STRONA GŁÓWNA | SPOTKANIA KMF | RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY | FORUM DYSKUSYJNE | BLOG KMF


Wstęp

10 sierpnia 2011, na dzień przed rozpoczęciem 30. zjazdu, Klub Miłośników Filmu skończył 12 lat i rozpoczął trzynasty rok działalności. Jak na takiego internetowego staruszka, w dodatku wciąż niekomercyjnego, trzymamy się chyba całkiem nieźle. Strona prężnie się rozwija, a do KMF-u trafiają wciąż nowi, wartościowi ludzie. Jeśli nawet czasami wydaje się, że w działalność klubową zaczyna wdzierać się stagnacja bądź rutyna, po raz kolejny zaskakujemy samych siebie, organizując spotkanie klubowe, które pokazuje, że w swoim towarzystwie czujemy się jak ryby w wodzie, a po kilku dniach zjazdu nikomu nie chce się wracać do domów, do pracy, do szarej rzeczywistości, z tego magicznego, pełnego zwariowanych chwil, świata.

W ostatnich latach spotykamy się nieco rzadziej, niż bywało to kiedyś, dlatego też nasze spotkania są tak intensywne, tak pełne niesamowitych wrażeń, wycieczek krajoznawczych i rozmów na tematy wszelakie do bladego świtu. Nie inaczej było tym razem - podczas pięciu dni zjazdu (11-15 sierpnia) udało się nam zwiedzić Wilczy Szaniec, zamek w Kętrzynie, twierdzę Boyen, popłynąć w 3,5-godzinny rejs po jeziorach, zobaczyć Wyspę Kormoranów, zorganizować quiz muzyczny Alieena, poopalać się na plaży w Rynie, popływać w jeziorze i poszaleć na karuzelach. Moc atrakcji, emocji i wrażeń, których nie zapomnimy przez dłuuugi czas. Wszystko to dzięki zgranej paczce znajomych i cudownej pogodzie, która umożliwiła nam przeżycie tego wszystkiego. A że słońce tego lata było towarem deficytowym, tym bardziej chwała mu za to, że podczas zjazdu KMF wyszło zza chmur i wytworzyło nam aurę akuratną do wojaży i podboju Mazur.
W zjeździe planowo miało wziąć udział prawie 30 osób. Niestety, z różnych przyczyn - od zdrowotnych, przez wyjazdowe, po rodzinne i inne - z przyjazdu musieli zrezygnować Kaha i Dobek (pozdrowienia od całego KMF - trzymamy kciuki za powrót do pełnego zdrowia!), DesJudi, Fidel oraz Traku. Ostatecznie na miejscu, w Sterławkach Wielkich w pensjonacie Biały Młyn na Mazurach stawiły się 24 osoby, w składzie: Alieen, Artemis, Beowulf, Bocian, Bucho, Crash, Dejna, Dr_Bakier, Dux, Hunter, Ilona (jakuzzowa), Jakuzzi, Jimi, Karol, Kasia (Pazuzu), Kasia (beowulfowa), Kelley, Maua, Mefisto, Monika (hunterowa), Pati, Phonik, Piwon oraz Romeck.


Czwartek, 11 sierpnia

Pierwszy dzień zjazdu nie zapowiadał niczego dobrego, a już na pewno nie to, że będzie to zjazd z tak genialną pogodą i atmosferą. Na miejsce zjeżdżaliśmy się pod zachmurzonym niebem, w temperaturze 13-15 stopni. Wieczór upłynął nam na siedzeniu w restauracyjnej sali, częściowo otwartej na świeże powietrze, i leczeniu się z pogodowej depresji. Wydarzeniem wieczoru była sesja zdjęciowa z małpką (której pierwsze słowa brzmiały podobno: "Karol, Ty dziwko"). Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, jak to bywa pierwszego wieczoru, gdy spotykamy się wszyscy po kilkunastu miesiącach niewidzenia - tematy lały się strumieniami, podobnie jak napoje wyskokowe we wszystkich kolorach tęczy. Z tego wszystkiego pamiętam jedynie opowieść Piwona o koncercie Prodigy, na którym zamiast głośników "wyjebali jakieś turbiny" i ponoć huk był taki, że nie było słychać muzyki. Piwon pewnie zabłądził i zamiast na koncert pojechał na lotnisko...

Już o godzinie 1:00 w nocy na zjazd dotarli Maua, Alieen i Jimi, którzy zamiast najpierw znaleźć pokój i wnieść do niego bagaże, postanowili dołączyć niezwłocznie do wielkiej biesiady. Skutkiem tego było chodzenie o 4 nad ranem od pokoju do pokoju i szukanie drzwi, do których będzie pasował kluczyk. W trakcie poszukiwań Jimi zupełnie przypadkiem wszedł do pokoju smacznie śpiącej właścicielki, która po przebudzeniu już wiedziała, że czeka ją kilka trudnych dni...
Piątek, 12 sierpnia

Nocne poszukiwania pokoju zaskutkowały rano ochrzanem od wyżej wymienionej właścicielki, której goście skarżyli się, że ktoś nad ranem próbował dostać się do ich pokoi i uparcie szarpał za klamki. Rano wytłumaczyłem Jimiemu, że przy kluczu znajduje się numer pokoju i wystarczyło znaleźć drzwi z takim samym numerem. Podczas śniadania Alieen stwierdził, że przydałoby się dać znać rodzicom, że dojechał na miejsce (rychło w czas), zaczął więc w komórce szukać telefonu do swojej mamy. Na głos czytał listę kontaktów: "Mama Bucho... mama Jakuzziego..." - jeden ze zbulwersowanych klubowiczów przerwał koledze: "Ej, po co Ci numery naszych matek?", na co Alieen odparł: "A, mam taki mały projekcik" - cokolwiek to znaczy, zostawmy ten temat w spokoju. Alieen opowiadał jeszcze, że dlatego późno dojechali z Jimim i Mauą na zjazd, bo Jimi stracił dużo czasu na wynajmowanie samochodu. Jakby Alieen doprecyzował, że ostatecznie Jimi samochodu nie wynajął, może udałoby mi się uniknąć nadciągającej wielkimi krokami gafy. Otóż po śniadaniu wyszliśmy na parking, gdzie Maua i Jimi wyciągali z maleńkiej Toyoty resztę swoich bagaży, i postanowiłem zażartować sobie z ich śmiesznego auta: "Co to za gówno?" - wypaliłem, by w odpowiedzi usłyszeć: "Samochód rodziców Mauej". Żeby ratować sytuację, dodałem: "Aha, bardzo piękne i przestronne auto". Jimi stwierdził: "Tak, bardzo przestronne, 2+ torba" i drażliwy temat auta rodziców Mauej zostawiliśmy w spokoju. Cała ta sytuacja przypomniała nam dialog z "Nagiej broni 33 i 1/3", który brzmiał: "- Co to za raszpla?- To moja matka!". Po tej nielichej awanturze o Toyotę wybraliśmy się na pobliską plażę. Peleton prowadził Kelley, który wyprowadził nas (dosłownie) w pole, choć to nie jego wina, gdyż... w sumie to jego wina, bo prowadził peleton. Stojąc pośrodku niczego, spytaliśmy się podejrzanych (i podejrzliwych) miejscowych, jak dojechać na plażę, a ci kazali nam skręcić za wozem z sianem, stojącym obok stodoły. Oczywiście za pierwszym razem nie udało się trafić na plażę, tylko w ślepą uliczkę i dopiero wtedy zastanowiliśmy się, czy należało zaufać wskazówkom dwóch panów, z których jeden leżał pod traktorem i nie widzieliśmy nawet jego twarzy, a drugi był pijany, stał do nas plecami i nie słyszał, że w ogóle coś do niego mówimy. Zaczynaliśmy czuć się jak bohaterowie "Deliverance" i oczami wyobraźni widzieliśmy, jak jakiś zboczony tubylec grający na bandżo każe nam świecić tyłkami i pokwikiwać.

W końcu trafiliśmy na plażę, która okazała się być już zajęta przez dwóch rybaków i komary. Poza tym była to plaża trawiasta, więc z plażowania nici (albo wełna). Wówczas postanowiliśmy pojechać na plażę do pobliskiego Rynu. Gdy dotarliśmy na miejsce i zlokalizowane przy niej strzeżone kąpielisko, słońce dało dyla za chmury i zdawało się, że te minuty stracone na szukanie miejscówki, były jedynymi słonecznymi, jakie otrzymaliśmy od losu. Na szczęście za chwilę słońce wyszło i dało czadu. Część osób poczęła się opalać, część usiadła na ławce pod drzewami obawiając się śmierci od słonecznego światła, a część zdecydowała się na szaleńczą kąpiel. I tak Jimi, Alieen, Jakuzzi i Bucho (Pati, Dux i Dr_Bakier pływali w tym czasie jak normalni ludzie) zaczęli skakać do wody na przeróżne, idiotyczne sposoby - co możecie zobaczyć na zdjęciach. Widać na nich m.in. scenę "This is Sparta!" i karkołomne stanie na wodzie. Na jednym ze zdjęć trzech klubowiczów wskakuje do wody, a Jimi (ochrzczony następnie przez kolegów za swe karykaturalne skoki "Aqua-Gejem") wygląda jakby z niej wracał na brzeg. Efektem zabawy jest masa durnych zdjęć, zraniona stopa Bucho oraz zarysowana broda Jakuzziego, któremu weszła weń drzazga, której nikt nie widział.
Po kąpieli poszliśmy do pobliskiego baru o wdzięcznej nazwie "Golas", gdzie można było zamówić hot-doga bez niczego za 16 zł. Nadstawiało się własne dłonie i kucharz polewał je sosami. Cena bez sosów - 10 zł. Obsługa była tak miła i gościnna, że np. prośbę Bucho o smażone kartofelki skwitowała uprzejmym: "Na kartofelki to Pan sobie poczeka!". W rezultacie na zamówione smażone kartofelki trzeba było czekać tak długo, że aż do powrotu do domu, gdzie dostarczyć je miał kurier DHL.

Na wspólny obiad wybraliśmy się do pobliskich Mikołajek, gdzie nie udało się nam wypłynąć w wymarzony grupowy rejs po jeziorach statkiem torpedowym - więc zrobiliśmy sobie na pomoście zdjęcie grupowe (Artemis też na nim jest, tylko wlazła między ludzi) i obiecaliśmy sobie, że na pewno na tym zjeździe na rejs się wybierzemy, ale nie dziś. Podczas spaceru Jimi kupił sobie różową watę cukrową, z którą zdjęcie znajdziecie w niniejszej relacji, a wraz z Bucho sprawili sobie czapeczki marynarza i w ten sposób ubrani paradowali po mieście udając parę na zakupach.
Wieczorem odbył się tradycyjny, wakacyjny Quiz Muzyczny Alieena, któremu w charakterze Igora pomagała tym razem Ilona. Jedyną wartą wspomnienia pomyłką była wtopa Huntera. Nasz klubowy kolega, znawca i wielbiciel serii "Indiana Jones" na każdym quizie muzycznym daje ciała, nie odgadując motywu ze swoich ulubionych filmów, lub myląc części. Tym razem Alieen w przerwie między etapami, aby uratować Huntera przed kolejną kompromitacją, szepnął mu: "Będzie motyw z twojej ulubionej części, musisz to odgadnąć!" - wiedząc, że ulubiona część Huntera to "Raiders of the Lost Ark". Podczas quizu poleciał oczywiście ów motyw, Hunter zgłosił się jako pierwszy i wszystko byłoby super, gdyby nie powiedział "Indiana Jones i Ostatnia Krucjata". Po quizie doszło do takiej oto wymiany zdań między Alieenem i Hunterem: "Coś ty zrobił, przecież to Raidersi są twoją ulubioną częścią!", "Wiem, ale ten motyw brzmiał jak z Ostatniej Krucjaty" - odpowiedział Hunter. Alieen załamał ręce, a Hunter dodał na odchodne: "Dobrze, że nie dałeś z czwartej części, bo bym nie zgadł".

Zabawna sytuacja miała też miejsce przy okazji motywu z trzeciej części Matrixa. Wiadomo było od razu, że odtwarzany motyw pochodzi z trylogii braci Wachowskich (ale nie wiedzieliśmy z której części), więc szybko ktoś podniósł rękę i odpowiedział: "Matrix: Reaktywacja". Gdy Alieen powiedział, że nie, zgłosił się Dr_Bakier i wypalił "Matrix... Reloaded". Dobrze, że kolejna osoba nie strzeliła "Matrix 2". Po quizie ktoś, nie mogąc się doczekać grilla, powiedział pod nosem: "Jestem głodny", na co ktoś, komu źle poszło w quizie, stwierdził: "Jestem głuchy".
A oto składy drużyn i klasyfikacja wraz z nagrodami:

Drużyna 1 - NAMIĘTNY HAREM ROMECKA
Romeck (kapitan), Kelley, Dejna, Dr_Bakier, Karol, Jimi, Phonik, Artemis, Pati, Maua, Monika

Drużyna 2 - BĘKARTY ARONOFSKY'EGO
Crash (kapitan), Mefisto, Bocian, Beowulf, Dux, Kasia Pazuzu, Hunter, Jakuzzi, Piwon, Kasia Beo, Bucho

Warto przy okazji wyjaśnić, że druga drużyna zawdzięcza swą nazwę uderzająco, naszym zdaniem, podobnemu do Darrena Aronofsky'ego Crashowi. Zresztą, oceńcie to podobieństwo sami na zamieszczonych zdjęciach.

Ilość utworów: 100 (35 motywów w I etapie + 30 piosenek w II etapie + 35 motywów w III etapie).

Wynik - minimalnie wygrała drużyna Romecka, 130 pkt vs 126 pkt drużyna Crasha. Walka była cholernie wyrównana w każdym etapie... Chyba pierwszy raz się tak zdarzyło w historii quizów zjazdowych!

Indywidualni zwycięzcy:
1. Mefisto - 37 punktów
2. Romeck - 35 punktów (II miejsce po dogrywce z Karolem)
3. Karol - 35 punktów
4. Dr Bakier - 22 punkty
5. Jakuzzi - 21 punktów
6 i 7. ex equo - Beowulf i Crash - po 16 punktów
8. Kelley - 14 punktów
9. Bocian - 13 punktów
10. Jimi - 12 punktów

Nagrody (w nawiasie fundatorzy):
  • ALIEN QUADRILOGY dla Mefisto (Jimi i Maua)
  • TERMINATOR 2DVD ULTIMATE EDITION dla Jakuzziego (Romeck)
  • SIGUR ROS - HEIMA dla Bociana (Jimi i Maua)
  • LETHAL WEAPON BOX - CAŁA SERIA dla Romecka (Bucho)
  • NAGA BROŃ BOX - CAŁA SERIA dla Karola (Bucho)
  • KSIĄŻKA SZTUKA WYWIADU dla Jimiego (Dux)
  • THX 1138 2DVD SLIPCASE dla Kelleya (Crash)
  • NICZEGO NIE ŻAŁUJĘ 2DVD DIGI-PACK dla Beowulfa (Romeck)
  • UNFORGIVEN 2DVD dla Dr_Bakiera (Phonik)
  • BUTELKA WHISKY dla Crasha (Alieen)
  • PO PIWIE dla każdego ze zwycięskiej drużyny (Alieen)
    Po quizie Jimi i Maua ogłosili, że zaraz po zjeździe wyjeżdżają mieszkać i pracować do Singapuru, a Jimi obiecał zdobyć mi autograf Jeta Li (wbrew temu, jak to wszystko brzmi, częściowo jest to prawda, dokładnie w tej części z wyjazdem - trzymamy za was kciuki kochani). Następnie odpaliliśmy grill niczym piłę łańcuchową i zaczęła się artystyczna część wieczoru. Nieoczekiwanie Bucho zgłosił się do mnie ze skargą, że ktoś co chwila zdejmuje jego karkówkę i kładzie ją na trawie. Nie wiem jak to się działo, skoro Bucho był jedyną osobą obsługującą grill. Z kolei Jakuzzi chciał wybrać się do lasu by upolować rysia bądź sarnę i rzucić zwierzę na ruszt, a pozostałe osoby myślały w tym czasie, co by tu położyć na palenisko, żeby fajnie się spaliło. Padały różne propozycje, począwszy od szyszek, przez krzesło (w Rogoźniku Jimi spalił jedno, więc jest to możliwe), po iPhone'a, który ponoć fajnie strzela na ogniu. W międzyczasie Alieen i Bucho złapali zębami za jeden kawałek karkówki twierdząc, że są braćmi syjamskimi zrośniętymi karczkiem. Pierwsi z imprezy odpadli Piwon, Crash i Dr_Bakier, którzy o 3 w nocy stwierdzili, że idą do pokoju oglądać "Polowanie na Czerwony Październik". Dołączyła do nich Dejna, która, nie mogąc dostać się do swojego pokoju, postanowiła gdzieś przeczekać tę kryzysową sytuację. Niestety, dzielni miłośnicy kina odpadli już po 40 minutach tego arcydzieła podwodnego thrillera. Seans dokończono dzień później, już bez Bakiera i Dejny. Film się podobał. Wracając jednak do grilla - gdy zrobiło się na nim tłoczno, każdy przekładał kiełbaski i karkówki innych osób w inne miejsca, ludzie nie mogli znaleźć swojego mięsa i zaczęło robić się nerwowo. "Tak zaczęły się zamieszki w Londynie" - stwierdził z powagą Bucho.


    Sobota, 13 sierpnia

    Rano właściciele obiektu poinformowali mnie, że w nocy było za głośno (hmm, w życiu bym sam na to nie wpadł) i Włosi mieszkający w zajeździe skarżyli się na nas (norma, ale po raz pierwszy w wykonaniu Włochów). Zastanawialiśmy się w jaki sposób Włosi powiedzieli, ze było za głośno i doszliśmy do wniosku, że "Mamma mia" oznacza w wolnym tłumaczeniu: "Ktoś szarpał za klamki o 4 rano", a "Gracje" znaczy "Ci młodzi ludzie pod wiatą bardzo hałasowali". Jak stwierdził Bucho, jedno Gracje boli przez całe życie - cokolwiek miałoby to znaczyć.

    Po śniadaniu zapakowaliśmy się w auta i wyruszyliśmy na Wilczy Szaniec. Zgubienie drogi nad jezioro z trawiastą plażą w wykonaniu Kelleya dzień wcześniej, okazało się niczym przy zgubieniu drogi przez Huntera, którego wypasiony system nawigacji GPS firmy bodajże Duplo, na 10 km przed Gierłożą polecił skręcić w piaszczystą drogę, która po pierwsze - była szerokości jednego niecałego pojazdu osobowego, a po drugie - nie było mowy o powrocie, gdyż wjechaliśmy w tę drogę ośmioma samochodami, cofać się nam nie chciało, a zawrócić nie było gdzie. I wreszcie po trzecie - z metra na metr dróżka robiła się coraz bardziej wyłożona kamieniami i coraz wyższa pośrodku, przez co z podwozi naszych aut zaczęły sypać się iskry. Po przejechaniu w tych ekstremalnych warunkach dwóch kilometrów, na wysokim wzgórzu z przepaścią po prawej stronie, ktoś wreszcie krzyknął: "Ripley, stój, piłujesz metal!" i osiem samochodów stanęło, by kierowcy mogli wysiąść i nasypać garści pilotowi wycieczki. Do linczu nie doszło, gdyż nawet jakby połowa samochodów stoczyła się w przepaść, wzięlibyśmy to na wesoło, bo tacy z nas ludzie - mili, sympatyczni, wyrozumiali, bez pojęcia i wyobraźni. Gdy całkiem poważnie zastanawialiśmy się jak wybrnąć z trudnej i niebezpiecznej sytuacji (wszak znów utknęliśmy w dziczy), mając wciąż w pamięci dźwięk bandżo i kwikanie, Jakuzzi beztrosko zszedł ze zbocza i wrócił do nas z długą wędką, którą znalazł w krzakach. Okazało się, że ten pozornie idiotyczny manewr w wykonaniu kolegi, pomógł nam wydostać się z kłopotów! Żartuję, wędka w niczym nie pomogła, poza rozśmieszeniem kilku osób, którym przed nosem pomachał nią Jakuzzi (tak, ten człowiek potrafi rozśmieszyć kawałkiem kija). Ostatecznie znaleźliśmy kawałek pobocza, gdzie po kolei zawróciliśmy "na trzy" (choć niektórzy robili to "na osiem + nawigator z chorągiewkami za autem") i za kilka minut byliśmy już pod Wilczym Szańcem. Hunterowi na ten dzień została zabrana koszulka lidera i na miejsce doprowadził wszystkich Dux, który (dobrze, ze nikt o tym nie wiedział) sam jest mistrzem gubienia się - nawet we własnym samochodzie.


    Na terenie "Wilczego Szańca" znajdowało się około 80 obiektów o konstrukcji trwałej i około 100 baraków drewnianych. Najsolidniejsze schrony typu ciężkiego miały ściany o grubości 4-6 m i stropu do 8 m. Ze względu na wysoki poziom wód gruntowych zdecydowana większość obiektów na terenie Wilczego Szańca były budowlami typu naziemnego. Wyjątek stanowiły położone na wzniesieniach magazyny na żywność, na amunicję oraz podpiwniczenia na urządzenia techniczne (agregaty prądotwórcze, zbiorniki) pod bunkrem Hitlera i bunkrem łączności.

    Cała kwatera była starannie maskowana. Przy budowie starano się zachować istniejące drzewa, a ubytki w drzewostanie uzupełniano atrapami z rur pokrytych igielitową siatką imitującą liście. Dachy budynków pokryte warstwą ziemi porastała trawa i młode drzewa. Ściany obiektów początkowo pokrywano zaprawą z domieszką trawy morskiej i zielonej farby, a w późniejszym okresie tylko malowano w szaro-zielono-brązowe plamy. Maskowane za pomocą siatek maskujących były także drogi wewnętrzne. Skuteczność kamuflażu sprawdzana była okresowo za pomocą zdjęć lotniczych. (www.wikipedia.pl)



    Zanim przystąpiliśmy do zwiedzania, wynajęliśmy sobie pana przewodnika, który, jak się miało okazać, cechował się poczuciem humoru podobnym do naszego. Przed rozpoczęciem zwiedzania pokazał nam kilka min, które woził w bagażniku (m.in. Majka Podfruwajka znana z "Eksplozji"), ale najgroźniejszą minę zaprezentował Alieen, wykrzywiając twarz w grymasie złości. Po wyjściu z WC, do którego weszło kilka osób z KMF, Beowulf mógł stwierdzić: "Ale mokre te krzaki" (wtajemniczeni wiedzą o co biega) i mogliśmy już zacząć zwiedzanie. Przy pierwszej tablicy informacyjnej pan przewodnik zaczął opowiadać o zamachu na Hitlera, a Jimi i Jakuzzi stojąc obok tablicy wskazywali na niej elementy, o których aktualnie było opowiadane. A robili to z takimi poważnymi minami, że nikt nie traktował ich poważnie.
    Przeddzień zwiedzania Wilczego Szańca, Bucho mówił nam, że ponoć przewodnicy sypią podczas wycieczek anegdotami, a to że Hitler miał na imię Adolf, a to że rozpętał II Wojnę Światową, itd. Nie trzeba było długo czekać, żeby podczas chwili ciszy Bucho wypalił do przewodnika z pytaniem: "Zna pan jakieś anegdoty?", a gdy ten żadnej nie mógł sobie przypomnieć, Bucho opowiedział mu swoją anegdotę, że: "Podobno Hitler co niedzielę zbierał rabarbar na drożdżówki". Normalny człowiek słysząc taką anegdotę, popukałby się w czoło i zadzwonił po sanitariuszy z kaftanem bezpieczeństwa, ale nasz przewodnik był naprawdę wyluzowany, co miało się potwierdzić podczas robienia zdjęcia grupowego pod bunkrem Hitlera, gdzie zamiast "Cheeese" kazał nam powiedzieć "Hiiiitler". Jeszcze inną anegdotą Bucho było to, że Hitler nie miał pseudonimu Wilk (skąd nazwa Wilczy Szaniec), tylko Rabarbar, ale Der Rhabarberschanze nie brzmiało zbyt strasznie. Początkowo też w godle III Rzeszy były skrzyżowane rabarbary, ale nikt wówczas nie brał nazistów na poważnie, więc ostatecznie wybrali swastykę. Co warte odnotowania, po drodze spotkaliśmy bunkier testowy, w którym według Alieena przeprowadza się do dziś próbne eksplozje. Zamyka się w nim testera, który sprawdza czy podczas wybuchu jest dobry bas.
    Pod bunkrem Hitlera (MTV Cribs: Das is meine bunker... where the magic happens) stało dwóch panów przebranych za niemieckich żołnierzy. Przewodnik chciał nam wmówić, że są to prawdziwi niemieccy żołnierze, którzy się nie zestarzeli, ale byliśmy czujni i nie daliśmy się nabrać. Kasia i Romeck zrobili sobie z nimi zdjęcia, można było obejrzeć eksponaty leżące przed nimi na stole, m.in. granaty, pistolety, latarki, ale Jimi spytał się ich o coś zupełnie zaskakującego, wskazując na przedmiot leżący pod ich stolikiem: "Po ile ten patyk na ziemi?".
    Wchodziliśmy w różne popękane, wysadzone bunkry, chodziliśmy między wielkimi blokami betonu, przeciskaliśmy się przez różne szczeliny, a z każdej strony otaczały nas tony gruzu zbrojonego stalowymi prętami. Wysnuliśmy nawet teorię, że bunkry w ogóle nie zostały wysadzone, tylko to złodzieje złomu próbowali się dostać do prętów zbrojeniowych i tak wszystko zepsuli. Alieen natomiast stwierdził, że Hitlera nigdy tu nie było - tak naprawdę bunkry zbudował Ghandi, w celach pokojowych - tj. wynajmował pokoje wraz ze śniadaniem.

    Kilku KMF-owiczów wdrapało się na szczyt jednego z bunkrów, w tym Mefisto, z aparatem w dłoni i z plecakiem pełnym obiektywów na plecach. Na górze powitano go słowami: "Mefi, dobrze, że wziąłeś ze sobą namiot". Dejna przystanęła wśród ruin i z bólem oraz dużym wysiłkiem zaczęła zdejmować plecak, mówiąc przy tym: "Ależ to ciężkie". Pośpieszyłem Dejnie z wyjaśnieniem: "To nie plecak. Upadł na ciebie betonowy blok". Alieen w tym czasie zaczął biegać jak szalony po dachu bunkra udając, że robi sztuczki na niewidzialnej deskorolce (OBEJRZYJ TANDETNĄ ANIMACJĘ GIF). A ja, gdy zobaczyłem Piwona na dole, spytałem go grzecznie: "Piwon, już zszedłeś?", na co kolega odpowiedział: "Nie, jeszcze jestem na górze".
    Atrakcją wycieczki było strzelanie kulkami z atrap karabinów z II Wojny Światowej. Szkoda jedynie, że wziąłem Pepeszę, która znana była z tego, ze trudno było z niej trafić. Skupiłem się jednak i raz za razem trafiałem w puste przestrzenie między butelkami. Strzelali także Jimi (do organizatora zabawy - na zdjęciu poniżej) oraz Romeck - bardzo celnie. Gdy wychodziliśmy już z Wilczego Szańca, wpadliśmy na pomysł posilenia się w pobliskiej knajpie, gdzie można ponoć zjeść ciasto w kształcie bunkra, oczywiście wykonane z rabarbaru, a wystające zbrojenia z solonych paluszków.

    Zamek krzyżacki w Kętrzynie - budowla gotycka pochodząca z drugiej połowy XIV w. Pierwotnie, zamek ten był obiektem trzyskrzydłowym, zbudowanym wokół dziedzińca, na planie kwadratu. Otoczono go murem obronnym z trzema basztami oraz bramą wjazdową od strony miasta. W północnym skrzydle umieszczony był refektarz, kaplica oraz mieszkania krzyżackiego urzędnika - prokuratora. W zamku oraz w folwarku, który do niego przylegał mieściły się m.in.: kuchnia, browar, młyn, piekarnia, spichlerz, spiżarnia, zbrojownia, prochownia, kaplica, a także więzienie. Zamek został wybudowano pomiędzy rokiem 1360 a 1374 w pobliżu wcześniejszej drewnianej strażnicy. Przeznaczono go na siedzibę prokuratora krzyżackiego. W 1410 roku pruski rycerz Johart z burmistrzem Hermannem Barddyne poddali miasto i zamek wojskom polskim Władysława Jagiełły, jednak w następnym roku zamek wrócił w ręce Zakonu. W 1454 po wybuchu wojny trzynastoletniej zbuntowani mieszkańcy Kętrzyna zdobyli zamek i utopili krzyżackiego prokuratora w stawie. Następnie przekazali zamek wojskom polskim, które posiadały go do 1461 roku. Po sekularyzacji Prus, zamek stał się siedzibą starosty i wkrótce, w latach 1528-1529 roku, został przebudowany. Kolejna przebudowa nastąpiła w latach 1559-1566. W 1622 roku na dziedzińcu wzniesiono niewielką cylindryczną klatką schodową. W XVII wieku obniżono dominujące wcześniej skrzydło północne. Rozbiórkę zewnętrznych fortyfikacji rozpoczęto w I połowie XVIII w. 15 grudnia 1797 w zamku wybuchł pożar, który zniszczył część budowli. (www.wikipedia.pl)


    Wpisaliśmy się do zamkowej książki pamiątkowej - napisaliśmy, że było super. Gdy my zwiedzaliśmy zamek, druga połowa ekipy poszła grać w kręgle - w końcu w kręgle można zagrać tylko na Mazurach, a Zamek w Kętrzynie zobaczą sobie po powrocie do domu.
    Po wizycie na zamku część z nas pojechała do pensjonatu, a część zapragnęła kąpieli w jeziorze, i mimo że zaczęło w tym momencie zbierać się na deszcz, ponownie wybraliśmy się do Rynu. Na miejscu jednak przywitała nas ulewa i grzmoty, które postanowiliśmy przeczekać w "Golasie" (jakkolwiek kretyńsko to nie brzmi), zajadając się kiszkami ziemniaczanymi. Tym razem ofiarą serdecznego nastawienia właścicieli okazał się Kelley, który po nie posegregowaniu talerzy po posiłku, spotkał się z krótką, acz dosadną uwagą: "Trochę kultury!". Pogoda przez ten czas poprawiła się nieznacznie i ostatecznie tylko Jimi odważył się wykonać kilka skoków do zimnej wody.

    Po powrocie do pensjonatu tradycyjnie rozpaliliśmy grill, rzuciliśmy mięsem i zaczęliśmy nocne pogaduchy. Cześć zjazdowiczów nie miała ochoty na zwierzynę z grilla, więc zamówiła kolację w pensjonacie. Trzeba przyznać, że żurek czy placek cygański były wyśmienite (Magdalena Gessler poleca!), ale prawdziwym przebojem okazały się pierogi, dostępne w szerokim wachlarzu nadzień i farszów: pierogi z grzybami, serem, truskawkami, jagodami oraz czarną... dziurą. Taki pieróg po przekrojeniu zasysał wszystko ze stołu, włącznie z osobą spożywającą oraz kelnerkami. Jako grillowe przystawki Pati przyniosła ananasa i ciastka kupione w Lidlu w tygodniu hiszpańskim, które to ciastka, jak to Alieen stwierdził dzień później, sprzed nosa sprzątnął mu Kelley. Gdy już Alieenowi udało się dorwać jedno ciastko, Jimi kopnął go bez zapowiedzi w rękę i ciastko (na szczęście zafoliowane) upadło na ziemię. Wówczas Alieen bez słowa zamknął oczy, przyłożył rękę do skroni, zamyślił się i Jimi czekał na jakąś z jego strony nieobliczalną reakcję. Alieen powoli otworzył oczy, podniósł głowę i ze stoickim spokojem powiedział do Jimiego: "Zastanawiam się ile punktów ci za to przyznać, 7 czy 8".

    Około godziny 1:00 w nocy Artemis poszła spod wiaty (gdzie stacjonowaliśmy) do pensjonatu i po chwili wróciła blada i przerażona. Ponoć ukazała się jej odziana w biel właścicielka obiektu i powiedziała, że za pięć minut będą "zakluczać" i mamy udać się do komnat. Artemis była przerażona tym spotkaniem, i na pewno nie pomogły jej nasze opowieści, jakoby właścicielka od lat nie żyła i pewnie Artemis ukazał się jej duch na wysięgniku podświetlany latarką od spodu.
    Mimo groźby "zakluczenia", mniej więcej od godziny po pierwszej rozpoczęła się gra w Mafię. Było tak głośno, tak każdy każdego przekrzykiwał, że nieliczne chwile ciszy były tylko w momencie gdy "miasto śpi". Tekst wieczoru: "Nie głosujcie na Alieena, wygląd to nie wszystko!". Wydarzenie wieczoru - wygrana Pati (była w Mafii), która grała w tę grę pierwszy raz w życiu, do końca gry nie skumała zasad i przesiedziała bez słowa całą rozgrywkę, podczas gdy inni tłumaczyli się jak w gorączce, że nie są z mafii.

    W przerwie między rozgrywkami Jimi nagrał na swój iPhone fragmenty dialogów Alieena i Jakuzziego, i za pomocą specjalnego programu zaczął je skreczować i miksować, a było to tak zabawne, aż Jakuzzi spadł z krzesła, gdzie musiał leżeć i czekać na zdjęcie, do momentu znalezienia aparatu z naładowaną baterią. Nagle okazało się, że prawie każdy zjazdowicz ma na sobie bluzę z kapturem i już po chwili wszyscy stali w kapturach na głowie, tańcząc do miksowanej na żywo muzyki. Na koniec wieczoru Karol opowiadał o swoich braciach, którzy niczym Fashion Polizei zawsze ścigają go kiedy się niemodnie ubierze. Natomiast Bucho opowiedział nam trochę faktów o swoich rodzicach. Mają na imię Waldemar i Alicja (wg Bucho brzmi jak nazwa zespołu Disco Polo), i poznali się na weselu - sądząc po ich odmiennych zainteresowaniach i różnicach charakteru, chyba na swoim. Ostatnim zdarzeniem tego wieczoru był motyl, który w środku nocy usiadł na ramieniu Kelleya. Oczywiście po chwili Jimi wymyślił motyw, że ten niepozorny Papillon (jak go nazwał), nagle zacznie robić wielką, niekończącą się kupę i Kelley będzie tak siedział do rana pod wiatą, aż motyl skończy. Ostatnim tekstem, jaki zapamiętałem z tego wieczoru (poranka?) był krótki dialog między nie pamiętam kim a też nie pamiętam kim: "- Macie Gin?", "- Mamy Tonic".


    Niedziela, 14 sierpnia

    Rano przy śniadaniu Bucho opowiadał, jak to zdawało mu się, że była co najwyżej 2 w nocy, a tak naprawdę była 5 rano. Gdy go spytałem czy nie miał do cholery zegarka, odpowiedział: "Miałem... ale spanikowałem". Aha, obsługa restauracji poinformowała nas rano, że w nocy byliśmy za głośno. Sami mogliśmy w sumie o tym nie wiedzieć, bo w tym wrzasku podczas gry w Mafię nic nie było słychać. Nadszedł czas by nawiedzić Twierdzę Boyen w Giżycku, a następnie wybrać się na upragniony rejs okrętem torpedowym.

    Gdy my pojechaliśmy zwiedzać Twierdzę Boyen, druga połowa ekipy poszła grać w bilard - w końcu w bilard, podobnie jak w kręgle, można zagrać tylko na Mazurach, a Twierdzę Boyen można sobie zwiedzić po powrocie do domu.

    Twierdza Boyen (niem. all Boyen) - twierdza o kształcie gwiazdy, zbudowana w latach 1844-1856 z rozkazu króla Fryderyka Wilhelma IV. Ten ważny obiekt strategiczny położony jest w zachodniej części Giżycka, na wąskim przesmyku pomiędzy dwoma dużymi jeziorami mazurskimi - Kisajno (południowa część kompleksu Mamr) i Niegocin.

    Wzniesiona została na obszarze Prus Wschodnich liczącym ok. 100 ha i stanowiła główne ogniwo w łańcuchu umocnień zamykających od wschodu dostęp na teren państwa pruskiego. Do twierdzy prowadzą dwie drogi od strony Giżycka i Kętrzyna oraz cztery bramy wjazdowe. (www.wikipedia.pl)



    Po kupnie biletów wypisaliśmy pocztówkę dla kolegi Stealtha (nowy klubowicz), na której podpisali się wszyscy obecni, a Bucho narysował gustownego penisa, i wrzuciliśmy całą kompozycję do skrzynki - mamy nadzieję, że dojdzie, bo nikt nie chciał się zrzucić na znaczek. Twierdzę Boyen zwiedzaliśmy dobre 2 godziny. Po drodze zastanawialiśmy się, dlaczego wróg atakował tę twierdzę z wysokimi murami, zamiast pójść kilometr obok, gdzie nie było już muru i przejść tamtędy. Jakuzzi poszedł nawet w tych rozważaniach dalej, stwierdzając, że wróg zamiast atakować twierdzę, mógł kupić bilety po 7 zł tak jak my, i po prostu do niej wejść. Zwiedzając wnętrza przemianowaliśmy się na chwilę na Klub Miłośników Cegieł (bo główną atrakcją zwiedzanych piwnic były cegły). Gdy Bucho jako jeden ze zwiedzających zszedł po schodach do ciemnej piwnicy, straciliśmy go z oczu i nagle z tej ciemności usłyszeliśmy krzyk... Arnolda Schwarzeneggera: "Argh aaa argh... let me go!" - idealnie podrobiony przez Bucho (brzmiało to dokładnie tak: FILMIK NA YOUTUBE). Po drodze uratowaliśmy ślimaka, przenosząc go z powrotem na tę stronę chodnika, z której chciał się dostać na drugą stronę. Ślimak wyzwolił w nas wspomnienia kiczowatych filmów w stylu "Ślimaki" i "Kleszcze", które lata temu można było oglądać na kasetach video. Dejna stwierdziła, ze kleszcze z filmu "Kleszcze" wszystkie przenosiły boreliozę, na co ja dodałem, że były tak wielkie (dobry metr szerokości), że każdy z nich mógł przenosić bojler. Pod koniec wycieczki zapytaliśmy Ilonę co ona tak w ogóle widzi w Jakuzzim, na co Jakuzzi odparł szybko, że uprawia podryw na litość - i jak na razie działa.
    Rejs!

    W drodze na przystań spotkaliśmy pana z najmniejszym i najsłodszym psem świata, i nasze dziewczyny natychmiast go otoczyły, głaskając go na cztery ręce (ZOBACZ ZDJĘCIE). Po dotarciu na przystań i zakupie biletów, zamiast okrętu torpedowego podstawiono nam niestety jakąś kiczowatą jednostkę wycieczkową, ale mimo to zdecydowaliśmy się popłynąć. Przed rejsem jakieś miłe panie rozdawały za darmo opaski przeciwko komarom, dzięki czemu nie ugryzł nas żaden komar, jednakże minusem tej opaski było to, że odstraszając komary, przyciągała szerszenie. Jeden z nich stanął nawet z nami w kolejce na statek, ale nie dostał się na pokład, bo nie miał biletu.
    Rejs trwał ponad 3 godziny, zobaczyliśmy jeziora, jeziora... no w dupę jeża, 3 godziny oglądaliśmy wodę za burtą, co za strata czasu. Na szczęście na statku było co robić, na przykład zdjęcia. Był też bar pokładowy, który w menu miał kiełbasę z grYla, a dokładniej mówiąc dwie kiełbasy, które wykupiła Maua i ja. Dla reszty 140-osobowej wycieczki kiełbas zabrakło. Poza jeziorami widzieliśmy mnóstwo żaglówek, jachtów i motorówek, którym udało się zrobić fajne zdjęcia przez bulaj w kiblu (jedno z nich widzicie po bokach relacji). Widzieliśmy też słynną Wyspę Kormoranów na jeziorze Dobskim, która słynie z tego, że kormorany obsrały całą wyspę.


    Wyspa Kormoranów, nazywana też Wysoki Ostrów, znajduje się na jeziorze Dobskie - zarośnięta jest lasem liściastym (dąb, lipa, wiąz, jesion) o powierzchni ok. 2 ha. Wewnątrz łagodne kilkumetrowe wzniesienie. Znajduje się tu kolonia lęgowa kormoranów i czapli siwych. Gniazduje na wysokich lipach i wiązach, na pół uschniętych z powodu oddziaływania trującego guana tych ptaków. Bardzo ciekawe jest zgodne współżycie czapli i kormoranów. Na zwiedzanie wyspy najlepiej wybrać się jachtem lub małym statkiem wycieczkowym (http://mazury.info.pl/atrakcje/kormoranow/)


    W pewnej chwili Alieen stwierdził, że ostatnio tak dobrze bawił się w... Twierdzy Boyen. Podczas trwającego ponad 3 godziny rejsu zdążyliśmy zjeść, napić się piwa (kierowcy bezalkoholowego), pogadać, poopalać się w pełnym słońcu, odpocząć i w tak przyjemnej atmosferze rejs dobiegł końca. Jimi, Bucho i Alieen, zaraz po zejściu z pokładu statku na stały ląd, zaczęli rozglądać się za jakąś wielką karuzelą, widocznie koniecznie chcieli się tego dnia porzygać, a na statku za słabo bujało. Chłopcy znaleźli karuzelę o nazwie SPACE JAM (polska nazwa: Kręcioł / Latające Jebadło), która od samego patrzenia przyprawiała o mdłości, a jak ruszyła pełną parą sprawiała wrażenie, jakby za chwilę miała zmienić się w Transformera, wziąć ludzi pod pachę i sobie gdzieś pójść.
    Wieczorem tradycyjnie już odbył się grill (mieliśmy już dość kiełbasy, ale większość z nas i tak znów kupiła kiełbasę) na którym Jakuzzi wraz z Bucho rozśmieszali nas do łez parodiowaniem Arnolda Schwarzeneggera (nie, nie chodzi o uprawianie seksu z nianią). Co chwila zaczynali mówić głosem Arnolda: "Get down, get down again!", "Let me go" i "Get to the choppa". Podczas rozmów przy koksowniku (za który robił dogasający grill) chłopaki nie mogli dojść do porozumienia w umiejscowieniu jakiejś kluczowej sceny w jakimś filmie. Jakuzzi z pełnym przekonaniem twierdził, ze była na samym początku, a Bucho, ze na samym końcu filmu. Ostatecznie doszli do porozumienia ustalając, że ta scena była na czymś samym. Słuchając muzyki, którą zapodawał Alieen, chciałem przynieść z samochodu płytę z soundtrackiem do "Berlin Calling". Okazało się jednak, że muzyka leci z iPoda i nie wejdzie do niego płyta CD. Zaproponowałem, że połamię płytę i włożymy ją w kawałkach do iPoda, ale nikt nie był zainteresowany słuchaniem takiej składanki.
    Skoczna i głośna muzyka skłoniła część z nas do zabaw tanecznych. W ten sposób mogliśmy zobaczyć m.in. jive'a tańczonego przez Bucho i Jakuzziego w rytm kawałków "System of a Down". Jakuzzi w pewnym momencie zapragnął zostać modelem i przyodziany w dresy oraz ramoneskę Bucho, wziął udział w idiotycznej sesji zdjęciowej.
    Około 1 w nocy przyszła do nas Pani właścicielka, która okazała się jednak być kobietą z krwi i kości, a nie duchem. Zresztą żaden duch nie opierdoliłby nas tak głośno i konkretnie za zakłócanie ciszy nocnej. Pani powiedziała, że jak nie wyłączymy muzyki i będziemy dalej głośno się zachowywać, zgasi nam światło pod wiatą. Oczywiście posłuchaliśmy tej rady i reszta wieczoru upłynęła na tandetnym szeptaniu do siebie. Alieen pod koniec pogadanki wyszeptał, że zna magiczną sztuczkę - jak za pomocą krzyku zgasić w ciągu sekundy światło pod wiatą... Na koniec wieczoru Jakuzzi założył okulary do góry nogami i spytał zgromadzonych co jest nie tak. Ktoś krzyknął: "Głowa jest odwrotnie!" i poszliśmy spać.


    Poniedziałek, 15 sierpnia

    W poniedziałek wstaliśmy, wzięliśmy prysznice (dzięki czemu każdy z nas ma teraz w domu zapasowy) zjedliśmy śniadanie, pozrzucaliśmy zdjęcia (tzn. Pati straciła cały ranek na zrzucanie 7 GB zdjęć) i zapakowaliśmy rzeczy do samochodów. Vigo w kagańcu, na smyczy i w kolczatce, został przyprowadzony, by sobie z nami grzecznie przez chwilę posiedzieć. Karol nieśmiało, delikatnie, spokojnie i baaardzo powoli wyciągnął w jego kierunku dłoń. Dla Vigo był to czytelny sygnał, że Karol chce go zabić i postanowił wykonać pierwszy ruch. Na szczęście (nie licząc rozszarpanego płuca Karola) wszystko skończyło się dobrze.
    Odciągaliśmy moment rozstania w nieskończoność. Po dziesięciu minutach odciągania w nieskończoność, stwierdziliśmy wszyscy, że nie ma co dłużej w gównie rzeźbić, wyściskaliśmy się, uroniliśmy łezkę wzruszenia, wsiedliśmy do aut i rozjechaliśmy się do domów. Bociany mieszkające tuż obok wiaty, w której co wieczór hałasowaliśmy, przeszkadzając im zapewne we śnie, żegnały nas głośnym klekotaniem.

    e-mail
    Autor relacji: Rafał Donica - DUX
    Lekkie poprawki i kilka zdań tekstu: BUCHO, JAKUZZI, PHONIK & PATI

    Zdjęcia: PATI, DUX, HUNTER, JIMI, MEFISTO