, ostatni dzień zjazdu, to czas pożegnań i żalu, że już trzeba się rozstawać i wracać do szarej rzeczywistości życia codziennego... Tradycyjnie - w przypadku zlotów wiosennych - w niedzielę powitała nas, jak na złość, cudowna wręcz pogoda, więc tym bardziej szkoda nam było opuszczać malownicze Zajączkowo. Poza tym, że Ciuniek omal nie zaspał na śniadanie (leń!), to sam posiłek i następujące niemal od razu po nim pożegnania przebiegły sprawnie i skutecznie - wszyscy rozjechali się do domów z kolejną porcją niezapomnianych wrażeń i wielką ochotą na kolejne, tym razem wakacyjne spotkanie, na którym może wreszcie uda się zorganizować tę cholerną zabawę w chowanego ;). P.S. Znaleziono męską, białą bluzę w paski i małą, damską suszarkę (chyba do włosów, ale nie wiadomo których). Szczęśliwych właścicieli zapraszamy po odbiór zgub do... Zajączkowa, za dwa lata ;). P.S.2. Alieen i Dobermann jako jedyni na Zjeździe zaliczyli tzw. comeback na imprezę - i za to platynowy trofik się należy ;).
Od lewej: Piwon, Tomashec, Crash, Artemis, Dr_Bakier, Fidel, Romeck, Kasia, Mefisto, Kelley, Vera,Dobermann, Maua, Ciuniek, Hunter, Alieen, Dejna, Kaha, Jakuzzi, Bocian (kuca), Phonik, Jimi
|